Kulturawka #10 – Dyskretny urok Berlusconiego

I

Oczami wyobraźni widzę rembrandtowską Lekcję anatomii doktora Tulpa bez oświetlonego ciała leżącego na stole. Nie ma sinej twarzy, nie ma wnętrzności wyciągniętych na zewnątrz. Uczniowie, z twarzami pełnymi zaciekawienia i powagi, kierują wzrok w stronę ręki lekarza zawieszonej w pustce. Trzymane przez niego nożyczki nie rozcinają skóry, a prowadzony wywód ma wymiar tylko teoretyczny.

Brzmi absurdalnie, lecz tak też momentami prezentują się Oni autorstwa Paolo Sorrentino. Ze względu na długość filmu część materiału została usunięta, a z przygotowanej czterogodzinnej opowieści o Silvio Berlusconim ostało się ledwie około 150 minut. Wyczuwalne cięcia często utrudniają odbiór dzieła włoskiego reżysera. Niektóre wybory bohaterów są niezrozumiałe, a zmiany w ich sytuacjach zachodzą niezwykle szybko. W przypadku stylu Włocha, często traktującego kolejne sceny jako epizody tworzące zamkniętą całość, takie braki są szczególnie dotkliwe.

Zobacz również: Recenzję filmu Paolo Sorrentino

Najnowsze dziecko autora Wielkiego piękna nie ma nogi, za pomocą której mogłoby się podeprzeć w bardziej skomplikowanych fabularnie momentach, lecz i tak prezentuje się monumentalnie i zjawiskowo. Wprawdzie kręgosłup opowieści został pozbawiony kilku istotnych elementów, ale Sorrentino ma szczęście – wykorzystywany przez niego sztafaż jest na tyle “odjechany”, a prezentowane ludzkie bestiarium na tyle oderwane od rzeczywistości, że rwana narracja może być potraktowana jako przeniesienie świadomości postaci na język filmu. Innymi słowy, skoro kilogramy narkotyków przemierzają przegrody nosowe bohaterów, to nie może dziwić, że między kolejnymi działaniami protagonistów brakuje związku przyczynowo-skutkowego.

II

Sorrentino interesuje się władzą. Najpierw w 2008 roku przedstawił na wielkim ekranie biografię włoskiego polityka Giulio Andreottiego, by następnie, osiem lat później, scharakteryzować w telewizji pontyfikat fikcyjnego papieża Piusa XIII. Najnowsi Oni to próba uchwycenia fenomenu Silvio Berlusconiego, trzykrotnego premiera Włoch, miliardera, zarządzającego wieloma przedsiębiorstwami, byłego właściciela klubu piłkarskiego A.C. Milan.

Już w pierwszej scenie filmu w pełnej krasie objawia się wszędobylskość faraona z Półwyspu Apenińskiego. Gdy Sergio Morra (Riccardo Scamarcio), prowincjonalny cwaniaczek marzący o “słodkim życiu”, ubija interes z lokalnym politykiem, a następnie uprawia seks z kobietą do towarzystwa, to zauważa tuż nad jej pośladkami tatuaż z podobizną Berlusconiego. Ten drobny żarcik ze strony reżysera jest jednocześnie sugestią, jak w rodzimym kraju “Papi” jest traktowany.

Na poły bóg, na poły władca z epoki Cesarstwa Rzymskiego. Chwilami Antychryst, a chwilami cudotwórca, niczym Lenny Belardo z Młodego papieża. Nieobecny przez pierwszą część filmu, jest jedynie tematem plotek, domysłów i różnego typu rewelacji. Nie jest nawet wymieniany z imienia czy nazwiska. Zawsze jest mowa o Nim. Wszystko w Nim, nic poza Nim, nic przeciwko Niemu. Wprawdzie Sorrentino opowiada o okresie przejściowym w życiu Berlusconiego, między jego drugą a trzecią kadencją w roli premiera, niemniej jednak wydaje się, że i tak nadal jest on najważniejszą figurą w krajowej polityce. Niby przesiaduje w posiadłości ulokowanej na Sardynii, niczym Napoleon zesłany na Elbę, ale i tak na wygnaniu knuje spiski i szykuje się do swoich 100 dni chwały. Niby jest odsunięty od głównego nurtu, ale i tak wszyscy dobrze wiedzą, że jeżeli chcą zdobyć namiastkę władzy, lub zrobić  karierę w biznesie czy aktorstwie, to jedyna droga wiedzie przez jego serce. Silvio jest przemiłym człowiekiem, z przyjemnością poda pomocną dłoń, ale dostąpienie u niego audiencji często graniczy z niemożliwością. Szanse na to mają głównie kobiety, które zostaną dostrzeżone przez “łowców talentów” i wezmą udział w specjalnych imprezach organizowanych na cześć podstarzałego włoskiego Bachusa.

III

Tę właśnie “słabość” zechce wykorzystać wspomniany wcześniej Sergio. Dzięki pieniądzom ojca wyrwie się z prowincjonalnej mieściny i uda do Rzymu, a następnie zwerbuje tam szwadron ponętnych piękności, których ciała będzie chciał wykorzystać do utorowania sobie drogi do Berlusconiego. Wynajmie willę nieopodal posiadłości polityka, by zorganizować imprezę, jakiej świat jeszcze nie widział. Istny Jay Gatsby XXI wieku.

Sorrentino z pietyzmem przygląda się bezpruderyjnej zabawie. Nagie piersi podskakują w rytm muzyki, usta zbliżają do ust, ogorzałe słońcem ciała wpadają do basenu, a to wszystko dzieje się pod egidą 3,4 – Metylenodioksymetamfetaminy (MDMA). Uczestnikom udziela się poczucie jedności z innymi ludźmi, zmysły rozpływają się pod natłokiem wrażeń, króluje euforia, a w członkach buzuje seksualne pobudzenie.

Zobacz również: Recenzję filmu “Płomienie”

W tym kontekście interesująco wygląda zestawienie powyżej opisanych scen ze sposobem, w jaki zostaje przedstawiony sam Berlusconi (Toni Servillo). Najprawdopodobniej wielu widzów będzie oczekiwać obrazów spod znaku bunga bunga z nim w roli głównej, a tymczasem “Papi” będzie zaskakująco wycofany, skory do ustabilizowania relacji z żoną Veronicą (Elena Sofia Ricci). Wprawdzie Sorrentino rzadko jednoznacznie ocenia postępowanie bohaterów, ale przy tym porównaniu ujawnia się jedna z przyczyn popularności polityka.

To nie tylko on jest złym człowiekiem. Ma na sumieniu szemrane interesy, w życiorysie pojawiły się konszachty z mafią, ale jest on również dostarczycielem podniet. Domokrążcą, który kreuje marzenia klientów, a następnie je spełnia. Zręcznym prestidigitatorem, którego sztuczki potrafią omamić każdego. Białym szejkiem rodem z dzieła Felliniego, zapewniającym przeżycie romantycznej i pełnej wrażeń przygody.

Jak brzmi motto filmu – “Wszystko udokumentowane. Wszystko arbitralne”. Albo jak mówi sam protagonista swojemu wnukowi – liczy się tembr głosu i pewność siebie, a każda prawda może zostać sprzedana. Polityczne knowania mają charakter diaboliczny, ale trafiają też na podatny grunt. Przecież sam Berlusconi nigdy nic złego nie zrobił. On był tylko pomysłodawcą, źródłem idei, zaś wykonawcami byli jego pomagierowie, ludzie chciwi, potrafiący dla pieniędzy i dla zyskania sympatii szefa zrobić dosłownie wszystko.

IV

Zawiedzie się ten, kto będzie oczekiwać pełnej biografii Berlusconiego czy jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak udało mu się stworzyć takie imperium bez poniesienia jakiejkolwiek prawnej odpowiedzialności. Sorrentino kompletnie nie jest tym zainteresowany, niektóre wątki jedynie szkicuje (korupcja polityczna), inne prawie w ogóle pomija (podejrzany początek kariery).

Reżyser uczłowiecza protagonistę i nie robi z niego tyrana na modłę Franka Underwooda, co dzięki piekielnie zdolnemu Servillo wychodzi znakomicie. Polityk jest momentami śmieszny, momentami okrutny, lecz przede wszystkim jest mężczyzną starym, oglądającym kres swojego cesarstwa. Mimo że nadal nikt nie jest w stanie mu się oprzeć, to jego postać owiana jest aurą melancholii charakterystyczną dla ludzi, którzy zaczynają powoli witać się ze śmiercią.

Zobacz również: Recenzję filmu “Fuga”

Co jednak ważniejsze, Włoch nie tworzy filmu tylko o potężnym polityku. Już sam tytuł przecież wskazuje, na kogo warto zwrócić uwagę. Oni to również opowieść o “poddanych” włoskiego Napoleona, karłach moralnych, śliniących się na widok narkotyków i pieniędzy, a jednocześnie malutkich i zakompleksionych. Wśród nich jest Sergio, któremu władza pomogłaby przekreślić plebejskie pochodzenie, jest pochodząca z Albanii Kira (Kasia Smutniak), pragnąca być adorowaną i wielbioną, ale jest też łańcuszek bezimiennych postaci proszących o okruchy z pańskiego stołu. Momentami wydaje się nawet, że jeżeli ktoś w tej produkcji jest atakowany, to właśnie nie Silvio, lecz ludzie mu usługujący. Bo przecież gdyby nie ich martwe dusze i zgniłe zasady, to były premier nie mógłby żerować na ich najniższych instynktach. Skojarzenia z obrazem Wiecznego Miasta i jego mieszkańców zaprezentowanym przez Felliniego Satyriconie nie powinny być przypadkowe. Nocne spacery w okolicach Koloseum i Forum Romanum przypominają, że władcy tacy jak Neron czy Berlusconi nie są błędami w systemie, a raczej wyrazicielami woli ludu i emanacją najgłębiej skrywanych społecznych atawizmów.

V

Oni jest filmem nierównym i najprawdopodobniej najsłabszą pozycją w ostatnich latach w karierze Włocha. Wycięcie scen pozbawiło widzów zapewne kilku istotnych elementów układanki, a i podejście autora do protagonisty jest momentami dyskusyjne. Zbyt często również kamera zawiesza oko na nagich ciałach, a zbyt krótko przygląda się politycznym i emocjonalnym machinacjom bohatera.

Mimo poszatkowanej narracji jest coś ujmującego w najnowszym dziele Paolo Sorrentino. Zostaje zaprezentowany świat zza kulis, do którego dostępu zwykli śmiertelnicy nie posiadają i mimo że jest on bardziej wytworem artystycznej fantazji aniżeli dokumentalnej precyzji, to udaje się uchwycić Włochowi nerw naszego świata. Świata fałszywych bożków i rozpasanych marzeń, świata pozbawionego moralnego hamulca i bombardującego bodźcami, przed którymi trudno się obronić. Wreszcie świata wiecznie umierającego i rodzącego się w konwulsjach. Bo przecież Berlusconi czuje się przeraźliwie samotny, posiadanie wszystkiego nie jest wystarczające. A jednocześnie reprodukuje swoim zachowaniem rzesze zapatrzonych w niego ludzi, potrafiących nie tylko naśladować jego uczynki, ale również gotowych do przekraczania kolejnych granic.

Można się zatem zżymać na manieryczność Sorrentino, można narzekać na spadek formy, lecz mimo to na świecie niewielu jest obecnie reżyserów potrafiących tak zręcznie żonglować różnymi konwencjami i estetykami, a jednocześnie zdolnych do nieszablonowego prezentowania postaci ze świecznika.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.