Mój piękny syn

“Mój piękny syn” – [Laurka dla cudownego chłopca?] – Recenzja

Stosowanie kwantyfikatorów ogólnych najczęściej zaciemnia obraz i nie pozwala dotrzeć do istoty problemu. Być może postulowanie usunięcia słów, takich jak każdy/nigdy/zawsze, to zbyt daleko idący krok, niemniej jednak jest coś w tym, że nadmierne korzystanie z uogólnień zniekształca obraz rzeczywistości, pomaga w unikaniu niewygodnych wyjątków, drobnych fałdek na wygładzonej powierzchni. Tym razem jednak warto sięgnąć po obiegową opinię, by stwierdzić, że figura Ojca we współczesnym kinie jest wyraźnie nadszarpnięta. Najczęściej jest to ściśle związane z toksyczną męskością, przemocą fizyczną oraz psychiczną, nadużywaniem środków odurzających, jak również nieobecnością wywołaną pracoholizmem, czy nieumiejętnością poradzenia sobie z trudnymi realiami życia. Wprawdzie istnieją chlubne unikaty, choćby wyrozumiały i czuły papa z Tamtych dni, tamtych nocy, ale według dominującej tendencji rodzina jest siedliskiem patologii i źródłem traum, zaś męska głowa rodziny konserwuje zastały, patriarchalny układ.

Zobacz również: Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

W tym kontekście bunt przeciwko ograniczającym konwencjom jest zazwyczaj traktowany jako torowanie sobie drogi do samostanowienia, do uzyskania wolności i realizacji marzeń. Żeby nie wdawać się w litanię przykładów, bo konflikt ojca z synem jest stary jak świat, posłużmy się obrazami z filmów i seriali mających premierę w ostatnich miesiącach. Przypomnijmy sobie o Farrokhu Bulsarze, uciekającym przed karcącym spojrzeniem taty w Bohemian Rhapsody, wróćmy pamięcią do wyrzucanego z domu Damona w serialu Pose, gdy jego homoseksualizm wyszedł na jaw, wymieńmy przy okazji wiecznie zapijaczonego Adama Woronowicza i przysłuchującego się jego tyradom małego Adasia w kolejnej artystycznej spowiedzi Marka Koterskiego, ale też nie zapominajmy o wiecznie nieobecnym Neilu Armstrongu granym przez Ryana Goslinga, czującym się jak na konferencji prasowej, gdy przyszło mu odpowiadać na podstawowe pytania zadawane przez dzieci.

Mój piękny syn
Kadr z filmu “Mój piękny syn”

Felix Van Groeningen w swoim najnowszym filmie stara się unikać takich krzywdzących uogólnień. Wprawdzie podejmowane przez niego działania nie prowadzą do pełnej odbudowy archetypu, bo człowiek w swej naturze jest istotą niedoskonałą, niemniej jednak przedstawiona w Moim pięknym synu historia odsłania w ojcostwie głównie pozytywny pierwiastek, co obecnie może zostać potraktowane jako odstępstwo od reguły. Oto David Sheff (Steve Carell), freelancer piszący dziennikarskie teksty, między innymi dla New York Timesa, za wszelką cenę stara się uratować wchodzącego w dorosłość syna Nica (Timothée Chalamet) przed zgubnym wpływem narkotyków. I chociaż jest w związku z drugą małżonką (Maura Tierney) i ma z nią dwójkę małych dzieci, to oczkiem w głowie cały czas jest ten najstarszy, pierworodny, beautiful boy.

Grany przez Carella bohater nie jest idealnym przykładem ojcowskiej troski, wszak później spłodzone latorośle nie budzą w nim aż takiego zainteresowania, ale Nic jest dla niego niczym projekt życia, najdoskonalsze płótno, przedłużenie jego losu. Za pomocą serii retrospektyw, przeplatających “teraźniejszą” narrację, reżyser przedstawia obraz budującej się między mężczyznami silnej więzi, najczęściej ukazanej w pięknych warunkach przyrody, z obowiązkowo soczyście świecącym Słońcem, topiącym krajobraz w idyllicznej atmosferze, i w sytuacjach skłaniających do pojawiania się na ustach wyznań o wielkiej mocy. Wymawiane słowo everything podczas uścisków brzmi jak Amen po odbytej modlitwie, potwierdza zażyłość, pieczętuje łączącą ich miłość. W pewnym momencie, niemożliwym do ustalenia ze względu na sposób prowadzenia opowieści, coś między nimi pęka, dzielą ich tajemnice, wykręty, niespełnione oczekiwania. Nic wpada w nałóg narkotykowy, zapoznaje się z całą tablicą Mendelejewa, zaś ojcu przypada rola przystani chroniącej przed życiową nawałnicą, do której będzie można zawsze wpłynąć, gdy zajdzie taka potrzeba.

Zobacz również: „Mary Poppins Powraca” [czyli jak nie zapomnieć o radości z życia] – Recenzja

Punkt wyjścia w Moim pięknym synu jest przejmujący, Groeningenowi zależy na ukazaniu piekielnej mocy uzależnienia i desperackiej, destrukcyjnej próby odratowania zagubionego młodzieńca. Na obraz Nica składają się jednak elementy sztampowe: niechęć wobec szarej rzeczywistości, ucieczka przed życiem, buntownicze usposobienie, rockowa muzyka w słuchawkach i plakaty Nirvany czy Davida Bowiego na ścianach. Ot, po prostu izolacja wpycha go w objęcia metamfetaminy.

Mój piękny syn
Kadr z filmu “Mój piękny syn”

Autor Boso, ale na rowerze nie próbuje zrozumieć swojego bohatera, nie pozwala na to, by jego tragedia w pełni wybrzmiała. Stawia widza przed faktem dokonanym – potęgującym się nałogiem – i tylko przygląda się staczaniu na dno, nie próbując dociec istoty zagadnienia. Naturalnie w tym momencie może się pojawić sprzeciw, przecież nie tym reżyser chciał się zajmować, ale po co w takim razie umieszczał konkretne dane statystyczne na końcu filmu? Zapewne w celach dydaktycznych, więc skoro chciał naświetlić problem, to powinien skupić się na kompleksowym podejściu, a nie zadowalać się truizmami. Bo przecież nie ma osoby, która oceniałaby pozytywnie wpływ narkotyków na ludzkie życie.

Zobacz również: „Płomienie” [Wielki głód pokolenia] – Recenzja

Powyższe zastrzeżenia często są związane z nabożnym stosunkiem Groeningena do Timothée Chalameta. Aktor daje z siebie wszystko na ekranie, grany przez niego bohater bywa totalnie zagubiony, szaleńczo podekscytowany, miota się między sprzecznymi emocjami, nęcącą autodestrukcją, a miłością do rodziny. Tymczasem reżyser notorycznie rzuca tej postaci kłody pod nogi, podchodząc do niego, jak do Chłopca z koszem owoców pędzla Caravaggia. A to kosmyk włosów buńczucznie spłynie na chmurne czoło, a to chłopak pojeździ na rowerze w ciemnych okularach, a to zacytuje fragment poezji Charlesa Bukowskiego w trakcie zajęć na studiach.

O ile podejście Luki Guadagnino do fizys Chalameta Tamtych dniach, tamtych nocach miało swoje fabularne uzasadnienie, o tyle zachowanie Belga nie jest do obrony. Kamera kontempluje jego chude, blade ciało, poszukuje błąkającego się na twarzy, zawadiackiego uśmiechu, nawet w krytycznym momencie światło spłynie na umęczone lico. Akcja filmu toczy się na przestrzeni kilku lat, ale upływu czasu nie sposób doświadczyć. Nawet ciało narkomana nie ulega zmianom, pozostaje nieskalane i atrakcyjne. Reżyserowi ewidentnie brakuje odwagi w wykreowaniu mocniejszych, bliższych prawdy obrazów. Skupia się na terrorze psychicznym, a ewidentnie umyka mu kontekst cielesny.

Mój piękny syn
Chalamet jako obraz Caravaggia

Wprawdzie sposób ukazywania Davida Sheffa może ściągnąć zarzuty o nadmierną idealizację tej postaci, aczkolwiek Steve Carell wychodzi z powierzonych mu zadań obronną ręką. Wbrew pozorom nie jest nieskazitelnym bohaterem, jego uczucie potrafi zamknąć syna w złotej klatce. Pogoń za pierworodnym bywa dla niego zgubna i chociaż często jego zachowanie bywa trudne do zaakceptowania, to jednak finałowa przemiana charakterologiczna zostaje w skuteczny sposób odegrana i stanowi jeden z mocniejszych punktów całego widowiska.

Zobacz również: „Vox Lux” – Recenzja

Razi też całkowity brak drugiego planu. Reżyser przedmiotowo traktuje postać graną przez Maurę Tierney, mimo że aktorka w serialu The Affair dobitnie udowodniła, na jakich wysokich rejestrach emocjonalnych potrafi funkcjonować na ekranie. Młodsze dzieciaki małżeństwa są wykorzystywane tylko wtedy, gdy trzeba popłakać nad smutnym losem brata. Biologiczna matka Nica również przelatuje przez ten film jak meteoryt. Groeningen stawia wszystko na relację ojca z synem, ale nie tworzy wokół nich przestrzeni, w której mogliby funkcjonować. Liczy się tylko problem z nałogiem, bo naturalnie wszyscy mają pieniądze i mieszkają w ładnych domach.

Mój piękny syn
Kadr z filmu “Mój piękny syn”

Mimo wielu przytoczonych zastrzeżeń, nie można jednoznacznie skrytykować filmu belgijskiego reżysera. Może opowieść w Moim pięknym synu bywa prowadzona jednowymiarowo i niekiedy w jednostajnym tempie, może twórca momentami ślizga się po doskonale znanych prawdach i ogólnie przyjętych spostrzeżeniach, niemniej jednak należy docenić odwagę przy doborze tematu. Autor spogląda tam, gdzie rzadko spoglądało wcześniej kino mainstreamowe. Przymyka oko na brutalność, unika szokowania, to zdecydowanie nie jest powtórka z Requiem dla snu naszpikowanego efektownymi zagrywkami.

Felix Van Groeningen topi całą fabułę w aurze utraconej niewinności i rozwianych złudzeń, w tle puszcza post-rockowe melodie i indie smuty, starając się zrehabilitować figurę Ojca względem młodszego pokolenia. Wreszcie bunt nie jest idealizowany, tylko ma gorzki posmak rozczarowania. Mimo że nad produkcją unosi się dydaktyczny smrodek, to należy się Belgowi szacunek za wiarę w ludzką dobroć oraz siłę odkupienia. I niech wreszcie Timothée Chalamet przestanie być obsadzany w rolach zbuntowanych młodzieńców, bo takie zaszufladkowanie może negatywnie wpłynąć na rozwój jego kariery.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.