KulturawkaPublicystyka

Kulturawka #1 – Recenzja nieobejrzanego filmu

Marcin Kempisty

Przedstawiam Wam “wstępniak” do nowego cyklu – Kulturawki. Zanim jednak przejdę do szczegółów, pozwolę sobie na pewien eksperyment. Nie oglądałem jeszcze filmu Czwarta władza w reżyserii Stevena Spielberga. A oto jego recenzja:


Zbigniew Herbert pisał ironicznie o cnocie, że jest to stara panna pachnąca naftaliną, o której względy nie ubiegają się “prawdziwi mężczyźni”. Cóż, w takim razie Steven Spielberg takim osobnikiem nie jest, skoro mimo wielu nakręconych filmów i jeszcze większej liczbie lat na karku, wciąż chce mu się o tę cnotę walczyć. Tym razem zabiera widzów wehikułem czasu do lat 70. do redakcji Washington Post, gdzie rozegrała się batalia o wolność prasy i zachowanie jawności amerykańskiego życia publicznego.

Obecnie nie mówi się zbyt często o sprawie Pentagon Papers, ale gdy wybuchała ta afera, to wydawało się, że kończy się pewien okres w polityce Stanów Zjednoczonych. Oto dzięki rzetelnej pracy dziennikarskiej wyszło na jaw, że kolejni prezydenci USA ukrywali przed opinią publiczną informacje dotyczące interwencji w Wietnamie. Mimo że ta wojna od początku budziła wiele kontrowersji, co prowadziło do sprzeciwiania się poborowi do wojska oraz organizowania wielotysięcznych demonstracji, to jednak społeczeństwo miało świadomość, że niestawienie oporu przez ich państwo może skutkować rozpanoszeniem się rządów komunistycznych w Indochinach. Gdy tajne dokumenty wyszły na jaw, doszło do radykalnego przewartościowania poglądów.

To w tych warunkach dochodzi do konfrontacji między administracją rządową a gazetą Washington Post reprezentowaną przez Bena Bradlee’ego (Tom Hanks) oraz Kay Graham (Meryl Streep). Publikować czy nie publikować tajne dokumenty? Oto jest pytanie, gdy z jednej strony potężna machina państwowa grozi anatemą, zaś z drugiej strony chęć walki o prawdę miesza się z pragnieniem powiększenia nakładów sprzedaży. Mimo że sympatia reżysera jest od razu wyczuwalna, to Spielbergowi udaje się dosyć skutecznie przedstawiać ludzkie słabostki. Niby prawda jest wpisana w etos dziennikarski, ale gdy w grę wchodzi pierwiastek ludzki, to często dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

Czwarta władza jest przypowieścią o świecie, którego już nie ma. Mowa o świecie pełnym wzniosłych ideałów, wciąż potrafiących poruszyć i zachęcić do działania. Może w roku 2018 wygłaszane przez bohaterów filipiki są przyjmowane z uśmiechem politowania, ale to zdaje się autora Szczęk kompletnie nie obchodzić. Jego dzieło to nadal dziecięco niewinny moralitet, pod którego gładką powierzchnią przemycane są niezwykle ważne kwestie dotyczące wolności słowa. Etyka nadal usilnie jest wypychana na pierwszy plan, co jest na swój sposób anachronicznie piękne. Być może właśnie dlatego Spielberg cofa się do lat minionych i z tamtej perspektywy opowiada o dzisiejszym świecie. Najprawdopodobniej gdyby wykorzystał bieżące fakty, to naraziłby się na śmieszność, a tymczasem podjęta przez niego taktyka wydaje się wielce skuteczna.

Przeczytaj również:  „Niefortunny numerek...” lub neomontaż atrakcji

Bohaterowie trzymają w rękach granat i nie wiedzą czy wyciągnąć zawleczkę. Przedstawione przez twórcę dylematy dotyczące publikacji szokujących materiałów nie wypadają teatralnie. Mimo że bohaterowie są zamknięci najczęściej w redakcji, to ich potyczki słowne często są ciekawsze od “mrożących krew w żyłach” strzelanin i wyścigów. To nie jest kino dla widzów lubujących się w popcornowych produkcjach. Tu trzeba pomyśleć, zastanowić się nad czasami, w których przyszło nam żyć. Spielberg nie macha groźnie palcem. Raczej przypomina, że wolność nie jest nam dana raz na zawsze, tylko trzeba o nią walczyć. I w dodatku jak o tym mówi! Świetna praca Janusza Kamińskiego owocuje znakomitymi zdjęciami. Mało kto potrafi nadać tyle dynamiki zwyczajnym rozmowom.

Spielberg często puszcza oko do widzów, ale utrzymuje narrację w poważniejszym tonie. Tworzy produkcję nieszablonową, wciskającą niekiedy w fotel swoim ciężarem gatunkowym, a jednocześnie tak boleśnie oczywistą, że można tylko chylić czoła przed kunsztem Mistrza. Czwarta władza to kino solidnie zrealizowane, ze świetnymi kreacjami aktorskimi i niezwykle ważne w dobie fake newsów. Spielberg ostrzega, ale nie moralizuje; mówi z patosem, ale nie pretensjonalnie; wreszcie daje do myślenia i nie daje o sobie zapomnieć, mimo że czasami bywa nudno. Owoc Mistrza jest bodaj najsłodszym spośród jego dzieł stworzonych w tym wieku. Stanął on na wysokości zadania i pokazał, że wciąż ma wiele do powiedzenia. A my powinniśmy go słuchać, bo takie drogowskazy są nam niezwykle potrzebne.


Zaprezentowana wyżej “recenzja” składa się z wielu składników. Jest w niej podstawowa wiedza na temat Pentagon Papers oraz ogólnych wydarzeń związanych z wojną w Wietnamie. Przeczytałem dwa teksty poświęcone filmowi Stevena Spielberga, kilka pobieżnie przejrzałem, ale głównym źródłem “natchnienia” były zajawki umieszczane pod ocenami recenzentów na Mediakrytyku.

Ta notka powstała z przekory. Mam świadomość, że posługiwanie się wyświechtanymi frazesami jest wpisane w naturę tworzenia. Nie zawsze język bywa giętki, umysł lotny, a natchnienie łaskawe. Bywają takie filmy, o których nie sposób napisać nic odkrywczego. Na myśl przychodzą same ogólniki i nijak nie da się z nich skleić poważniejszego tekstu. Wydaje się jednak, że natężenie powierzchownych i ogólnikowych recenzji jest wręcz zatrważające. Oczywiście nie da się ustalić, na ile jest to skutkiem rzemiosła piszących, a na ile miernym poziomem omawianych dzieł. Być może jest również tak, że problem tkwi w samej naturze wykorzystywanej formy publicystycznej.

Przeczytaj również:  Pamięć widmowa. Podsumowujemy 46. FPFF w Gdyni

Nie ma co ukrywać – recenzje w żaden sposób nie gwarantują pełnej swobody wypowiedzi. Wprawdzie stanowią najszybszą drogę do odbiorców, lecz jednocześnie nie pozwalają na dogłębne sformułowanie myśli. Skoro nie można spoilerować, to jak realnie wniknąć w omawiany temat? Skoro wiele osób jest bardziej zainteresowanych suchą oceną, to po co nadmiernie się produkować?

Można przecież włączyć autopilota i na dobrze znanym trybie przejechać się po omawianym dziele. Że zmusza do myślenia, że najlepsze od lat, że posiada wady, ale one nie przysłaniają zalet, że świetne aktorstwo, a montaż pierwsza klasa (jak gdyby ktokolwiek fachowo się na tym rzemiośle znał). A co zrobić, gdy film jest zły? Prosta sprawa – trzeba stwierdzić, że brakuje tempa, że jest schematycznie, przewidywalnie, do bólu poprawnie, ale przede wszystkim NUDNO.

Widać to dobrze na przykładzie zamieszczonej na początku “recenzji” – wystarczy trochę pofantazjować i spokojnie można napisać kilka zdań na temat tego filmu. Owszem, wygłoszona opinia jest tylko ślizganiem się po powierzchni, ale czy aż tak bardzo odstaje od tekstów publikowanych przez niektórych krytyków? Śmiem wątpić, zwłaszcza że wiele sformułowań jest niemalże zaczerpniętych z tych właśnie źródeł.

Skoro recenzję można napisać bez obejrzenia filmu, to wydaje się, że jest to forma wypowiedzi, z której nie powinno się cały czas korzystać. Warto zejść z karuzeli notorycznie powtarzanych banałów i zaproponować coś innego. Z tych właśnie refleksji narodziła się Kulturawka – cykl tekstów poważnych i mniej poważnych, w których będę sobie spoilerować do woli, jak również powybieram tematy momentami niepopularne.

Chcecie poczytać o Szanghaju, Rzymie i Komedzie? A może o Herbercie i fenomenie serialu The Americans? Jeżeli tak, to zapraszam do tego kącika. Warto opowiadać sobie dłuższe historie. Czasami będą bardziej udane, a czasami będę plótł głupoty, ale komu nigdy nie przydarzyła się wpadka, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Zobacz również: Wkraczając w świat Gaspara Noé

Przy okazji polecam spróbować swoich sił w pisaniu tekstów o nieobejrzanych filmach, ponieważ jest to znakomita zabawa.


Za tydzień: Pod słońcem Pialata

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.