Advertisement
FestiwaleFilmyRecenzje

“Jestem REN” – Polskie kino sci-fi nadal na kolanach [RECENZJA]

Marcin Kempisty
Jestem REN
fot.: Materiały prasowe / Holly Pictures

Gatunek science-fiction nie jest zbyt popularny w polskim kinie. Wtłoczenie fabuły w tego typu ramy wymaga najczęściej sporych nakładów finansowych, co w rodzimych okolicznościach jest warunkiem nie do spełnienia. Bywają jednak przypadki, w których błyskotliwy, kameralny koncept ma zastąpić rozbuchaną sferę wizualną, gdy stawia się przede wszystkim na mocny przekaz ubrany w szaty quasi-realizmu. Przykładem takiego kina jest właśnie Jestem REN autorstwa Piotra Ryczki, startujący w konkursie “Wolny Duch” na 35. Warszawskim Festiwalu Filmowym.

Jan (Marcin Sztabiński) mieszka z partnerką Renatą (Marta Król) oraz synem Kamilem. Dni upływają im na beztrosce, jak gdyby nowoczesność, wraz ze swoim pędem i hałasem, w ogóle nie istniała. Chodzą po lasach, trzymają się za ręce, a wieczorami jedzą kiełbaski przy palącym się ognisku. Syn bawi się z ojcem na podwórzu, matka siedzi w fotelu, robi na drutach i spogląda przez okno na swoich mężczyzn. Jednym słowem, spełnienie marzeń miłośników konserwatywnego modelu rodziny. 

Jestem REN

Szkopuł w tym, że Renata jest androidem, którego system operacyjny ulega zepsuciu. Traci panowanie nad organizmem i dochodzi do tragedii, której ofiarą jest młody Kamil. Jako że wejście w posiadanie robota jest proste, a reklamy ochoczo zachęcają do poddania się konsumpcyjnym podszeptom, to Jan zastanawia się, czy nie wymienić kobiety na nowszy model. Daje jej jednak ostatnią szansę, wysyłając ją do specjalnego ośrodka terapeutycznego, w którym dzięki opiece specjalisty (Janusz Chabior) oraz pod wpływem tajemniczej “robosiostry” (Marieta Żukowska) Renata dokona przewartościowania wartości, na nowo definiując w swoich oczach, kim tak naprawdę jest. 

Kto zna ostatnie dokonania produkcji science-fiction z pogranicza transhumanizmu i sztucznej inteligencji, ten od razu odnajdzie wspólny język z reżyserem. Ryczko porusza się po dobrze znanych płaszczyznach tematycznych, przetwarzając na osobisty język kina to, co już wcześniej zostało w pełni ukazane. Moralne wątpliwości związane ze statusem ontologicznym człekopodobnych robotów zostały szczególnie rozwinięte w serialach Humans, Westworld oraz Black Mirror. Również kino, między innymi w Ex-Machinie, pytało o granicę między człowieczeństwem a sztuczną inteligencją. Jestem REN plasuje się zatem w samym środku mocno wyeksploatowanej tematyki, w zasadzie nie wychodząc poza dobrze znane wątki.

Z tego też względu seans szybko przeistacza się z sielankowego obrazka w ponurą, mozolnie prowadzoną opowieść o istocie zakleszczonej w mechaniczne ciało, która chce być tylko (albo aż) traktowana jak zwyczajny człowiek. Rozpoczyna się walka o odnalezienie “ja” i upodmiotowienie polegające na wyrwaniu się spod władzy męża o autokratycznych zapędach. Renata nie chce być już tylko produktem, którego los skończy się na śmietniku. Sęk w tym, że wszystkie te dywagacje są poprowadzone w oczywisty sposób oraz na zaciągniętym hamulcu. Odpowiadający również za scenariusz Ryczko zakłada schodzone, gatunkowe buty, pozbawiając się szansy na eksplorowanie nowych tematów czy rejonów stylistycznych.

Jestem REN
Jasne, że Jestem REN cierpi na niski budżet, niemniej jednak to nie powinno być wytłumaczeniem słabej gry aktorskiej i niefortunnie napisanych, bardzo deklaratywnych dialogów. W przeciągu kilku minut można szybko połapać się, o co chodzi w filmie, natomiast kolejne wydarzenia nie wprowadzają nowych informacji, a są jedynie czczymi, nic nieznaczącymi uzupełnieniami początkowo zarysowanego konfliktu. Najbardziej zaś boli sposób budowania tajemnicy wokół wydarzenia między Renatą a Kamilem, który ostatecznie okazuje się jedynie, cytując klasyka, mokrym kapiszonem. 

Sfera wizualna prezentuje się niewiele lepiej. Operator Jori Fabian próbuje ubrać świat przedstawiony w kontrastujące ze sobą jasne, nasłonecznione barwy oraz głębokie ultramaryny. Niektóre kadry rzeczywiście zapadają w pamięć dzięki swojemu pięknu. Jednocześnie dosyć szybko uwidacznia się brak pomysłu na sposób prowadzenia kamery, na ogrywanie pewnych scen, czego sekwencja “pościgu” zdaje się być najlepszym przykładem. Miało być dramatycznie, a po sali przeszedł wyraźnie słyszalny chichot publiczności, bynajmniej nie nerwowy.

W filmie Ryczki ujawnia się jedna ciekawa teza, nad którą zdecydowanie warto się pochylić. Okazuje się bowiem, że tendencje propostępowe, związane z pragnieniem przekroczenia bariery człowieczeństwa i stworzenia istoty “na swój obraz i podobieństwo” niosą w sobie zalążek kontrrewolucyjny i antyfeministyczny. Pojawienie się kobiet-androidów to woda na młyn miłośników patriarchatu, którzy ponownie mogą, tym razem dzięki technologii, wskrzesić stary model rodziny ze sobą jako pater familias na czele. Tak to właśnie wygląda w omawianej produkcji, gdzie bohaterka zostaje sprowadzona do roli praczki, szwaczki i sprzątaczki. Może i miłość łączy serca pary, ale role są wyraźnie rozpisane, zgodnie z wcześniejszymi zasadami. Wydaje się, że w tym aspekcie reżyser uchwycił rzadko wcześniej omawiane zagadnienie.

Niestety, Jestem REN to niezrealizowane marzenie o polskim kinie science-fiction wstającym z kolan. Zabrakło pomysłu na wypełnienie osiemdziesięciominutowego metrażu kolejnymi pomysłami, niemniej jednak, niezależnie od oceny, chwała dla reżysera za podjęcie tego wyzwania. Tacy pionierzy są bowiem potrzebni, by przecierać szlaki nowym prądom. Już tyle razy polski widz był konfrontowany z drugowojenną hekatombą oraz syfem współczesności, że ucieczka w gatunek dotykający już niedalekiej przyszłości może być zaiste oczyszczająca.

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.