FilmyKinoRecenzje

“Monos”, albo narodziny reżysera z wielkimi aspiracjami [RECENZJA]

Marcin Kempisty
Monos
fot. Materiały prasowe / Against Gravity

Monos w reżyserii Alejandro Landesa jest filmem z wysokim progiem wejścia. Twórca od samego początku nie bierze jeńców, nie głaszcze widowni po głowach, poświęcając kilka minut na wprowadzenie do historii i wytłumaczenie wszystkich zawiłości między bohaterami. Sprawa jest prosta: albo odbiorca jest w stanie przyswoić chropowatą, pozbawioną podpowiedzi historię, zaakceptowawszy panujące w niej zasady, albo od razu się od niej odbija, dryfując emocjonalnie na obrzeżach oglądanej opowieści.

Jeżeli jednak uda się przebrnąć bez uszczerbku przez pierwsze kilka minut filmu, to wtem roztacza się przed widzem niesamowity, zatrważający widok niewielkiej społeczności uwikłanej w wojnę, zaplątanej w toksyczne relacje, oddalonej od “normalnego” świata i spisanych praw. Bo bohaterowie Monosa nie wiedzą, jak wygląda życie. Ośmioro zaledwie kilkunastoletnich bohaterów zostaje wybranych do morderczego treningu na szczycie góry otoczonej dżunglą, ponad chmurami i spojrzeniami wrogów. Ćwiczą swe młode ciała pod czujnym okiem apodyktycznego dowódcy, przygotowując się do manewrów, których istoty nikt im jednak nie tłumaczy. Rozkaz to rozkaz, trzeba go wykonywać, bo kto się nie podporządkuje, ten jest wrogiem. Zasady także są jasne, nie trzeba ich nigdzie spisywać: słowa wyżej postawionych żołnierzy są święte, a o poważniejsze sprawy, między innymi możliwość stworzenia związku, należy pytać przełożonych. Inne reguły nie istnieją, niech zwycięży silniejszy.

Monos
fot. Materiały prasowe / Against Gravity

Pierwsza część filmu jest chłodnym, behawioralnym zapisem fragmentu życia watahy młodych żołnierzy, których zadaniem jest przypilnowanie uprowadzonej dla okupu kobiety z innego kraju. Kamera przygląda się ich zwyczajom, zachowaniom wobec siebie, a także rejestruje, jak ich buzujące od hormonów ciała domagają się miłosnego spełnienia. Skoro jednak bohaterowie nie poznali żadnych kulturowych kodów, to nie postępują zgodnie z jakimiś wypracowanymi zasadami, lecz ulegają instynktownym podszeptom. Landes prezentuje młodość w stanie rozkładu, gdzie zamiast procesu wychowawczego następuje zdegenerowanie i podporządkowanie się prawom siły. To ważny głos na temat wpływu silniejszych jednostek na nieukształtowane jeszcze organizmy, dowód na to, jak brak “cywilizowanych”, powszechnie przyjętych norm sprowadza przedstawicieli homo sapiens do poziomu zwierząt. A jak wiadomo, takimi najłatwiej jest sterować.

Landes skutecznie balansuje między estetycznym monumentalizmem a minimalistyczną narracją. Prezentuje majestat gór, wpatruje się w dalekie krajobrazy, podgląda wschody i zachody słońca. Jednocześnie nie pozwala sobie na takie podejście w stosunku do bohaterów. Jest ciągle blisko nich, zależy mu na pokazywaniu drobnostek świadczących o ich położeniu. Dopóki postacie znajdują się na tej górze, dopóty Monos jest perfekcyjnie zaplanowaną produkcją, w której wiadomo, w jaką grę gra reżyser, jaka jest postawiona przez niego stawka. Nie trzeba znać żadnych szczegółów historycznych i politycznych, by zrozumieć dramat bezimiennych bohaterów nie mających nawet pojęcia o tym, jak bardzo są zniewoleni.

Niestety, w połowie filmu dochodzi do fabularnego pęknięcia – chybcikiem przedstawiona wojna wdziera się w życie protagonistów, przez co zostają oni zmuszeni do przeniesienia obozowiska w głąb dżungli. Od tego momentu mozolnie prowadzone tempo wyraźnie przyspiesza. Rozpoczyna się prawdziwa walka o przetrwanie, gdy przetrzymywana kobieta próbuje uciec, a pilnująca jej młodzież zaczyna ją ścigać po dziewiczej puszczy.

Monos
fot. Materiały prasowe / Against Gravity

To właśnie wtedy ujawnia się największy błąd Landesa, gdy reżyser porzuca wypracowaną konwencję i przyjęte zasady, by diametralnie inaczej opowiadać o prezentowanych postaciach. Nagle zyskują oni namiastkę przeżyć, część z nich “staje się” ludźmi, pojawiają się rysy na ich idealnie wytresowanych wizerunkach. Dzieje się to jednak ze szkodą dla całości: nie wiedzieć czemu jedne postacie są całkowicie pomijane, jak gdyby autor kompletnie o nich zapominał, zaś inne zyskują motywację, której korzenie nie są możliwe do ustalenia na podstawie tego, co wcześniej zostało pokazane. W scenariusz wkradają się chaos wespół z niekonsekwencją, przez co początkowy efekt traci na znaczeniu. Zamiast chłodu narracyjnego przychodzi nerwowość, zamiast powolności – bieganina po lesie i zabawa w Toma i Jerry’ego. 

Rozczarowanie drugą częścią filmu nie powinno jednak przysłonić najważniejszego faktu – nie warto odruchowo porównywać Monosa do Władcy much, produkcji Stanleya Kubricka czy Wernera Herzoga. Dzieło Alejandro Landesa, tak znakomicie sfotografowane przez Jaspera Wolfa i opakowane enigmatyczną ścieżką dźwiękową autorstwa Mica Leviego, wyraźnie stoi na własnych nogach, nie oglądając się na dokonania wcześniej żyjących artystów. Skojarzenia z zachodnią estetyką są odruchowe, ale w tym przypadku zbędne. Landes prezentuje zupełnie inną optykę, będącą bardziej spokrewnioną z pracami południowoamerykańskich kolegów i koleżanek po fachu.

Flm urodzonego w Brazylii reżysera wprawia na początku w osłupienie, by z biegiem czasu powoli rozczarowywać. Fascynująca sfera audiowizualna w połączeniu z surowym spojrzeniem na zmilitaryzowaną dziatwę budzą jak najgorsze skojarzenia, wywołując poczucie dyskomfortu i niezgody na zaprezentowaną rzeczywistość. Wielka szkoda, że zabrakło Landesowi sił, by dociągnąć projekt w tym samym stanie do finału. Postawił na akcję i “dzianie się”, przez co może dał widzom odrobinę rozrywki i przestrzeni do wytchnienia, ale jednocześnie pozbawił swój film najmocniejszego atutu. Mimo to warto docenić Monosa za precyzję wykonania, wytrwałość w realizacji projektu w trudnych warunkach, a także za znakomite prowadzenie aktorów (w większości naturszczyków) przez reżysera. Alejandro Landes spadł z wysokiego konia, ale udowodnił, że w przyszłości może odegrać znaczącą rolę w świecie filmowym.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Aguirre, gniew boży", "Władca much", "Park"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.