“Ma”, albo Marność nad Marnościami [RECENZJA]

Sezon ogórkowy w pełni, więc do polskich kin trafiają tytuły, po które często sięga się z recenzenckiego przymusu, aniżeli z szczerej wiary w wysoką jakość. Z filmem Ma historia miała być jednak zupełnie inna, wszak za kamerą stanął Tate Taylor, ponownie zapraszając do współpracy uznaną Octavię Spencer. To miał być przyjemny przerywnik między kolejnymi sztampowymi blockbusterami, czy odtwórczymi animacjami. To miała być nadzieja na mocne zamknięcie, dosyć słabego pierwszego półrocza 2019 roku. A tymczasem okazało się, że propozycja autora Służących to trudna do sklasyfikowania efemeryda quasi-horroru, niezamierzonej pulpy oraz niewykorzystanego komediowego potencjału. 

Zobacz również: Recenzję “Laleczki”

Zaczyna się powoli, od przyjazdu Maggie (Diana Silvers) wraz z matką do niewielkiej mieściny pośrodku niczego. Skromne domki, kilka ulic na krzyż i gruzowisko na obrzeżach, na którym można się skryć i spokojnie spożywać alkohol. Panuje obezwładniająca nuda, więc trudno winić bohaterów za poszukiwanie sposobności do zabawy. Dziewczyna wchodzi więc do towarzystwa, zapoznaje nowych znajomych, a że szczęście jej dopisuje, to przy okazji napotyka na swej drodze Sue Ann (w tej roli Spencer), chętnie kupującą młodzieży używki, jak również udostępniającą piwnicę do szalonych imprez.


W takich warunkach zawiązuje się znajomość między starszą kobietą a młodszymi uczniami. Z początku serdeczna i uczynna, po pewnym czasie Sue staje się coraz bardziej zaborcza. Manipuluje emocjami przyszłych ofiar, by wymusić na nich kolejne spotkania. Tytułowa Ma nie jest jednak szaleńcem bez motywacji, a jej  jedynym celem nie jest wymordowanie wszystkich ludzi z otoczenia. Reżyser momentami sięga do przeszłości protagonistki, by zracjonalizować jej poczynania i wpisać je w szerszy kontekst kulturowo-społeczny. Taylora nie interesuje gatunkowa sieczka dla “uciechy” widzów, zbrodnia jest tutaj wynikiem doznanych traum i sposobem na uwolnienie się od demonów przeszłości.

Wydaje się jednak, że nadmierna powaga w sposobie prowadzenia historii sprowadza film na manowce, niezamierzenie wywołując uśmiech politowania. W postępowaniu Sue tkwi kampowy potencjał, ale Taylor nie zamierza bawić się “filmowością” swojego dzieła. Woli na poważnie zajmować się rasowymi uprzedzeniami i szkolnymi nierównościami, dodatkowo robiąc z młodych bohaterów stado nierozgarniętych istot, tak chętnie wchodzących obcej osobie do piwnicy. Przy okazji nieumiejętnie sięga po konwencję horroru, nachalnie serwując jumpscare’y, przez co sytuuje Ma po kiczowatej stronie mocy. Autor kompletnie nie wyczuwa tętna swojego dziecka, ubierając jr w szaty zupełnie do niego nieprzystające.

Zobacz również: Recenzję “Midsommar”

Nie sposób nawet cokolwiek więcej opowiedzieć o tym kinematograficznym potworku, gdy wszystko jest w nim skonstruowane na łapu capu. Chciałoby się wprawdzie napisać więcej pozytywów na temat gry Spencer, ale jest ona na tyle uwięziona przez ramy nieudolnie napisanego scenariusza, że za oznakę jej szaleństwa muszą wystarczyć dziwne grymasy twarzy i szeroko otwarte, rozbiegane oczy. Aktorka nie dostaje szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdy przy zerowej pomocy twórców ma ciągnąć na swoich barkach całą produkcję. 

Ma to rodzaj filmu, nad którym można bezpiecznie się pastwić, a następnie szybko o nim zapomnieć. To wyjątkowo bezbronny chłopiec do bicia, więc ukrycie go za zasłoną zapomnienia to najlepsze, co może w tym momencie spotkać jego ojca. Co najwyżej ci szczególnie masochistycznie nastawieni do X Muzy powinni zapoznać się z najnowszym tytułem Tate’a Taylora, by przekonać się, ile jeszcze perwersyjnych uciech ma im do zaoferowania ten rodzaj sztuki. Kto jednak w jakikolwiek sposób ceni swój czas, ten powinien trzymać się z daleka, bo karą będzie pobyt w piwnicy Sue aż do końca wakacji.

1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.