“GLOW” – Recenzja 2. sezonu

Lawinowo powstające seriale dla Netflixa nie przynoszą chluby gigantowi streamingowemu. Ze świecą szukać tytułu opublikowanego w ostatnich tygodniach, wokół którego panowałby konsensus w sprawie wysokiej jakości. Powszechnie wszczynane larum nikogo jednak po amerykańskiej stronie nie obchodzi, zwłaszcza że drugi sezon GLOW jest jak światełko w tunelu. Niepozorna produkcja stała się jednym z flagowych projektów platformy i tym razem nikt nie powinien poczuć się zawiedziony. Twórcy serialu skutecznie bowiem udowodnili, że mają pomysł na tę serię, mimo że nie obyło się bez zgrzytów.

GLOW (Gorgeous Ladies of Wrestling) to opowieść o kilku kobietach pragnących odnaleźć dla siebie miejsce na świecie. Często doświadczone przez los i wkurzone na panującą nierównowagę między płciami, odnajdują swoje powołanie na deskach wrestlingowego ringu. Droga ku tej świadomości bywa jednak kręta, wiele z nich wstydzi się wykonywanej pracy, ale to właśnie dzięki temu mogą zdobyć się na prawdziwą emancypację. W pierwszym sezonie autorzy skupiają się głównie na wątkach dotyczących utworzenia grupy i przedstawienia poszczególnych postaci, natomiast w drugim sezonie kobiety dostają ogromną szansę na przygotowanie kilkunastoodcinkowego programu dla lokalnej stacji telewizyjnej.

GLOW
fot. materiały prasowe

Od samego początku scenarzystki Liz Flahive Carly Mensch stawiają na sprawdzone wcześniej efekty – są ejtisowe reminescencje w postaci muzycznych szlagierów, są kiczowate stroje i makijaże wrestlerek, są wreszcie widowiskowe walki, jak również z rozmachem sypane słodko-gorzkie żarciki. Wszak im wyżej bohaterki znajdują się w hierarchii społecznej, tym więcej przeszkód, opartych głównie na seksistowskich uprzedzeniach mężczyzn, pojawia się na ich drodze. Nie dość, że kobiety muszą walczyć z własnymi słabościami, to jeszcze nieprzyjazne otoczenie nie wykazuje za grosz empatii. Okazuje się, że tworzenie programu telewizyjnego wymaga nie lada siły oraz wytrwałości.

Do szóstego odcinka twórcy nie wychodzą poza nakreślone w pierwszym sezonie ramy. Mimo kolejnych doświadczanych przygód, nie widać w postaciach żadnego rozwoju pod kątem charakterów. Każdy jest wtłoczony we wcześniej skonstruowany schemat i to w jego obrębie funkcjonuje w serialu. Dziwna to sytuacja, w której kobiety walczące z krzywdzącymi stereotypami same ulegają scenariuszowej jednowymiarowości, ale w istocie tak się właśnie dzieje. Ruth (Alison Brie) znowu walczy o uznanie swoich umiejętności za przydatne i na wszelkie możliwe sposoby stara się wznieść wrestlingowy program na wyższy poziom. Dodatkowo nadal jest uwikłana w dziwną relację z Debby (Betty Gilpin), co tylko mnoży komplikacje, zaś sama Debby wciąż nie może ułożyć sobie życia rodzinnego i jest rozdarta między dzieckiem a pracą. Natomiast odpowiadający za reżyserię Sam (Marc Maron) to ciągle ten sam bubek z wąsem, którego chamskie docinki są krzywdzące i wprowadzają złą atmosferę.

To wymienione wyżej postacie i ich perypetie są kołem zamachowym fabuły, zaś inne bohaterki są traktowane przez scenarzystki po macoszemu. Zresztą podobny problem pojawia się w serialu Orange is the New Black, do którego GLOW bywa porównywane. Mnogość pokazywanych osób prowadzi do rozproszenia uwagi, co kończy się “naznaczeniem” kobiet jedną główną cechą, po wielokroć ujawniającą się na przestrzeni całego sezonu. I tak ktoś będzie wiecznie poszukiwać seksualnego spełnienia, ktoś będzie walczył z uznaniem w oczach najbliższych, a ktoś jeszcze będzie z trudem akceptować istnienie fanatycznych wielbicieli. Jako że dzieło Netflixa nie jest komedią charakterów, lecz raczej ironiczną historią o walce z zakorzenionymi w umysłach strukturami społecznymi, to chciałoby się widzieć w tej produkcji większy rozwój. Tymczasem para zbyt często idzie w formę opowieści, a mało w tym treści i okazji do realnego zaangażowania emocjonalnego przez widza.

GLOW
fot. materiały prasowe

Na szczęście w pewnym momencie kończy się okres panowania powtarzalności i rutyny. Wraz z nadejściem siódmego odcinka rozpoczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki, a GLOW oferuje coś, czego wcześniej nie było w stanie zapewnić. Nie dość, że scenarzystki totalnie puszczają wodze wyobraźni i pozwalają sobie na pokaz przepięknie kiczowatej dezynwoltury, to jeszcze stawiają na emocjonalny wymiar widowiska. Nareszcie uczciwie spychają na dalszy plan resztę bohaterek i stawiają na trójkąt Brie-Gilpin-Maron. Odważniej forsują również postać producenta Sebastiana Howarda granego przez Chrisa Lowella. Dochodzi do wyczekiwanych przetasowań i pojawia się poczucie obcowania z postaciami z krwi i kości. Nie ma już mowy o schematyczności, a każdy kolejny epizod przynosi trudne do przewidzenia rozwiązania.

To jednak nie zaskakujące twisty są istotą przeprowadzonej w serialu rewolucji. Sukces scenarzystek tkwi w nadaniu tej historii realnego ciężaru. Wprawdzie narracja nadal prowadzona jest swobodnie i komizm góruje nad tragizmem, niemniej jednak dylematy bohaterek są wreszcie odpowiednio wydestylowane. Kończy się beztroska, a zaczyna realny dramat. GLOW odważnie wchodzi w rejony wcześniej zarezerwowane dla komediodramatów spod szyldu HBO czy Louisa C.K., nietracąc przy tym nic ze swojego kampowego charakteru.

GLOW
fot. materiały prasowe
Zobacz również: “Luke Cage” – Recenzja 2. sezonu

To naprawdę niesamowite, jak z błahej historii GLOW przeistoczyło się w poruszającą opowieść z wieloma scenami zapadającymi w pamięć i skutecznie wpływającymi na emocje widza. Do najwspanialszego mariażu treści z formą dochodzi w scenie, w której Sebastian wchodzi do klubu w poszukiwaniu swojego przyjaciela. Takiego fragmentu nie powstydziłby się sam Ryan Murphy. Z głośników płynie ponadczasowy utwór zespołu Bronski Beat. Niebieskie światła otulają tańczące ciała i stwarzają pozór oderwania od szarej rzeczywistości. Jest tylko ta piosenka i ten taniec. Na twarzach bawiących się osób króluje poczucie zapomnienia. Tymczasem na obliczu Sebastiana pojawia się zakłopotanie, a w rozbieganych oczach przerażenie. Jimmy Sommerville śpiewa dokładnie o tym, co dzieje się w jego przeżartym samotnością sercu. Chęć ucieczki toczy bój z potrzebą miłości. Zbolała dusza Sebastiana i spragnione ciała tancerzy. Niebieskie światła, falset wokalisty i synthpopowe nuty.

Takim oto sposobem GLOW staje się najlepszą serialową premierą na Netflixie w tym roku.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.