„The Social Reckoning: W sieci konsekwencji” – 404 film not found [RECENZJA]
Dawno, dawno temu Aaron Sorkin był niezwykle zdolnym twórcą od tematów ważnych i poważnych. Przynajmniej w niektórych kręgach. Spod sprawnych palców scenarzysty nie tylko dramaty na najwyższym szczeblu władzy, ale nawet analityka baseballu czy powstanie strony internetowej urastało do miana najbardziej wciągającej opowieści. A gdy zaangażuje się do współpracy jeszcze zdolnego reżysera, może wyjść z tego jeden z najciekawszych filmów XXI wieku o kluczowych wydarzeniach XXI wieku. Co jednak wydarzy się, gdy na placu boju zostaje sam autor tekstu, który podejmie próbę zmiany surowego i dość przeglądanego tekstu w materię filmową? Wydarzy się incydent facebookowy pt. The Social Reckoning: W sieci konsekwencji.
Facebook to potęga, jest to fakt niepodważalny. Jednak mimo sympatycznego oblicza jego pełnoprawnie ludzkiego założyciela, w tym technologicznym molochu może kryć się coś złowieszczego. Zbadania tego tematu podejmuje się dziennikarz The Wall Street Journal, Jeff Horwitz, wspierany przez nadchodzącą sygnalistkę – Frances Haugen. Równolegle ze słabnącym PR i nadchodzącym przesłuchaniem przed obliczem Senatu stanie sam CEO Facebooka – Mark Zuckerberg. To właśnie na tych trzech spoglądających na widza z plakatów postaciach powinna opierać się cała oś fabularna. Wścibskość i upór bohaterów Jeremy’ego Allena White’a i Mikey Madison pozwoli nam odnaleźć źródło roznoszącego się po siedzibie internetowego giganta smrodku, a z całego zamieszania gęsto będzie musiał tłumaczyć się cybernetyczny Jeremy Strong. Pozornie to układ idealny. Wkraczamy w świat niedostępny zwykłym śmiertelnikom i wraz z postępującym śledztwem zaczniemy nie tylko rozumieć mechanizmy big-techu, ale i z zapartym tchem będziemy śledzić drogę do sukcesu dziennikarskiego naszych protagonistów. Niestety Sorkin zapomniał, że napisanie pełnego treści tekstu nie przekłada się od razu na pełny treści film. Bo owszem, jesteśmy zalewani dużą ilością ekspozycji, aby zarówno aktorzy, jak i widownia odnaleźli się w ekranowej rzeczywistości, a w konsekwencji i w realnym problemie. Jednak od filmu fabularnego oczekiwałbym mniej wykładu, a więcej dyskusji.

Choć niezaprzeczalnym faktem jest, że nienawiść do tech miliarderów to nie tylko obowiązek, ale i przyjemność, ciężko mi uwierzyć, mimo wszystkich żartów o robotach, że Zuckerberg jest bytem tak zero-jedynkowym. A jednak, w ten sposób prezentują go nam Strong i Sorkin. Szkolony na obserwowaniu ruchu XIX-wiecznych automatonów aktor, minimalizuje ruchy CEO Facebooka, ruszając głową czy korpusem tylko po jednej osi obrotu i mruga zgodnie z rytmem powolnego metronomu. Wprawdzie zachowanie rzeczowej i opanowanej pozy przed nadchodzącym przesłuchaniem to rola uzasadniona, brakuje jej drugiego oblicza. Strong nie uczłowiecza swojego bohatera, zmieniając go w stereotypową karykaturę. Chciałbym, aby chociaż w jednej scenie okazało się, że w trzewiach Zuckerberga nie znajdują się metalowe komponenty, a flaki i serce pompujące krew. Nawet jeśli do cna zepsute. Co jednak dodatkowo irytujące, Zucc nie jest też kompetentnym złoczyńcą. Czyny podejmowane w imię maksymalizacji wpływów są rzecz jasna cyniczne, ale ani trochę charyzmatyczne. Karykatura Stronga dociera do krytycznego punktu udanej impersonacji, nie oferując sobą ani jednej ludzkiej emocji. Nawet w widzach, a o to, jak sądzę, chodziło.
Po to jednak mamy ludzką przeciwwagę w postaci naszej dwójki protagonistów. Reprezentujący dwa światy duet, zmuszony do połączenia „klasycznego” dziennikarstwa śledczego z inwigilacją wielkiego korpo, to jak dwie inne optyki przyjmowane przez siedzącą przed ekranem widownię. Wierząca w sprawiedliwość i pewna misyjności mediów społecznościowych introwertyczka współpracująca z pozbawionym jakiegokolwiek technologicznego wyczucia wygą, który nie wie, jak używać nawigacji w telefonie. To jakbyśmy my ze swoim ojcem mieli obalić rząd! Jednak co z tego, kiedy ich realna funkcja w fabule to tłumaczenie sobie nawzajem dziejących się właśnie rzeczy. Rozwój samej historii, przebieg śledztwa czy zacieśnianie się pętli na szyjach całego społeczeństwa mają miejsce gdzieś w tle, mimochodem. Napomknięte między wierszami kolejnego monologu opowiadającego, jak właściwie działają te całe algorytmy i czemu na moim profilu wyświetlają się ekstremistyczne treści. Próby nadania im charakteru czy zacieśnienia relacji prywatnej rozciągają się na osi czasu od niezręcznie uroczych, po otwarcie tandetne. Od Franka Capry, po Kurczaka Małego. Ale żeby to zrozumieć, trzeba znać tak dużo mitów jak Aaron Sorkin.
Zostając przy temacie literackiej erudycji: z pustego to i Salomon nie naleje. Ciężko mi przez to winić duet White-Madison, bo scenarzysta tym razem nie pozwolił im się popisać. Ani przez warsztatowe lenistwo, ani brak reżyserskiego talentu. Poprzednia część sagi o Zuckerbergu napisana przez Sorkina była niezwykle satysfakcjonującą rozgrywką między każdym duetem bohaterów. Nawet jeśli prawdziwi ludzie rzadko przerzucają się ripostami, danymi i przytykami z takim tempem i gracją jak w The Social Network, to przynajmniej czułem, że ze sobą rozmawiają. Że nie spoglądają przez parę zerówek w przestrzeń, opowiadając, co to właściwie są te fejsbuki i czemu ten niedobry pan nie powinien tak dużo zarabiać. A w filmie sprzed 15 lat przynajmniej dowiedziałem się, dlaczego właściwie zaczął, a nawet przez chwilę uwierzyłem, że na to zasłużył. Niespodziewaną kontrą scenariuszową wobec jednoznacznie złego CEO jest Charlie Garrigan grany przez Billa Burra. Niezbyt subtelnie inspirowany Rogerem McNamee, były inwestor Facebooka siedzi na sali rozpraw, aby w imieniu bardziej obytego w świecie big techu odbiorcy bezpośrednio zapytać Zuckerberga, co uczynił z tą krainą. To dopiero tutaj możemy zobaczyć namiastkę prawdziwej dyskusji w świetlne bardzo niejednoznacznego problemu, który już za kilka chwil zostanie sprowadzony do przebitek montażowych ze szturmu na Kapitol 6 stycznia 2021. Tak że jeśli przez chwilę zaczniecie widzieć w kąciku jego robotycznego oka łzę godną prawdziwego chłopca, przestańcie się przyglądać. Nie słuchaliście wykładu? Zło jest złe, a teraz jest go bardzo dużo w internecie. Włącz myślenie, czy coś.

A to myślenie nie będzie dla widza zbyt trudnym wymogiem, bo Sorkin jako reżyser dołożył wszelkich starań, aby nie rzucić mu jakichkolwiek odbiorczych wyzwań. Zasygnalizowane tekstem przeskoki w czasie, retrospekcje spowite w czerń i biel, rozmowy z ciągłym przeskokiem między postaciami, żeby nie zapomnieć, kim są rozmówcy. Color grading? Zostaw na „auto”. Muzyka? Jakaś jest. To niesamowite, że przy całej (celowej rzecz jasna) sztuczności filmowego Zuckerberga najbardziej syntetyczną rzeczą w The Social Reckoning… jest praca reżysera pozbawiona choćby namiastki autorskiego charakteru. Jak scenariusz udający prawdziwy film, przywdziewając jego bladą i martwą skórę, aby zaraz zeznawać przed głodnym wyjaśnień audytorium, które ni w ząb nie rozumie, o czym tam właściwie gadają. Zupełnie jak wiadomo kto zeznający przed wiadomo kim i wiadomo kiedy. Może jednak Sorkin to metatekstualny wirtuoz? Nie, raczej nie.
The Social Reckoning jest trochę jak większość postów, które wyświetlają się na moim facebookowym feedzie. Na pozór związane z tematem, który mnie interesuje, jednak po chwili stają się zalewem pozbawionej esencji treści, w którym zatraca się moja uwaga, autorski charakter postującego i moja potrzeba patrzenia na to wszystko dalej. Mojego poglądu nie zmieni, wiedzy nie poszerzy, przyjemności nie sprawi, ale zmęczy oczy i zmarnuje czas.
korekta: Monika Konkol
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
The Social Network
