Advertisement
KomiksKultura

„Nowy Świat Ultimate” – Reset idzie twardo [RECENZJA]

Norbert Kaczała
„Nowy Świat Ultimate. Inwazja”
„Nowy Świat Ultimate. Inwazja” / rys. Bryan Hitch

Jestem pełen podziwu dla każdego, kto próbuje wdrożyć się w komiksy o superbohaterach. Podczas gdy kilka lat temu trzeba było brać to, co wielkie wydawnictwa łaskawie rzucą na rynek, pomagając sobie wydaniami cyfrowymi, obecnie konieczne jest rzucenie się na naprawdę głęboką wodę. Bez względu na to jak dobrze (o ile w ogóle) umie się pływać. Stare i nowe kanony, resety, światy alternatywne, przerwana ciągłość fabularna, powroty zza grobu… To wszystko trzeba brać pod uwagę, zanim kupi się chociaż jeden tom przygód superbohatera, którego polubiliście w filmie i serialu. Ale z resetów płynie, przynajmniej pozornie, duża łatwość, aby wziąć do ręki pierwszy zeszyt serii i dalej już jakoś pójdzie, bo przecież wszystko zaczyna się na nowo, prawda? 

Co to właściwie jest ten Nowy Świat Ultimate, gdzie jest stary i czemu omawiam aż trzy komiksy naraz? Odpowiadając w odwrotnej kolejności: bo jest łatwiej je zbiorczo zarekomendować, nie żyje, jeszcze jedna próba stworzenia alternatywnego świata, gdzie wszystko zaczynamy od nowa. Pierwotne Uniwersum Ultimate dokonało swojego fabularnego żywota w 2009, doznając całkowitej anihilacji w 2015 podczas eventu znanego jako Tajne Wojny, które już niedługo zmasakrują bracia Russo w nadchodzącym filmie. Ale jako że w świecie Marvela nikt i nic (z wyjątkiem Wujka Bena) nie umiera na zawsze, w 2023 postanowiono spróbować jeszcze raz. Osobom zainteresowanym całą historią pojawienia się Nowego Świata Ultimate (i jego przesadnie szybkiego końca, bo został już zaorany) polecam lekturę wspaniałego tekstu Wiktora Lewandowskiego na blogu Kolorowe Zeszyty, a my zajmiemy się dzisiaj samym wyjaśnieniem, czy warto się za niego zabierać. Albo raczej – dlaczego absolutnie warto. 

Inwazja 

Kojarzycie Reeda Richardsa? Lider Fantastycznej Czwórki, geniusz, ojciec, Pedro Pascal… Ma on jednak swoją gorszą wersję, znaną jako Stwórca, który jak przystało na złowrogiego geniusza, zamierza przejąć władzę nad światem. Jednak nie takim pierwszym lepszym, pełnym niedoskonałości. Stwórca zamierza przepisać rzeczywistość w taki sposób, aby ta nagięła się do jego zasad i mógł nad nią zapanować, pozbywając się z niej wcześniej wszystkich superbohaterów dzięki podróży w czasie. Klasyk, prawda? Kolejne pionki zostają stopniowo umieszczane na planszy, a nasza znajomość postaci, wydarzeń, kontekstów i wszystkich innych składowych związanych ze światem Marvela zaczyna być kwestionowana. Jonathan Hickman, scenarzysta Inwazji, sam jest Stwórcą. To fabularny architekt, który tworzone przez siebie światy stawia na niezwykle solidnym fundamencie. Natychmiast dowiadujemy się, jak będzie działać ten kawałek wszechświata, kto jest kim dla kogo i kto na tym ucierpi. A jeśli coś nie będzie w stanie wybrzmieć w samej opowieści, dostaniemy pakiet folderów z informacjami i infografikami, wyjaśniającymi co nudniejsze fragmenty worldbuildingu. Działało poprzednie dwieście razy, zadziała i teraz. 

To wyjątkowo paradoksalna sytuacja, bo podwaliny z Inwazji dokonują rzeczy pozornie niemożliwej – są przystępne dla każdego czytelnika. Wieloletni wyjadacze skiną głową z uznaniem wobec śmiałych wariacji na temat znanych postaci i tego co wokół nich, osoby pobieżnie zaznajomione z uniwersum z lekką konsternacją zastanowią się, czemu X lub Y nagle jest aż tak odmienny od wersji filmowej, ale wsiąkną w kolejne zeszyty, a absolutni nowicjusze po prostu przyjmą nowy status quo, nie wiedząc, jak wielki pieprznik wiązał się ze starym. Co cieszy najbardziej – to, że żadna z postaci nie opiera się charakterologicznie na pojedynczej wariacji czy cesze dystynktywnej. Na pierwszym i drugim planie są realne osoby, działające jako niezależne jednostki o własnych motywacjach i celach. Druga warstwa, „dostępna niektórym”, tylko dodaje całości głębi, wiedząc jak niewiele było trzeba, aby nasz ulubiony heros czy złoczyńca stał się kimś zupełnie innym.

Nowy Świat Ultimate. Inwazja
„Nowy Świat Ultimate. Inwazja” / rys. Bryan Hitch

Kwestia fabularnej intrygi jest tutaj niemal niemożliwa do realnej oceny, bo Inwazja to przede wszystkim prolog. Skondensowany do 6 zeszytów i liczący ok. 190 stron, ale jednak prolog. Dłuższa wersja monologu złoczyńcy, który na chwilę przed wciśnięciem czerwonego guzika opowie o swoich motywacjach i sposobie osiągnięcia celu. Niestety nic nie poradzę na to, że uwielbiam kompetentnych szwarccharakterów, a Stwórca z biegiem lat urósł do miana jednego z moich faworytów. Układ sił, który stworzył wydaje się naprawdę trudny do podważenia i z utęsknieniem czekam, jak poradzą sobie z tym protagoniści, czyli…

Ultimates

Oczywiście, skoro mamy złola, potrzebni są nam superbohaterowie, którzy spróbują go powstrzymać. Tym razem będzie to tytułowa ekipa Ultimates, będąca wariacją na klasyczny skład Avengersów. Tylko przypominam, Stwórca dołożył starań, aby herosi nigdy nie zaistnieli. Do dyspozycji mamy tylko syna tragicznie zmarłego Tony’ego Starka i jego przymusowego współpracownika – Reeda Richardsa (innego niż ten zły), którzy sugerując się radą Piotra Fronczewskiego, zamierzają zebrać drużynę. Trochę modyfikując przepływ czasu, eksperymentując na ludziach i strasząc niewinnych obywateli wizją ryzykownej misji wymierzonej przeciw szefowi całego świata. Nie będzie to jednak klasyczna struktura z pozyskaniem jednego bohatera na jeden zeszyt, aby dumnie stanąć na tle zachodzącego słońca zanim jakiś nikczemnik dostanie wciry. W świecie, gdzie superherosi praktycznie nie istnieją, brzemię odpowiedzialności jest jeszcze cięższe niż kiedykolwiek. Ludzie boją się prowokować Stwórcę, a szereg nieudanych eksperymentów naukowych jeszcze niedawno szokował opinię publiczną. To nie są znani wam dobrze bohaterowie. 

Tutaj wyraźnie ujawnia się scenariopisarski talent Campa i Hickmana do kreowania wiarygodnych postaci. Uniwersum to jedno, ale musi je ktoś zamieszkiwać. Bazując na najbardziej rozpowszechnionych czy stereotypowych wyobrażeniach o konkretnych członkach Avengers, zderzenie się z przepisaną rzeczywistością będzie sporym zaskoczeniem. Pierwsze, najpiękniej brzmiące skrzypce gra Steve Rogers, który nie tylko został wyciągnięty z innego czasu, ale i obudził się w innym świecie. Nie w Stanach Zjednoczonych, bo tych już oficjalnie nie ma. Rząd nie istnieje, państwo nie istnieje, historia nie istnieje. Niegdyś idealny żołnierz staje się liderem ruchu oporu, do którego idealnie powinna pasować pierwotna nazwa drużyny – Mściciele. W świecie, gdzie złoczyńca jest władcą, bohaterowie przypominają rebeliantów i terrorystów. My jako czytelnicy wiemy, kto tutaj jest dobry, ale dla mieszkańców nowej rzeczywistości granice między czarnym i białym stale się zacierają. Jestem pod niemałym wrażeniem części politycznej tego świata, po której prowadzi nas Camp. Zakładam realistycznie, że podstawy kreślił nasz Architekt Hickman, ale umiejętne dawkowanie informacji i wysyłanie na front kolejnych jednostek jest po stronie drugiego scenarzysty. Musimy zrozumieć, czemu tyran jest traktowany jak zbawca, i jak długa droga do tego prowadziła.

Ultimates
„Ultimates” / rys. Phil Noto

W ciągu całej fabuły nieubłaganie w tle słychać tykanie zegara, bowiem misja musi zakończyć się sukcesem w jasno określonym terminie. Na bohaterach ciąży większa presja, scenarzysta dostaje czytelne ramy czasowe, a presja zaczyna rosnąć z każdym kolejnym zeszytem. Niestety to, że umie się podróżować w czasie, nie znaczy, że da się go zatrzymać albo zmienić jego przebieg. Jako zamknięta całość, to niezwykle intrygujące. Jako tom pierwszy, rozpalające chęci na więcej. Jako reboot uniwersum, miejscami zaskakujące. 

Ultimate Spider-Man

Jednak są w tej inicjatywie wydawniczej rzeczy znacznie bardziej szokujące, które przez wiele lat nie mieściły się w głowach scenarzystów i zarządu Marvel Comics. Chociażby to, że Peter Parker jest szczęśliwy! Permanentnie kopany przez wydawców, przeciwników, sojuszników, miasto, życie i wszystkich odpowiedzialnych za fabuły jego przygód, protagonista w końcu doczekał się należnego mu szczęścia. W ramach Nowego Ultimate Peter jest mężem kobiety sukcesu, Mary Jane Watson, z którą doczekał się dwójki mądrych i charakternych dzieci – May i Richarda. Ma stabilną pracę w gazecie, wsparcie wuja Bena (tak, żyje!) i przyjaciela rodziny, J. Jonah Jamesona. Czego chcieć więcej? Ciężko powiedzieć, ale czegoś tutaj brakuje. Mimo posiadania wszystkiego o czym może marzyć, Parker ma w sobie pustkę. Niezaspokojone poczucie braku tajemniczego elementu w jego poukładanym życiu może zniwelować pojawienie się młodego Tony’ego Starka, który streszcza Peterowi, kim powinien być. W gratisie z tajemniczą przepowiednią przysłany zostaje radioaktywny pająk, któremu bohater daje się ugryźć, zyskując swoje pajęcze moce. I czy mimo słów wydawcy Joego Quesady o potrzebie zachowania Petera w stanie kawalerskim, ubogim i młodym, dorosły i szczęśliwy Spider-Man okazał się sukcesem? Skromnie mówiąc, największym od co najmniej dwóch dekad! 

Zasadniczo nie skupiałbym się na liczbie sprzedanych egzemplarzy, jednak pół miliona egzemplarzy i siedem dodruków to wynik, o jakim Marvel Comics przez lata mogło tylko marzyć. Okazuje się, że dobrostan psychiczny ukochanego przez całe pokolenia superbohatera to istotny czynnik poprawiający sprzedaż i po latach cierpień, Spider-Manowi należy się buzi w czółko. Jako czytelnik przygód Ścianołaza już od najmłodszych lat, widok żyjącego pełnią życia Parkera napełnił mnie nieskrępowaną radością. To wciąż ten sam, rzucający tandetnymi żarcikami nie mniej skutecznie niż pajęczyną koleś, któremu na sercu leży dobro nowojorczyków. Zaangażowany, ale jeszcze niewyszukany w walce. Kochający, ale zakręcony. Nieidealny, ale skory do nauki. Czyli dokładnie taki, jaki powinien być Peter Parker, pomimo zmiany statusu związku! Czymkolwiek zajmuje się obecnie Joe Quesada, mam nadzieję, że jest to głównie rozpamiętywanie jednej z największych bzdur, jakie kiedykolwiek powiedział. Chociaż przez chwilę dziennie.

Przeczytaj również:  „Resident Evil” – Zmartwychwstanie [RECENZJA]
Ultimate Spider-Man
„Ultimate Spider-Man” / rys. Marco Checchetto

Z całego pakietu Nowego Ultimate, Spider-Man jest bez wątpienia najbardziej rozrywkowy i lekkostrawny. Charyzma głównego bohatera, połączona z jego entuzjastycznym sposobem bycia, czyni z każdego zeszytu ekscytującą i bezpretensjonalną przygodę. Między wieżowcami Nowego Jorku będziemy tropić korporacyjne spiski, szukać i opanowywać nowoczesną technologię, zawierać sojusze, trafiać na wrogów i przypominać obywatelom, że mogą liczyć na Przyjaznego Pająka z Sąsiedztwa. Klasyka klasyki, podstawy superbohaterszczyzny. Czy są to scenariopisarskie wyżyny? Bynajmniej. Ale to skrojona na miarę, ekscytująca przygoda z bohaterem, który udowadnia sobie, łotrom i czytelnikom, że ma w sobie jeszcze sporo werwy i umiejętności. Fanom pajęczego zakamarku świata przedstawionego bez wątpienia do gustu przypadnie pakiet wariacji na temat znanych postaci. Tam, gdzie w Ultimates zmiany bywały posunięte naprawdę daleko, Hickman w Spider-Manie zachowuje serce każdego z bohaterów, zmieniając tylko położenie na mapie wzajemnych zależności. MJ to nadal wspierająca i kompetentna przedsiębiorczyni, wujek Ben to nie tylko mentor, ale i racjonalizator, Harry Osborn i Gwen Stacy pozostali ambitni, ale działający na innym polu, a J.J. Jameson jak zwykle tylko wydaje się gburem bez serca. Jest oczywiście też pakiet złoczyńców, którym pozmieniano to i owo, ale nie ośmielę się zdradzać którejkolwiek z tych wariacji, aby nie psuć nikomu radości z lektury. 

Pod kątem analitycznym (choć w ramach tej recenzji jest to pewne nadużycie), ciężko mi rozkładać ten komiks na czynniki pierwsze, gdyż to najzwyklejsza w świecie kompetentnie napisana i wspaniale zilustrowana kwintesencja komiksowej rozrywki. Wspaniały sposób na spędzenie jesiennego popołudnia, idealny comfort comic book, dobrze wydane pieniądze i list miłosny do ukochanej przez wielu postaci. 

W całokształcie, czy Nowy Świat Ultimate to udana inicjatywa wydawnicza? Na etapie pierwszych tomów, bez dwóch zdań. Czy to dobry punkt startowy dla kogoś, kto stawia pierwsze kroki w świecie komiksów superbohaterskich? Jasne, z potencjałem na zgłębienie różnic między światami we własnym zakresie. Czy to porządna rozrywka, jakiej wymagać można od komiksu o peleryniarzach z wielkiego wydawnictwa? Owszem. Jednak mnie, jako zaprawionego w bojach fana, który pamięta nieliczne okresy chwały i multum porażek Marvel Comics, cieszy świadomość, że pojawił się projekt, który czerpiąc z dekad historii jest w stanie zaprezentować nam coś nowego. Cieszmy się tą chwilą, bo nie będzie trwać wiecznie. 

Korekta: Michalina Nowak

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.