Advertisement
KomiksKultura

„Błękitna księga” – Wierzyć mi się nie chce [RECENZJA]

Norbert Kaczała
Błękitna księga
fot. „Błękitna księga” / Nagle Comics

Na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy mogliście zauważyć na Filmawce wzmożoną aktywność ufologiczną związaną z naszym filmowym przeglądem na Octopus Film Festival. Jednak próżne są nadzieje tych, którzy zakładają, że nasze kosmiczne fascynacje skończyły się wraz z festiwalem i nie będziemy spędzać kolejnych godzin, aby zajmować się historią latających talerzy. Nasze modły zostały wysłuchane i zmaterializowane, bo właśnie na sklepowe półki trafia Błękitna księga od wydawnictwa Nagle (które nie mogło mieć bardziej adekwatnego logo), dokumentująca początki popkulturowej świadomości na temat UFO i rzucająca więcej światła na rzekome bliskie spotkania trzeciego stopnia. Ile jest tego światła?

Scenarzysta James Tynion IV zabiera nas w podróż w czasie, abyśmy doświadczyli przewrócenia pierwszych kostek domina w ufologicznej układance, która przewraca się aż do dziś. W 1947 roku Kenneth Arnold po raz pierwszy obserwuje z kokpitu samolotu obiekty nazywane błędnie „latającymi talerzami”, kilka tygodni później w Roswell rozbija się tajemniczy obiekt, po 14 latach małżeństwo Hillów zostaje uprowadzone przez humanoidalne istoty, a my po dziś nie wiemy, jaki udział mieli w tym faceci w czerni. Jeśli literatura faktu wokół tego tematu może przytłaczać was swoim ogromem (chociaż powinna wystarczyć lektura UFO Garretha M. Graffa) i szukacie bardziej zwięzłego opracowania kluczowych punktów na osi czasu, sięgajcie śmiało. Kontekst socjopolityczny prezentowanych wydarzeń nakreślony jest klarownie, ciąg przyczynowo-skutkowy mimo skakania po chronologii jest spójny, a scenarzysta nie sili się na binarne rozgraniczenie prawdziwości tych zdarzeń. Niestety problem polega na tym, że Błękitna księga jest wyłącznie przytoczeniem faktów i zeznań, a nie ich jakkolwiek fabularyzowaną wersją. Oczywiście, seria Non Fiction powinna skupiać się przede wszystkim na autentycznym przebiegu zdarzeń, jednak nie wymaga ona wtedy przybierania formy opowieści graficznej. Wiąże się to pewną asekuracją scenariopisarską, gdzie wygłasza się wykład kosztem opowiadania historii, pisania dialogów, czy umiejętnego nakreślania ekspozycji. Widzę ciąg przyczyn i skutków, ale nie jest to realna opowieść.

Błękitna księga
fot. „Błękitna księga” / Nagle Comics

Tynion to niezwykle zdolny scenarzysta, czujący się w klimacie spisków, konspiracji i ludzkich dramatów jak ryba w wodzie. Departament prawdy, Miły dom nad jeziorem, czy Coś zabija dzieciaki to wspaniałe serie, którym nieobcy element ponadnaturalnej, czasem i kosmicznej grozy. Tym większa szkoda, że duża część omawianego dzisiaj komiksu jest tak wyjałowiona emocjonalnie. Pierwszy rozdział o małżeństwie Hillów dawał czytelnikowi trochę nadziei. Mamy trochę czasu, aby przyjrzeć się relacji Barneya i Betty, opinii publicznej na ich temat, czy zwykłej codzienności ludzi naznaczonych czymś, czego nie rozumieją. Jednak gdy miejsce kochającej się pary zajmuje trzecioosobowy narrator, który każe nam przeskakiwać od przesłuchania do przesłuchania, sam czuję się jak przy składaniu zeznań. Zapewne to wina pułapki, którą postanowiłem sam na siebie zastawić, zajmując się tym tematem od kilku ładnych lat i czytając komiks, który streszcza najważniejsze z wydarzeń. Ja to po prostu wiem. Grunt, żebym dostrzegał w tym pierwiastek ludzki, z przyjemnością wrócę do omawianych wydarzeń, dostrzegając wyraźnie nie tylko historię fenomenu, ale i ludzi. Kapitan Kenneth Arnold nie stał się globalnym celebrytą po ujawnieniu światu swoich obserwacji, a ja chciałbym wiedzieć, jak czuł się ze stopniowo przerastającą go popularnością w konkretnych kręgach i oporem ze strony rządu. Nie z perspektywy jego przełożonych czy narratora, a samego uczestnika wydarzeń. Jednak jak to w przypadku rządu bywa, mogą mi obiecać, ale nie muszą mi dać. No i nie dali.

Na szczęście tam, gdzie scenariusz pozbawiony jest emocji, piękno kryje się w oprawie graficznej. Michael Avon Oeming ratuje nawet najbardziej stagnacyjne sceny pełne referatów z historii biurokracji za pomocą swojego kontrastowego stylu. Całość opiera się tylko na czerni, bieli i błękicie, co każdorazowo tworzy niezwykle klimatyczne plansze. Geometryzacja sylwetek i ostre krawędzie nadają całości adekwatny do retro estetyki sznyt, co czyni nawet ze zwykłego kartkowania przyjemne doświadczenie odbiorcze. Talent Oeminga wybrzmiewa szczególnie w pierwszej części, skupionej na Hillach. Postępująca paranoja, mroczne okoliczności przyrody, światła wyłaniające się z ciemności i nieustające poczucie, że coś się zbliża. Uczta dla oczu! Znacznie trudniej jest wydobyć podobny nastrój z ciągłego siedzenia przy biurku przez rządowych urzędasów, dlatego druga połowa nie gwarantuje już tak klaustrofobicznego uczucia. Chociaż ciężko winić za to samego Michaela, bo z pustego to i Salomon nie naleje.

Błękitna księga
fot. „Błękitna księga” / Nagle Comics

Powinienem pokochać ten komiks. Na papierze (dosłownie i w przenośni) ma przecież wszystkie elementy, które mogłyby mnie subiektywnie zachwycić. Pięknie zilustrowana kronika spotkań z UFO? Zakup obowiązkowy dla takiego kosmicznego nerda. Jednak będę uparcie trzymał się swojej kontrowersyjnej opinii, że wolałbym przeczytać komiks, a nie raport z zajścia. Bo ten już kiedyś czytałem. Jako wasz pierwszy dokument wyciągnięty Z Archiwum X, Błękitna księga może sprawdzić się wzorowo. Jako dalszy etap waszych ufologicznych poszukiwań będzie brykiem z dwóch najważniejszych incydentów w historii badań. Jako komiks? Będzie ok. 

korekta: Marta Tychowska

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.