Jeszcze tylko jeden odcinek, czyli dlaczego uzależniamy się od seriali?
Dlaczego o jednych serialach chcemy częściej rozmawiać, a drugie szybko zostają zakopane w mogile zbiorowej pamięci? Na pewno istotną rolę pełni czynnik marketingowy. Atakujące zewsząd reklamy potrafią skłonić widza do poświęcenia czasu w celu zapoznania się, po co ktoś robi tyle szumu wokół danego tytułu. Ponadto, wchodzą w to wszystko kwestie środowiskowe. Gdy otaczająca nas grupa pochyla się nad pewnym tytułem, pewnym nietaktem jest bycie tą jedyną osobą, która nie wie, o czym się rozmawia. Zwróćmy uwagę na to, że największe hity Netflixa – Stranger Things czy Dark – nie miały kampanii reklamowych opiewających na dziesiątki miliony dolarów. Zwłaszcza premiera pierwszego tytułu odbyła się bez żadnej fety, nie była z dawna wyczekiwanym eventem. Ot, na platformie pojawiła się wzdychająca do popkultury lat 80. opowieść o dzieciakach i ich wspaniałych przygodach. To dopiero szeptany marketing, przekazywane między grupami znajomych pozytywne recenzje sprawiły, że produkcja braci Duffer, wcześniej niechciana przez prawie wszystkie stacje telewizyjne, nagle stała się ogólnoświatowym fenomenem.

Twórcy na różne sposoby próbują skłonić widzów do prowadzenia dalszych dyskusji w internecie, przy czym nie chodzi tylko o standardową wymianę opinii. Najlepiej w tym wszystkim odnajdują się artyści stawiający na budowanie tajemnicy, wielopoziomowych łamigłówek prowadzonych na przestrzeni całych sezonów. Oprócz legendarnych już Lostów, na plan pierwszy wysuwają się przede wszystkim produkcje HBO – Gra o tron, Watchmen, Westworld. Niezależnie od tego, czy są to scenariusze oryginalne, czy na podstawie prozy, chodzi o takie podrzucanie wskazówek, dzięki którym odbiorcy próbują przewidywać dalszy bieg wydarzeń. Chodzi nie tylko o emocjonalne zaangażowanie w związku z utożsamianiem się jednostek z charakterami bohaterów, ale także o zakotwiczenie się w sferze intelektualnej, o skłonienie do ponownego, ponownego i ponownego odtwarzania wybranych fragmentów, by odnaleźć ukryte znaki, odniesienia, motywy.
Większość podanych wyżej źródeł społecznego uzależnienia od seriali można sprawdzić do dwóch terminów – hiperdiegetyzmu oraz eskapizmu. Oba przenikają się ze sobą, tworząc siatkę dalszych skojarzeń, za pomocą których można opisać zjawisko ekspansji gigantycznych platform streamingowych. Słowo “hiperdiegetyzm” (ang. hyperdiegesis) zostało skonstruowane przez Matta Hilla i służy do zrekonstruowania zasad przyświecających twórcom odcinkowych produkcji. Chodzi o takie kształtowanie świata przedstawionego, by tylko jego 10% zostało ujawnionych, ale jednocześnie z wykorzystaniem takiej liczby rekwizytów, odniesień i dygresji, by widz mógł z łatwością dopowiedzieć sobie, jak wygląda reszta niepokazanej mu rzeczywistości. Długie, wielogodzinne seriale stają się osobno istniejącymi światami przedstawionymi, ze swoją historią i zasadami, dzięki czemu znacznie łatwiej przychodzi “zanurzanie” się w fikcyjne uniwersa.
Owa immersja bardzo często jest wynikiem potrzeby eskapizmu. Świat serialowy daje możliwość wielogodzinnej ucieczki przed problemami dnia codziennego, składa się z trójwymiarowych, przedstawionych od wielu stron postaci, jest niczym podróż do innych krajów, impreza z nowymi ludźmi. Każdy tytuł to kolejny etap wędrówki i kolejna szansa na doznanie wspaniałych emocji. Pojawiają się już pierwsze badania psychologiczne, według których impulsywne binge’owanie wielu odcinków negatywnie wpływa na relacje międzyludzkie, nastrój, a przede wszystkim na sen. Reed Hastings, dyrektor generalny Netflixa, w jednej z wypowiedzi z rozbrajającą szczerością wyznał, że to nie HBO czy Amazon są dla jego firmy największymi konkurentami, lecz właśnie sen. Im mniej czasu człowiek odpoczywa, tym ma więcej chwil na konsumpcję.

Eskapizm i poczucie “większej realności” fikcyjnych seriali rodzi się tam, gdzie twórcy potrafią wciągnąć widza w grę między nim a bohaterem. Istnieje wiele technik umożliwiających ten proces, z czego najłatwiejszym do rozszyfrowania jest rozbijanie czwartej ściany. Chodzi o taką sytuację, kiedy protagonista zdaje sobie sprawę z istnienia kamery i nagle zwraca się w jej kierunku, ponieważ wie, że ktoś się znajduje po jej drugiej stronie. Phoebe Waller-Bridge robiła to znakomicie we Fleabag, angażując emocjonalnie odbiorców, z kolei Kevin Spacey w House of Cards prowadził perwersyjne gierki, pokazując do czego jest zdolny w walce o władzę. Ktoś może powiedzieć, że to tylko popkulturowe zabawy, ale jakoś tak się składa, że od 2015 roku wiele się w polityce zmieniło. Kiedyś to był teatr zakulisowych działań, a teraz jeden prezydent może mówić o nieprzychylnych mediach korzystając ze słowa “lamestream”, z kolei inny polityk regularnie udawania, że od prawa ważniejsza jest wola i moc niezbędna do jej realizowania. A wyborcy tylko się temu przyglądają, traktując to jako kolejny serial o władzy, w sumie nawet nie tak straszny, bo mniej angażujący psychicznie od House of Cards. Przeżyliśmy straszne działania Franka Underwooda, to przeżyjemy i to.
Nie wiadomo dlaczego, ale znaczna część widzów widzi w sobie omnipotentnych władców oglądanych treści. Wydaje się, że panuje powszechne przekonanie o braku wpływu poznawanych treści na percepcję odbiorców. W końcu to tylko rozrywka, nie ma się czym przejmować. Wystarczyłoby wprawdzie podanie przykładu filmów pornograficznych, by udowodnić wpływ treści wizualnych na mózg człowieka, ale pozostając na płaszczyźnie serialowej, należałoby wskazać Black Mirror: Bandersnatch jako na dzieło, w którym te wszystkie tendencje zostały zaprezentowane i wyśmiane. Oto subskrybenci Netflixa uwierzyli, że mogą prowadzić bohatera tam, gdzie tylko sobie zapragną. Mieli nadzieję, że interaktywność poszerzy ich pole działań, podczas gdy okazało się, że dziecięca wiara nie ma racji bytu. Znowu, tym razem manifestacyjnie, zostali sprowadzeni do roli zjadaczy treści, mogąc co najwyżej zdecydować, czy protagonista wypije mleko czy sok pomarańczowy. Ta dosłowność jest wręcz przekomiczna. Oto Charlie Brooker uderzył w podbrzusze Netflixa oraz innych korporacji. Ujawnił, że eskapizm jest ułudą serwowaną pod płaszczykiem poszerzania percepcyjnych horyzontów. Immersja to bajka, bo nie ma równej wymiany przeżyć i wiedzy między fikcyjnymi postaciami a żywymi ludźmi. Rynek nie spełnia fantazji, lecz tylko je generuje, by ludność dalej szaleńczo i nieskutecznie starała się je realizować. To pewnie dlatego Bandersnatch zostało tak skrytykowane przez widownię, w końcu niespełnione obietnice bardzo bolą. Kto wie, czy to nie najważniejszy tytuł, jaki pojawił się w ostatnich latach w kulturze popularnej.

Cała ta sytuacja przypomina historię przedstawioną w Westworld. Oto miliony klientów na całym świecie wchodzą do Netfliksowego parku rozrywki, gdzie pozostawiają za sobą wiele śladów. To na ich podstawie tworzone są kolejne treści, by iluzorycznie zaspokoić potrzeby wygłodniałego tłumu żądnego wrażeń. Nie miejmy złudzeń, jeżeli tak szybko udało się utrzymać przy sobie tak liczną widownię, to ciągle udoskonalane algorytmy jeszcze skuteczniej będą pomagały w przyszłości stworzyć produkty chętnie oglądane przez subskrybentów. Żeby nie było – w tym momencie tę taktykę stosuje również Amazon na ogromną skalę. Już teraz to nie złoto czy ropa, lecz dane są najważniejszą walutą.
Podane powyżej zagadnienia są potraktowane jak na razie powierzchownie, bowiem chodziło głównie o naszkicowanie mapy zagadnień, którymi należałoby się zająć w pierwszej kolejności, by w pełni zrozumieć rewolucję, jaka dokonuje się na naszych oczach. Bez poznania frontu trudno prowadzić batalię. Oczywiście, większość z tych zmian nie jest w tym momencie nacechowana moralnie, trudno im przypisać wartości dobra i zła, niemniej jednak warto im się przyglądać z pozycji krytycznej. Widzowie są przecież konsumentami, którzy kiedyś muszą wyjść z wirtualnego świata w celu dokonania kolejnych zakupów. Ponadto głosują w wyborach, mają wpływ na środowisko i na inne sprawy związane z życiem społecznym. Kto ma klucz do zrozumienia ich psychiki, ten ma klucz do banku z niekończącymi się zasobami gotówki, ten ma nieograniczoną władzę.
Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville'a i Kurosawy. Wyróżniony w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka w roku 2018 oraz 2019.