Recenzje

“Sierpień u Akiko” czyli kinofilska medytacja – Recenzja

Maciej Kędziora

Żyjąc w wiecznej pogoni za kolejnym uciekającym nam w życiu terminem, tracimy swój własny, prywatny spokój ducha tak przecież ważny dla naszego rozwoju osobistego i duchowego. Nawet w trakcie niesamowicie przyjemnego okresu jakim jest z założenia festiwal filmowy, kinofilski pęd i chęć obcowania z jak największą liczbą filmów, wywiera na nas presję, która później przeradza się w stres. Szczególnie, że zazwyczaj sztuka niszowa, z którą będziemy obcować nie należy do najlżejszych przeżyć, często operując dość gęstą atmosferą i mocnymi emocjami. Jak wielkie było moje zaskoczenie, gdy pewnego już deszczowego, sobotniego poranka wybrałem się na Sierpień u Akiko i osiągnąłem, choć na chwilę, stan kinofilskiej Nirwany, w której wreszcie zaznałem tak potrzebnego spokoju.

Sierpień u Akiko śledzi losy Alexa Zhanga Huntai (znanego w świecie muzycznym jako Dirty Beaches), alternatywnego saksofonisty, który w przerwie od swojej kariery muzyka, decyduje się wyjechać na Hawaje by tam odnaleźć swoich dziadków. Niestety po dotarciu na miejsce, szybko okazuje się, że ich dom został zburzony, a oni odeszli z tego świata niecały rok temu. Podróżujący po wyspie Alex natrafia na pewien buddyjski rezerwat (czy jak to woli nazywać właścicielka – Medytacyjny Bed&Breakfast) prowadzony przez Akiko, w którym to postanawia się zatrzymać na nieokreślony okres czasu. Nie wie jednak, że przypadkowo odkryte miejsce otworzy jego na całkowicie inne sfery świata i oczyści jego zbłąkaną, artystyczną duszę.

Przeczytaj również:  "Nieśmiertelny Hulk" - Najstraszniejsze co w nas żyje [RECENZJA]
Zobacz również: Recenzje “Poronionego” przed Fest Makabrą!

Alex jest i zawsze był zadeklarowanym kosmopolitą oraz włóczykijem, szukającym swojego miejsca na ziemi. Grał by żyć i żył by grać. Czasem dorabiał jako aktor na trzecim planie w filmach i serialach – jak na przykład w trzecim sezonie Twin Peaks – tylko po to by w następnym tygodniu grać na ulicach Bostonu. Kiedy jednak przybywa na Hawaje zaczyna pojmować, że ziemia ojczysta to miejsce zaskakująco bliskie jego duszy, miejsce, w którym ma okazje poznać swoje spirytualne “ja”.

Relacja jaką buduje z Akiko jest przepełniona ciepłem i zaufaniem. On – nie potrafi się do nikogo przywiązać, co wieczór zbywając telefonicznie swoją matkę. Ona – od 1980 roku jest skazana sama na siebie, akceptując przy jej boku jedynie koty, będące obiektem jej wiecznej miłości i zainteresowania. W tym wszystkim jednak oboje nie potrzebują miłości, a jedynie zrozumienia. Nie chodzi jednak zrozumienie realiów otaczającego ich świata, a  o akceptację siebie i osiągnięcie jedności własnego ciała i ducha.

Christopher Makoto Yogi tworzy swój film tak, by również widz mógł odbyć podróż wewnątrz siebie, uczestnicząc w medytacji, czując się częścią dialogów i wykładów o tajnikach buddyzmu i szczęśliwego życia. Każde uderzenie w dzwon coraz bardziej nas relaksuje, aż w pewnym momencie ni to na jawie ni w śnie, przenosimy się w miejsce akcji by wraz z Alexem uczestniczyć w tych swoistych lekcjach dobrego życia. Całkowita immersja seansu, to coś czego z rzadka doświadczam przy filmie fabularnym, a co dopiero w produkcji balansującej na cienkiej linii między dokumentem a fikcją, tutaj jednak całkowicie zanurzyłem się w świat ukazany na ekranie i nie chciałem wstawać ze swojego fotela i wychodzić na jakże rześkie warszawskie powietrze.

Przeczytaj również:  Jezus mnie zna. Recenzujemy „Oczy Tammy Faye” Michaela Showaltera
Zobacz również: Recenzję “Wielkiego mistycznego cyrku” z Dawidem Ogrodnikiem

Całkowite zanurzenie widza umożliwiają świetne kadry, które spokojnie można by oprawić w ramkę i powiesić na drzwiach klasztoru w sali przeznaczonej do medytacji. Pełen spokój z jakim zostaje budowana atmosfera filmu, niesamowicie życiowe i przepełnione emocjami dialogi, uzupełniany jest smutnymi dźwiękami wydawanymi przez saksofon Alexa, grającego własne improwizacje łączone z klasykami ogniskowej muzyki utożsamianej z poczuciem szczęścia i bezpieczeństwa.

Z rzadka zdarza się, że po seansie opuszczam salę kinową znacznie bardziej wypoczęty  – zarówno mentalnie jak i fizycznie – niż przed pokazem. Ku mojemu zaskoczeniu Sierpień u Akiko działał bardziej relaksująco niż odprężający masaż, dlatego też przy najbliższej okazji pakuje plecak, dwie książki i trzy płyty jazzowo – funkowe i wyjeżdżam odkrywać uroki Hawajów i swojej duszy. Choć, znając życie, skończy się tak, że kupie sobie DVD “Sierpnia”, a jedyną egzotyką na jaką będzie mnie stać to świeżo zaparzona Yerba. Ale przynajmniej znów przeniosę się do swojego raju.  Może wówczas zostanę w nim na dłużej?

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.