Advertisement
FelietonyFestiwal Kamera Akcja 2026Publicystyka

Gatunek zagrożony – Polska Fala | Felieton | Festiwal Kamera Akcja 2026

Norbert Kaczała
Fala, fajna nie?
Autor grafiki: Norbert Kaczała

Wyobraźmy sobie pozornie znajomą scenę. Sala kinowa pełna widzów, zajęta do ostatniego fotela, ale to nie jest festiwalowy pokaz. Zaraz na ekranie zobaczymy polski film. Jednak zamiast adaptacji kolejnej lektury, komedii romantycznej czy biografii znanego obywatela naszego kraju, na ekranie pojawiają się roboty, miotacze laserowe i pytanie o nasze miejsce wobec dystopijnej rzeczywistości. I to właśnie tutaj nasza fikcja zaczyna być kwestionowana, ponieważ rodzime filmy gatunkowe nie wypełniły sali w całości jakoś od 1983 roku. Możemy uznać, że w pewnym sensie sam właśnie nakreśliłem futurystyczną wizję polskiego kina i, tak jak w większości przypadków, nie liczę na dotarcie do milionów odbiorców. Czemu tak jest (z kinem gatunkowym, nie moimi tekstami)? Dlaczego mimo chętnego konsumowania kina grozy, fantastyczno-naukowego lub po prostu niedziejącego się tu i teraz (albo za Polski Ludowej), nadal tak rzadko przenosimy to na swoje poletko? Czemu w Polsce tak wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem? Witajcie w pierwszym i jedynym odcinku filmawkowego programu przyrodniczego, w którym niczym Steve Irwin lub David Attenborough przyjrzymy się fascynującemu ekosystemowi.

Na wstępie musimy dokonać pewnego zawężenia tematycznego. Komedie, dramaty wojenne i filmy sensacyjne to też gatunki. Co więcej, wyjątkowo w naszym kraju popularne. Jednak te intencjonalnie zostaną wykluczone z naszego studium przypadku. Czemu? O ironio, przez ich przystępność. Zarówno pod względem realiów produkcyjnych, jak i społecznych te trzy gatunki funkcjonowały praktycznie zawsze. Oczywiście, w przypadku drugiego i trzeciego z nich istotnym czynnikiem była obecna sytuacja polityczna i pewne „milej widziane” wątki, ale jednak gdy się kochają i strzelają, publika chętnie popatrzy. Którego roku z rodzimego box office nie wybierzemy, z każdego po trochu się tam znajdzie. A my, jako publika wymagająca, potrzebujemy czegoś nowego, świeżego. Czy ja jestem umysłem ścisłym, żeby mi się podobały melodie, które już raz słyszałem? Trochę tak, dlatego domagam się odpowiedniej stymulacji w obrębie takich właśnie nauk.

Kilka lat temu próbowałem streścić niełatwą, ale i niezbyt obszerną historię polskiego kina science fiction, snując ostrożne fantazje na temat tego, co wkrótce może nadejść. I jak gdybałem w 2023 roku, tak gdybać mogę i teraz. Od czasu premiery W nich cała nadzieja Piotra Biedronia status quo jest niemalże niezmieniony. W kinach jak polskiego sci-fi nie było, tak właściwie nie ma, co uważam za przypadek dość kuriozalny z kilku względów. Po pierwsze, co paradoksalne, przez koszty. Piotr Biedroń wraz z producentką Beatą Pisulą w czasie swojej prelekcji na 6. edycji Octopus Film Festivalu opowiadali o kreatywnej redukcji kosztów przy powstawaniu filmu. Całość udało im się zamknąć w milionie złotych, co nadal plasuje całość w ramach mikrobudżetu. Znacznie taniej niż kolejna superprodukcja z supergwiazdami superseriali supertelewizyjnych. Angażując w to odpowiedni sztab marketingowy, może uda się nieśmiało wyjść na zero albo nawet i zarobić. Po drugie, krajobraz polityczny. Bez względu na to, który punkt na osi spektrum politycznego obierzemy jako swój własny, zasady rządzące współczesnym światem pozwalają bardzo łatwo się do niego ustosunkować i zakwestionować go. Totalitaryzm to uniwersalnie krytykowany system, bez względu na to, której strony obawiamy się bardziej. Ubierzmy go w wystylizowane szaty, pokażmy zagrożenie palcem, a następnie pokiwajmy nim w stronę widowni, żeby wiedzieli, że tak nie wolno. Zakładając udział zdolnych twórców, jest szansa na przyzwoity film dystopijny, na który przyjemnie będzie i popatrzeć i świadomie chłonąć i przeanalizować. Parokrotnie już nam się udało, może udać się i teraz, bo globalny klimat polityczny nie jawi się jako chłodniejszy. Ba, klimat zasadniczy również, więc może po prostu pochylmy się nad nieuchronnością przemijania? Nadchodzącą zagładą? Pogonią za syntetycznym standardem życia, wyglądu i działania? Promyczkami nadziei w tej kwestii są obecne w bloku Polskiej Fali na Festiwalu Kamera Akcja pojedyncze akty flirtu z fantastyką naukową, ale czy po raz kolejny powinienem naiwnie założyć przybycie jaskółki? Może nowa era polskiego sci-fi to jeszcze czas, który nie nadszedł, a my musimy poczekać kolejne lata? Może będziemy świadkami sezonu gorących premier właśnie na FKA i utworzy się tam swoisty gatunkowy hot spot? Mamy masę zdolnych twórców, więc to w nich cała nadzieja. Ale skoro nie chcemy przeglądać się w Czarnym Lustrze, to może poszukajmy gdzie indziej?

„Hot Spot” / materiały prasowe So FILMS
„Hot Spot” / materiały prasowe So FILMS

Czytelnicy tej strony mogli już to kiedyś odczuć, ale równie bliskie mojemu filmowemu sercu jest wszelakie kino grozy. Dobrze zarabiająca, łatwa do osadzenia w konkretnym kontekście kulturowym, niska w kosztach, wysoka w zarobkach. Widzieliście, ile kosztowała Obsesja? A ile zarobiła? Blair Witch Project? Piła, Teksańska masakra piłą mechaniczną, Martwe zło… Ja tak mogę cały dzień, więc proszę sobie darować produkcyjne wymówki. A jednak nadal, polscy reżyserzy chyba, nomen omen, boją się kina grozy. Nie chodzi o pieniądze, więc o co? Brak materiału źródłowego? Dobre sobie. Nasze pełnoprawnie horrorowe korzenie sięgają jeszcze XIX wieku, kiedy urodził się i tworzył Stefan Grabiński, nazywany wielokrotnie polskim Poe lub Lovecraftem. Z naszym zamiłowaniem do prezentowania adaptacji lektur sprzed dwóch stuleci, przemycenie pośród nich jednej czy dwóch historii z dreszczykiem nie wydaje się trudne. Kostiumy jeszcze zostały po kolejnej wariacji na ulubioną książkę waszej nauczycielki od polskiego, więc już na tym można zaoszczędzić. Ba, nawet nasz noblista napisał Wampira po spędzeniu odrobiny czasu z wrocławskimi spirytystami, więc pewnie nawet na maturze można by się odwołać.

Porwijmy się z motyką na księżyc w pełni i nie adaptujmy książkowego pierwowzoru sprzed wieku ani nawet bieżącego (choć tych też jest niemało). Sięgnijmy do zróżnicowanej historii danych regionów i poeksperymentujmy z lokalnym folklorem. Minęła już ponad dekada od wspaniałego Demona Marcina Wrony, a czyhające pośród polskiej prowincji zjawy nadal czekają na odkrycie. Niezmiernie się cieszę, że Marta Giec odważyła się pojechać na Kaszuby i za chwilę zaprezentuje nam Ópi czerpiące garściami z lokalnej demonologii. Mam nadzieję, że zaowocuje to kolejnymi wycieczkami za miasto, aby szukać nas tam, gdzie jeszcze wielcy producenci nie przyjechali. Agata Trzebuchowska już czai się w kijem do wetknięcia w filmowe mrowisko, naruszając tabu w swoim Sick, który dzieje się, a jakże, na prowincji. Wilkołak Adriana Panka? Martwi przed świtem Dawida Torrone? Obie części W lesie dziś nie zaśnie nikt Bartka M. Kowalskiego? Zbierzcie ekipę i jedzcie na wycieczkę. Mam jednak serdeczną prośbę. Nie bierzcie ze sobą tej nieszczęsnej, postmodernistycznej perspektywy. Wy (twórcy) znacie te filmy, my (uczestnicy festiwali i czytelnicy Filmawki) znamy te filmy, możemy zbić sobie piąteczkę. Jednak aby dotrzeć do szerszej publiczności, nie skazujcie ich na ciągłe przymykanie oka, czytanie listów miłosnych do podgatunków czy odrabianie pracy domowej, aby wyłapali wszystkie odniesienia. Zaufajcie widzowi, że zrozumie i doceni klasyczną fabułę realizowaną w konwencji kina grozy. Będziecie zaskoczeni, jak wiele oryginalnych horrorów powstaje na świecie bez odwoływania się do dorobku innych twórców z innych krajów. Śmiało, nie bójcie się.

„ÒPI” / materiały prasowe Next Film
„ÒPI” / materiały prasowe Next Film

Można też zrobić tak, co wymaga jednak odrobiny researchu i elastyczności twórczej, że gatunek pozornie związany z konkretnym kręgiem kulturowym i regionem świata, zostanie dostosowany do naszych potrzeb. Tutaj znów z odsieczą przybywa Polska Fala, pośród odmętów której można znaleźć Dziki, dziki wschód Jana Holoubka, czyli wariację na temat westernów. Nasz rodzimy eastern zawiera w sobie istotne komponenty, które powinien mieć zachodni odpowiednik. Teren, o który toczy się krwawy spór, skrywające sekrety miasteczko, przybysz z daleka, strzelaniny i charakterystyczna garderoba. A pewnie jak obejrzę już film, znajdę tych podobieństw jeszcze więcej. Podstawmy pod XIX-wieczny zachód Stanów Zjednoczonych jakiekolwiek rejony przesiedleńcze, każmy doświadczonemu przez dowolną wojnę (chociaż najłatwiej będzie wybrać II wojnę światową) protagoniście wrócić w rodzinne strony, gdzie nadal szerzy się bezprawie i patrzmy, gdy zacznie wymierzać sprawiedliwość w świecie, gdzie nadzieja i szczęście już dawno umarły. Parę prób już zostało podjętych jeszcze za poprzedniego ustroju. Południk zero Waldemara Podgórskiego, Ciemna rzeka Sylwestra Szyszko czy Dłużnicy śmierci Włodzimierza Gołaszewskiego to właśnie wojenne wariacje na temat typowo westernowego schematu. Co prawda z różnym artystycznie efektem końcowym, ale i dowodem na to, że jest tu miejsce na eksplorację terenów, gdzie zapuściło się niewielu śmiałków.

Przeczytaj również:  „ÒPI” – A24 mamy w domu | Recenzja | 51. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

A jeśli starczy nam odwagi, możemy nawet dorzucić do tego elementy lokalnych wierzeń, aby jeszcze większą garścią czerpać z amerykańskich i włoskich wzorców. Wiedzieliście na przykład, że przepiękny i skrajnie westernowy dworzec kolejowy w Makowie Mazowieckim został wybudowany na terenie cmentarza żydowskiego? Teraz już wiecie. Trochę elementów nadnaturalnych, trochę komentarza społecznego o przemianach politycznych, piękne plenery i namacalnie wręcz odczuwalna spiekota mazowieckiego słońca. Powiem więcej! Uważam, że taki western sprawdziłby się nawet w umiłowanym przez polskich filmowców okresie transformacji ustrojowej. Coś na styku kina bandyckiego, które i tak już zdominowało zbiorową świadomość publiki w latach 90., i dramatu psychologicznego? Albo w drugą stronę, pełnoprawne kino przygodowe z dużą ilością brudu i krwi? Lokacji nie trzeba będzie długo szukać. Zerknijcie na przykład z Gniezna z 1994 roku. Po prostu zbierzcie ekipę, pójdźcie na stary dworzec i 3:10 do Koluszek samo się pisze! Taylor Sheridan, zanim wyjechał do Yellowstone, napisał kilka neowesternów, które mogłyby wydarzyć się dzisiaj, rok temu i kilka dekad temu. Spróbujmy tutaj, najwyżej znowu nie wyjdzie.

Dziki, dziki wschód
„Dziki, dziki wschód” / materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

To może być szokujące, ale to nie jest ostateczny i skuteczny przepis na uratowanie polskiego kina gatunkowego. Moja pogadanka to nie jest szczegółowa analiza rynku, tabeli i finansów, a bardziej podniesiona ręka na posiedzeniu fanklubu polskiego kina. Nieśmiało zadane wszechświatowi pytanie zanim wreszcie zasnę, wpatrując się w sufit lub ścianę, gdzie wiszą plakaty filmowe. A są to też polskie filmy! Nie uwierzycie, gatunkowe (Monument i Kos tak konkretnie)! To pewna prośba, abyśmy po prostu chodzili na te filmy. Zmieniali wyniki w box office nawet tym nieudanym eksperymentom, aby osoby decyzyjne chciały robić ich więcej. Nagradzały scenariusze, wykładały środki, promowały premiery i nie wstydziły się tego, że kino autorskie i kino gatunkowe mogą być tym samym. Zobaczymy za rok, czy Polska Fala poniesie się w głąb lądu, czy rozbije o falochron odbiorczego sceptycyzmu.

Korekta: Michalina Nowak

 

Tekst powstał w ramach patronatu medialnego nad Festiwalem Kamera Akcja.

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.