“Mary Poppins Powraca” [czyli jak nie zapomnieć o radości z życia] – Recenzja

Widok nadlatującej z nieba na swojej czarnej parasolce Mary Poppins na zawsze zapisał się w annałach kinematografii. W końcu z rzadka zdarza się film, który miał w sobie tyle ciepła, niesamowitej magii i świetnych ról aktorskich – na czele z Julie AndrewsDickiem Van Dyckiem. Tak więc ze względu na moją olbrzymią miłość do oryginału z lekkim niepokojem czekałem na Mary Poppins Powraca, obawiając się prostej, opartej jedynie o nostalgię, historii. Na szczęście zgodnie z przestrogą najbardziej eleganckiej guwernantki świata (choć świat jej nie ogranicza), “Nie oceniałem książki po okładce” i wróciłem do Londynu, bo po latach odwiedzić rodzinę Banksów. I jakże się ucieszyłem, że choć świat się zmienił, urok tego miejsca nie uleciał.

Londyn w czasach Wielkiego Kryzysu zdaje się powoli tracić swoją magię. I choć świetlik Jake (Lin Manuel Miranda) cieszy się każdą chwilą spędzoną na kultowych wyspiarskich ulicach, przez całą noc czuwając nad pobliskimi latarniami, a Admirał wciąż strzela kulami armatnimi o równych godzinach (choć – o zgrozo – Big Ben chodzi o pięć minut za szybko!), to w rodzinie Banksów promyk radości zaginął wraz z śmiercią żony Michaela, który wciąż nie może odnaleźć się w realiach bycia samotnym ojcem. Dodatkowo na horyzoncie pojawia się widmo utraty domu z powodu windykacji komorniczej, a “wyrok” ma zostać wykonany przez bank w przeciągu pięciu dni (certyfikat potwierdzający posiadanie wartych dużej sumy zniknął przez narastający, zarówno w życiu jak i domu, bałagan).

Gdzieś na bok w tym całym zamieszaniu zostają zepchnięte dzieciaki, na czele z przesłodkim Georegiem, które przez powagę sytuacji zostały zmuszone do wyzbycia się dziecięcej niewinności, i po to, by choć trochę pomóc ojcu. Problem w tym, że odwiecznym prawem sześciolatków jest czerpanie radości z życia, dlatego też pojawić musi się Ona. Tym razem Mary Poppins (Emily Blunt) nie przyleci na parasolce, a złapie się puszczonego podczas wichury latawca, zjawiając się na Ziemi by po raz kolejny poukładać – jak na guwernantkę przystało – życie rodziny Banksów i pomóc im, choć na chwilę, poczuć radość z bycia razem.

Mary Poppins w oczach Roba Marshalla to ikona stylu. Idealnie skrojony płaszcz, lekko zakrzywiony (zgodnie z linią włosów) kapelusz, wyrazista, czerwona szminka, czerwone jak krew rękawiczki, idealnie pojemna torba, a także majestatyczna (choć posiadająca niewyparzoną twarz) gadająca laska. Każdy jej krok jest dostojny, każdy jej ruch płynny i perfekcyjny, każde jej słowo wypowiedziane z idealnym akcentem. Tylko ona potrafi połączyć ton moralizatorski z dużą dawką miłości, tylko ona potrafi tak idealnie elaborować i śpiewać. I wreszcie tylko ona potrafi zmienić sytuacje w jakiej znajduje się ta rodzina.

Głównym celem wychowawczym będzie dla niej przywrócenie dzieciakom jakże ważnej na tym etapie życia dziecięcej niewinności. Uśmiechu, wiary w magię, fascynacji światem, a także pewnej niefrasobliwości, słodyczy i przepełnionej dobrymi chęciami próbie zmieniania świata na lepsze – nawet łamiąc przyjęte ogólnie społeczne konwenanse. Dodatkowo – jak przystało na tak nietuzinkową postać – wszystkich lekcji udziela im przez piosenki – czy to o magii kąpieli i odkrywania, czy też o fascynującym świecie literackim (och gwarantuje wam, że przy The cover is not the book nogi same wyrwą się wam do tańca) – przez co otwiera przed nimi jak i widzami piękny świat wyobraźni i chęci zostania w jej świecie.

Największym wrogiem rodziny Banksów będzie chytry, dwulicowy Colin Firth, jako krwiożerczy szef banku, żerujący na biedocie innych ludzi. Człowiek, który w przeciwieństwie do swego wujka – Pana Dawsa (powracający Dick van Dycke!) – za główny cel stawia sobie uzyskanie zysku, niżeli zdobycie zaufania klientów. Dlatego też – mimo fałszywej fasady bycia dobrym człowiekiem – spróbuje za wszelką cenę pozbawić Michaela i rodziny domu, perfidnie uśmiechając się pod wąsem, gdy głowa familii Banks nie patrzy.

Rob Marshall przeniósł mnie do raju dzieciństwa, przypominając wszystkim (bo z reakcji na sali wnioskuję , że nie jestem w tej opinii sam), że każdy z nas ma w sobie cząstkę dziesięcioletniego “ja”. Każdy element jest perfekcyjnie zaplanowany – od niesamowitych kostiumów (od płaszczów Poppins, przez godne “Peaky Blinders” kaszkiety Jake’a, aż do wełnianych sweterków Michaela), przez dopracowaną w każdym szczególe choreografię (taniec świetlików to najlepsza  scena z tegorocznych musicali), aż do efektów specjalnych, które zdumiewają widza swoją innowacyjnością i pięknem.

Ale w całej niesamowitej produkcji najważniejsza jest Ona. Jej każdy ruch, każda wypowiedz, każda czysta nuta, czy nawet idealne hip-hopowe flow, jej każdy błysk w oku, elegancja, szyk. Emily Blunt rzuca na widza urok, tworząc jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii kina familijnego – będąc lepszą od samej Andrews. W jej roli nie ma słabego momentu, chwili zawahania, a dzięki temu Mary Poppins faktycznie wydaje nam się bohaterką idealną, której nic nie jest w stanie zbić z tropu, której nic nie jest w stanie zatrzymać. Ta niesamowita przebojowość, charyzma, radość z gry, a także młodociana chęć życia połączona z dorosłą powagą powodują, że trudno nie przeżyć tych dwóch godzin w ciągłym podziwie dla roli Blunt.

Gdzieś w tle wtóruje jej najbardziej rozśpiewany i wesoły człowiek Hollywood w postaci Lina Manuela Mirandy, który – co nie jest tajemnicą – w musicalach czuje się jak ryba w wodzie. Jego świetlik (vel latarnik) jest pozytywny, wyluzowany, szczęśliwy, w skrócie – cudowny. Miranda ma jednak to pewne, rzadko spotykane wyczucie, gdy mimo niezaprzeczalnej charyzmy i scenicznego luzu, nie osciąga uwagi od naszej protagonistki, będąc idealnym uosobieniem baśniowego pomagiera.

Nawet tak typowe dla Disneyowych musicali ostatnich lat aktorskie epizody, jak przeszarżowana rola Meryl Streep (tym razem wcielającej się w lekko szaloną rosyjską ekspertkę od waz),  zdają się mieć w tym świecie miejsce i idealnie wpisywać się w sposób narracji. A i co najbardziej zaskakujące – pomysł obsadzenia Colina Firtha jako dwulicowego bankiera okazał się być świetny.

Mary Poppins Powraca to wzór kina familijnego, które w ostatnich latach zostało gdzieś zatracone (albo objawiało się jedynie w postaci animacji). Dzieci odkryją dla siebie magiczny, jakże kolorowy świat pełen chwytliwych utworów i pięknych strojów; dorośli natomiast przeniosą się do młodzieńczych lat, a może nawet odkryją w sobie dawno zgubioną radość z życia (by wreszcie Mały książę mógł schować się do kieszeni). I choć Mary mówi dorośli wszystko jutro zapomną, to ja obiecuję być jak Jake i Nigdy nie zpomnieć, Mary Poppins. Bo tak pięknych seansów się nie zapomina!

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.