„Atlantyda” – Wojna nie ma w sobie nic z człowieka [RECENZJA]
Zmasakrowane zwłoki, rozszarpane sumienia. Wojna nie ma w sobie nic z człowieka, a kto sądzi, że kiedykolwiek może się skończyć, ten jest w błędzie. Albo jeszcze jej nie odczuł na własnej skórze, nie wchłonął jej zapachu, nie zasmakował zwierzęcego lęku przed śmiercią oraz poczucia pustki, gdy żołnierze znikają na horyzoncie, a życie i tak pozostaje wydrążone z jakichkolwiek wartości. Na szczęście, wie o tym dobrze Valentyn Vasyanovych, który w swojej Atlantydzie przedstawia postapokaliptyczną wizję terenów zamieszkałych przez ludzi pozbawionych wiary w lepszą przyszłość, mimo że przecież spełniło się jedno z ich największych marzeń – wróg zostawił ich ziemie.
Zobacz również: „Zombieland: Kulki w łeb” – Sequel lepszy niż się spodziewaliśmy
Ukraiński reżyser sytuuje akcję na wschodzie Ukrainy w roku 2025. Wybiega kilka lat do przodu, by przedstawić skutki działań wojennych prowadzonych obecnie przez wojska rosyjskie. Wprawdzie w jego filmie konflikt już się zakończył, lecz osobiste bitwy nadal trwają w sercach bohaterów. Niezdolni do wyjścia z traum, pozbawieni umiejętności bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem, ex-żołnierze uczą się żyć od nowa w warunkach tylko pozornie przypominających normalne. Ciężko pracują w fabryce, a w wolnych chwilach urządzają sobie prowizoryczną strzelnicę, gdzie mogą utrzymać bojowe umiejętności na wysokim poziomie, a przy okazji powspominać stare czasy. To nie jest bowiem tak, że mężczyźni aż tak bardzo chcą uciec od przeszłości. Może nie przepadają za wojną, ale przynajmniej ten czas charakteryzuje się jasnymi zasadami: zabijaj, by przeżyć, żyj, by ratować kraj. A co ze sobą zrobić, gdy wywalczy się wolność? Tego nie wie nikt.

Estetyka produkcji Vasyanovycha szalenie radykalnie zespaja się z treścią filmowego spektaklu. Skoro bohaterowie są pozbawieni sił witalnych, a otaczająca ich rzeczywistość składa się z industrialnej pustyni, piaskowych, bezkresnych pól i szarego, odbierającego nadzieję nieba, to kamera również dostraja się do tych widoków. Ukrainiec garściami czerpie ze stylistyki slow cinema. Lubi postawić kamerę w jednym miejscu, by nieruchomo przyglądała się ruchomym obrazom. Wygląda to tak, jak gdyby krajobrazy z dzieł malarskich zostały przerzucone na taśmę filmową, a następnie “ożywione” przez poruszające się po nich postacie.
Efekt jest porażający: Ukraina w obiektywie Vasyanovycha jest ziemią jałową, glebą niezdolną do odrodzenia się i obrodzenia owocami, które mogłyby pożywić jej mieszkańców. Pod warstewką piasku nadal odnajdują się trupy poległych bojowników z obu stron barykady, których sekcjom bardzo skrupulatnie przygląda się reżyser. Dwukrotnie daje kilka minut czasu ekranowego patologowi, by ten monotonnym, rzeczowym, pozbawionym emocji głosem przedstawił wszystkie uszkodzenia, jakich doznały ciała w trakcie ich aktywności. Skoro nie ma szans na życie, to trzeba chociaż zająć się martwymi.
Zobacz również: Bezspoilerowe wprowadzenie do serialu HBO “Watchmen”
Mimo że niewiele osób ma w tym momencie nadzieję na rychłe zakończenie działań zbrojnych w okolicach Donbasu, to dodatkowo Ukraińcowi udaje się swoim filmem pozbawić wiary garstki optymistów. Teraz to już nie ma, przynajmniej w wymiarze emocjonalnym, znaczenia, kiedy Rosjanie wycofają się z tamtych rejonów. Wojna już wgryzła się w sumienia, pożarła dusze i wypluła resztki. Kto przeżył, ten musi cierpieć przez wiele lat, zmagając się z wiecznie powracającymi demonami.

Atlantyda jest fenomenalnie zrealizowanym filmem o pesymistycznym wydźwięku. Jeżeli poszukiwać w niej choćby iskierki wiary w zmiany, to tylko w klamrze spinającej całe dzieło. Na początku i na końcu filmu Vasyanovych sięga po kamerę termowizyjną i przez jej pryzmat rejestruje rzeczywistość. Wprawdzie pierwsza scena przedstawia zakopywanie ciała, ale ostatnia prezentuje dwa splecione ciała wymieniające się czułością oraz ciepłem. Może to nie jest miłość, może te czasy są dotknięte czymś gorszym niż tylko zarazą, ale bohaterowie i tak walczą o namiastkę dawnego życia. Dajmy im na to szansę, nie przypominajmy, że za drzwiami pomieszczenia nadal króluje zimno.
Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville'a i Kurosawy. Wyróżniony w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka w roku 2018 oraz 2019.