Killer Style, czyli “Deerskin” [RECENZJA]

Georges’a poznajemy, gdy podróżuje opustoszałymi francuskimi ulicami w rytm Et si tu n’existais pas. Po chwili zatrzymuje się na stacji benzynowej, by raz na zawsze zamknąć pewien rozdział swojego życia – spuścić w toalecie zamszową marynarkę – kończąc tym samym ze stylem smart casual. Nie będzie już wyglądał jak jeden z wielu nieudolnych biznesmenów, w przykrótkim zielonym garniturze, bladoniebieskiej koszuli i przetartych oksfordach. Od dziś liczy się tylko jego styl.

Zabójczy styl 

Samozwańczy “killer style” jest danielokurtkocentryczny, innymi słowy ma jeden charakterystyczny element – skórzaną kurtkę z daniela (100% daniela w 100% kurtki). Pozornie nie jest ona niezwykła – ot stanowi synkretyczną mieszankę odzienia Johna Wayne’a z westernów oraz Kevina Costnera z “Tańczącego z wilkami”. Dla naszego protagonisty stanie się jednak najważniejszym punktem wszechświata;  wyda na nią niebagatelną sumę siedmiu i pół tysiąca euro (w zestawie otrzymując kamerę cyfrową), a potem zacznie nakłaniać innych do zrezygnowania ze swoich kurtek, by jego własna poczuła się wyjątkowo. W tym też celu zdecyduje się nakręcić film, mimo że jego wiedza o kinie jest – by ująć to łagodnie – zerowa.

 

Nie da się ukryć, że fabuła w Deerskin jest pretekstowa, a zarówno prolog fabularny, jak i proces tworzenia “megaprodukcji” Georges’a, będzie jedyną podstawą do kreowania absurdalnych scen. Główną osią z czasem staną się dwie relacje protagonisty – ta z lekka amoryczna jaką prowadzi ze swoją kurtką (stającą się z sekwencji na sekwencją archetypiczną dominą), a także w jaką wchodzi z barmanką/amatorską montażystką z lokalnego baru.

Zobacz również: Felieton o “Muzyce na czas Apokalipsy” z Frontu Wizualnego

Co jednak najbardziej zaskakujące, po raz pierwszy w groteskowych opowieściach Quentina Dupieux, to ta międzyludzka relacja całkowicie podbija serca widzów. Opiera ją na prostych kontrastach, z jednej strony stawiając postać graną przez Jeana Dujardina, zadufanego w sobie i wielbiącego własny wygląd egocentryka, a z drugiej lekko wycofaną kinofilkę, której celem jest wyrwanie się z małego miasta w celu spełnienia marzeń o tworzeniu filmów. I gdy wydaje nam się, że cały film będzie śledził losy pseudoreżysera i jego adeptki, Dupieux diametralnie odwraca role, jak gdyby przypominając nam, że w świecie jego twórczości nic nie jest oczywiste.

(auto)Portret mężczyzny w kurtce 

Dupieux nie idzie na łatwiznę również jeśli chodzi o zawarty “film w filmie”, który Georges kręci dla swojej kurtki, jako cześć procesu uczynienia z niej jedynej kurtki na świecie. Bo o ile dla większości reżyserów byłby to jedynie epizodyczny fragment produkcji, w “Deerskin” staje się on prawie że równorzędną historią, portretem psychologicznym protagonisty. Śledzimy go, gdy uczy się sztuki filmowej w najbardziej prymitywny sposób – nieudolnie korzysta z zoomu, zwraca kamerę na siebie niczym główny bohater “Amatora” Kieślowskiego, a wreszcie nagrywa iście beningowskie kadry dzikiej natury. Jednak w tych chałupniczych kadrach jest coś hipnotyzującego i nie chodzi tu jedynie o szczerość artystycznego wyrazu. To “coś” powoduje, że podobnie jak Denise, nie możemy oderwać się od oglądania kolejnych nagranych przez niego sekwencji.

 

Postać Georges’a jest również odpowiedzią na krytykę, z jaką mierzy się Dupieux, który dla wielu – szczególnie po swoim “przeklętym dziecku” w postaci Morderczej opony – stał się twórcą skreślonym. Film jawi się jako wizja reżysera oczami malkontentów, kreujących go na nieudolnego DJ-a, kręcącego przypadkowe, niemające sensu i scenariusza produkcje. Jak jednak udowadnia kamerą kierowaną przez swojego bohatera, nawet pozorne “beztalencie” może wykrzesać z siebie dzieło będące wariacją na temat kinematograficznego brutalizmu i prymitywizmu.

Ten zabieg przywołał mi na myśl innego mistrza kina gatunkowego, Dario Argneto, który w swojej “Operze” także stworzył postać reżysera horrorów próbującego zainscenizować operę Verdiego. On również stworzył portret twórcy nieudolnego, niewpasowującego się w realia otaczającego go świata. Obydwie postaci zresztą skończą w sposób dość podobny, choć to Dupieux lepiej spina wszystko życiową klamrą z polowaniem w tle.

O pięknie kina na dwóch aktorów

Najważniejszym elementem groteskowej konstrukcji są bez wątpienia aktorzy. Na pierwszym planie króluje wybitny Jean Dujardin, balansujący między obłędem, komizmem, a romantyzmem. Rola Georges’a z jednej strony nie współgra z jego emploi, gdyż jest samotnicza, dramatyczna, całkowicie wyzbyta z uwodzicielskiego pierwiastka, z drugiej jednak trawestuje to, z czego laureat Oscara jest znany – maskulinistyczny egocentryzm i nadmierną pewność siebie, w szczególności w kontekście jego ubioru. Jego kreacja zachwyca, gdy mierzy się z samym sobą w małym pokoju hotelowym, prowadząc dialog między Georgesem, a jego alter ego w postaci kurtki, wspinając się tym samym na wyżyny humoru.

Idealnym uzupełnieniem Dujardina okazała się być Adele Haenel, przepełniona młodzieńczym szaleństwem i dystansem do świata. Choć można stawiać jej pomniki za to, na jaki poziom wznosi każdą scenę dialogu z Jeanem, to najpiękniejszym momentem jest chwilowy urywek, gdy Denise włącza pierwszą kasetę dostarczoną do obróbki technicznej. Celebruje ona każdą chwilę obcowania ze swoim skromnym stołem montażowym, a ręce trzęsą jej się z poczucia niepewności. W tej krótkiej sekwencji Haenel wraz z Dupieux zamyka esencję obcowania z kinem – gdy nie wiemy co za chwilę ujrzymy, ale ten słodki smak zagadkowości jest naszym motorem napędowym do poznawania filmów.

Morał dla Tarantino

W jednej ze scen Denise wspomina o przemontowywaniu “Pulp Fiction” Quentina Tarantino. I choć jest to wzmianka jedynie komiczna, w “Deerskin” czuć podobieństwa do niektórych cech legendarnego już stylu Amerykanina, w szczególności znamienne są reminiscencje “Kill Billa”. Z tym że to, co u twórcy “Bękartów wojny” momentami wydaje się nazbyt wymuszone i jedynie popisowe, u Quentina Dupieux w najgorszym przypadku stanie się sceną ad absurdum, w najlepszym ciekawą, spowitą groteską, obserwacją na temat współczesnego świata.

Zobacz również: Felieton o “Animus Animalis” z Frontu Wizualnego

W tej absurdalnie zabawnej miniaturze Quentina Dupieux znajduje się jednak głębsza i bardziej mroczna historia o przekleństwie samotności. Denis w jednej ze scen mówi do Georges’a “może będziemy teraz samotni razem”. Tym przełamaniem dotychczasowej narracji “Deerskin” wspina się na poziom emocjonalności nieznany dotychczas filmom twórcy. Mimo że za chwilę wszystko wróci do normy, przez jedną sekwencję przenosimy się do świata uczuć bohaterów, a nie tylko ich powierzchownych relacji. Jak gdyby Dupieux zapowiadał zmiany w swoim podejściu do opowiadania historii. Choć po genialnej rozrywce jaką jest jego ostatni film, nie wiem czy tego chcę.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.