Ága, czyli świat cichej tragedii [RECENZJA]

Podobno miejscem akcji filmu jest Jakucja, choć to zagadka z gatunku nierozwiązywalnych, chyba że kojarzy się język, za pomocą którego porozumiewają się bohaterowie. Jedno jest pewne: Nanook (Mikhail Aprosimov) i Sedna (Feodosia Ivanova) mieszkają na końcu świata, w krainie skutej lodem, gdzie naprawdę raki zimują. Gdzie nie spojrzeć, tam rozciąga się widok oślepiającej bieli śniegu, następnie delikatnie przechodzącej w błękit nieba. Nie ma wyraźnej linii na horyzoncie, wokół panuje pustka i tylko czasami w zasięgu wzroku pojawi się drzewo, kamień czy oznaka istnienia innego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

Zobacz również: Audiowizualni #1 – Piotr Rogucki o „Panu Kleksie”, teledyskach i wymarzonej roli

Pierwsze trzydzieści minut filmu Ága w reżyserii Milko Lazarova przypomina dokumentalne podglądactwo, rejestrujące z antropologicznym zacięciem zachowanie ludu, którego chęci pozostania na tych lodowych rubieżach nie sposób zrozumieć. Reżyser odżegnuje się od inscenizacyjnych zapędów i przy wykorzystaniu statycznych ujęć jedynie przygląda się zwykłym, codziennym czynnościom, takim jak polowania czy wspólne spożywanie posiłków. Kobieta i mężczyzna są sami dla siebie, funkcjonują w sposób zgrany, przetestowany w najróżniejszych warunkach. Nie ma mowy o odstępstwach od zasad, bo w przeciwnym razie parę może czekać zagłada. Wprawdzie kamera często zapomina o bohaterach i przygląda się majestatycznym, ujmująco wyglądającym krajobrazom, ale autochtoni nie dają się zwieść złudnemu pięknu – mają świadomość, że w każdej chwili może ich napaść śmiercionośna zamieć.

Aga

Niby Lazarov woli przypatrywać się postaciom, niż opowiadać o ich losach, woli śledzić, aniżeli kreować, niemniej jednak można z Ági wydobyć kilka kluczowych wątków, wokół których będzie orbitować przewodnia myśl twórcy. Jednym z nich jest na pewno napięcie na styku wypracowanych rytuałów, a coraz wyraźniej ujawniającej się nowoczesności. Chociaż “cywilizacja” ukazuje się najczęściej na niebie pod postacią przelatujących nad głowami samolotów, to i tak jest ona wabikiem, bliżej niesprecyzowaną obietnicą, której spełnienia pragną młodsze pokolenia. Właśnie z tego powodu Nanook i Sedna pozostają sami, gdyż ich jedyna latorośl, tytułowa Ága, postanawia wyjechać do miasta, mimo grożącej jej rodowej anatemy, by skosztować innego życia.

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Wydaje się jednak, że twórca postawił sobie za cel ukazanie dwójki ludzi w obliczu kosmicznej samotności. On i Ona to rozbitkowie na zimnym morzu, bez szans na ratunek, nieliczący upływających godzin, żyjący z dnia na dzień, pragnący jedynie chwili wytchnienia. Para unosi się na łodydze chwili, poza czasem, poza jakimkolwiek innym kontekstem, i pragnie, aby ta chwila trwała wiecznie. Kluczowy jest w tym kontekście monolog kobiety opowiadającej o swoim śnie, w którym zostaje wciągnięta do czarnej dziury, a następnie oślepiona przez gwiazdy wiszące na firmamencie. Choć mężczyzna jest bardziej oszczędny w słowach, to można potraktować tę wizję jako ich wspólną, ujrzeć w niej potrzebę roztopienia się i bycia przyjętym na łono odwiecznej, potężnej natury.

Aga

Szkoda tylko, że reżyserowi brakuje w końcówce odwagi, jak gdyby nie wierzył, że utajony dramat bohaterów wybrzmi z pełną mocą. Lazarov przerywa więc ciszę i pozwala na to, by z radia przywiezionego staruszkom przez znajomego Chena (Sergei Egorov) sączył się słynny, już zgrany filmowo (choćby dzięki Śmierci w Wenecji) fragment V Symfonii autorstwa Gustava Mahlera. Autor burzy w ten sposób ascetycznie budowany krajobraz odchodzącego świata, dokręca śrubę i zalewa świat cichej tragedii powodzią zawodzących smyczków. Naturalnie wspomniane Adagietto nadal brzmi wybornie, ale to dźwiękowe przełamanie wcześniej dominującego schematu nie jest niczym uzasadnione, co można uznać za rażącą niekonsekwencję.

Zobacz również: Kulturawka #10 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

Ága to film na swój sposób wyjątkowy. Niby flirtuje z estetyką slow-cinema, ale dzięki temu, że trwa ledwie dziewięćdziesiąt sześć minut, nie przytłacza i nie nuży. Niby na ekranie “nic” się nie dzieje, a jednak ma się wrażenie, że kamera rejestruje odwieczną, archetypiczną walkę człowieka z siłami natury. Lazarov estetyzuje przestrzeń, jednocześnie pozostając blisko jednostki i jej problemów. Bułgar stworzył dzieło skromne, bazujące na intymnym, milczącym połączeniu dwóch doświadczonych dusz. Okazuje się, że szczerość i dryg do “łapania chwil” w obiektywie wystarczą w zupełności, by zaprezentować ujmującą, uniwersalną przypowieść o ludziach, dla których obecność kogoś bliskiego jest ważniejsza od nowoczesnych cacuszek, feerii podniet i wszędobylskiego zgiełku.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.