Advertisement
AktualnościPublicystykaZestawienia

Najlepsze filmy 2025 roku | Ranking TOP 20 redakcji Filmawki

Redakcja Filmawki
Grafika autorstwa Norberta Kaczały
Grafika autorstwa Norberta Kaczały

Rok 2025 był jednym z najlepszych, jeśli chodzi o kino XXI wieku. Niemalże każdy przychodzący na myśl gatunek filmowy obrodził w film co najmniej bardzo dobry. Tak solidne rozdanie nie ułatwiło nam wyboru najlepszych dwudziestu filmów ubiegłego roku.  Po obradach głośniejszych niż 12 miesięcy wcześniej, wyłoniliśmy w końcu ranking, w którym nie obyło się bez zaskoczeń. Wypuszczając w świat poniższe zestawienie, zakasujemy rękawy i czekamy na ciąg dalszy sezonu nagród – konkurencja jest bowiem ogromna.


20. Skomplikowani, reż. Michael Angelo Covino

Splitsville
fot. „Skomplikowani” / materiały prasowe Monolith Films

Skomplikowani to najzabawniejsza komedia 2025 roku. Proszę, napisałem to. Możecie mnie pozwać. Z poczuciem humoru jest jak z opinią i pewną częścią ciała: każdy ma swoją (i nie każdy powinien się nią chwalić). Film Michaela Angela Covino – grającego jedną z głównych ról – dumnie niesie romcomowy sztandar, wpisując się w kilkuletni trend wskrzeszania tego gatunku. Nie jest jednocześnie zwykłym zbiorem niskopoziomowych gagów i zagłębia się w skomplikowany, miłosny czworokąt. A w jego narożnikach oprócz Covino zasiedli współscenarzysta Kyle Marvin, Dakota Johnson i Adria Arjona.

Covino swoją opowieść często kieruje na obyczajowe wody, wpływając tam okrętem zbudowanym z błyskotliwych dialogów, iskrzącego napięcia, bliskości czy zwykłych potrzeb osób tworzących związek. I chociaż gra współczesnym, utartym romcowym motywem w postaci wielkomiejsko-nowobogackiej miłości, świetnie rozwadnia go, rozszerzając koncept z dwóch do czterech osób. Skomplikowani bawią, wzruszają, ale potrafią też nakarmić czymś gorzkim. I co warto wspomnieć: w filmie jest jedna z najlepszych scen walki ostatnich lat. Nie ma w tym ani grama przesady.

Daniel Łojko


19. Left-Handed Girl. To była ręka… diabła!, reż. Shih-Ching Tsou

Left-Handed Girl
fot. „Left-Handed Girl” / materiały prasowe Stowarzyszenia Nowe Horyzonty

W języku chińskim słowo „lewy” (zuǒ) może oznaczać również „dziwaczny”, „odmienny”, „zły”. W związku z tym także i tam patrzono z pewną podejrzliwością na mańkutów. Z podobnym problemem mierzyła się za dziecka Tsou Shih-Ching, tajwańska reżyserka, której zawdzięczamy jeden z ciekawszych azjatyckich filmów ubiegłego roku. Za montaż Left-Handed Girl odpowiadał Sean Baker, z którym artystka współpracuje od ponad dwudziestu lat. Nic więc dziwnego, że czuć tu ducha The Florida Project czy Mandarynek. Mamy więc surowy obrazek nakręcony iPhonem, charakterne postacie i dziecięcą perspektywę.

Jednocześnie Tsou znajduje w tej estetyce swój własny wyraz. Bardziej niż problemy społeczno-polityczne interesują ją relacje rodzinne i poznawanie własnych ciemnych stron. Wartkiej akcji towarzyszą barwne lokacje – przede wszystkim lokalny nocny targ, który oglądamy z perspektywy rezolutnej pięcioletniej bohaterki. I choć dziewczynka może nie ma ręki do zwierząt, to powoli odkrywa ona, że jej dominująca dłoń wcale nie jest diabelska, tylko jej własna.

Arek Koziorowski


18. Better Man. Niesamowity Robbie Williams, reż. Michael Gracey

Better Man. Niesamowity Robbie Williams
fot. „Better Man. Niesamowity Robbie Williams” / materiały prasowe Monolith Films

W obliczu pozornie niekończącego się zalewu biografii muzyków znanych i tych jeszcze bardziej znanych pomysł na Better Mana… wydawał się tyleż oryginalny, co niezapowiadający artystycznego sukcesu. Ku mojemu przeprzyjemnemu zaskoczeniu okazało się jednak, że prezentacja artysty w formie antropomorficznej małpy to nie głupawy chwyt marketingowy, a fenomenalna decyzja twórcza. 

Człekokształtne odrealnienie sprawia, że w centrum narracji filmu znajdują się historia życia Robbiego Williamsa oraz emocje, które ze sobą niesie, a nie próba kserokopijnego odtworzenia wizerunku twórcy na przestrzeni dekad. Wybitnie ofutrzony render prawdziwie zbliża do klasycznego, niezerojedynkowego rozdwojenia jaźni supergwiazdy, zagubionej w poszukiwaniu granicy między tym, kim jest, a tym, kogo mimowolnie stworzyła w świetle reflektorów. W magiczny, filmowy sposób okazuje się, że to właśnie ekranowa małpa jest najpełniejszym odbiciem żyjącego pasją do śpiewania chłopaczka ze Stoke-on-Trent.

Gdy zaś dodać do unikatowej formy protagonisty korzystanie z portfolio Williamsa w idei musicalowej, gdzie piosenka podporządkowana jest emocjom, a nie wydawniczej chronologii, powstaje najlepszy muzyczny biopic ostatniej dekady. Jest we mnie pełny podziw dla Michaela Graceya. Niewielu twórców miałoby odwagę zrobić ten film – za jego pięknym finałem – my way.

Rafał Skwarek


17. Żywy czy martwy: Film z serii Na noże”, reż. Rian Johnson

Żywy czy martwy: Film z serii "Na noże"
fot. „Żywy czy martwy: Film z serii »Na noże«” / materiały prasowe Netflix

W naszym zestawieniu najlepszych tytułów minionego roku, pod żadnym pozorem nie mogło zabraknąć pozycji, która ostatecznie przypieczętowała status Riana Johnsona jako wizjonera współczesnego kina gatunkowego. Żywy czy martwy to nie tylko błyskotliwe zwieńczenie tryptyku o Benoicie Blancu, ale prawdopodobnie najbardziej dojrzała i wielowarstwowa odsłona tej serii. Johnson, z właściwą sobie maestrią, dokonuje tu rzadkiej sztuki: łączy filmowy rozmach z intymnym, niemal metafizycznym traktatem o kondycji ludzkiej, zakorzeniając strukturę dzieła w erudycyjnej grze z dziedzictwem whodunit, gdzie echa rygoryzmu Johna Dixona Carra i analitycznego geniuszu Poe, służą nie tylko jako ornament, lecz jako fundament dla współczesnej dekonstrukcji kryminału. Reżyser, będący zadeklarowanym pasjonatem klasyki, po raz kolejny składa hołd takim legendom jak Agatha Christie czy Sir Arthur Conan Doyle. Tym razem jednak jego erudycyjne ambicje sięgają głębiej. W strukturze filmu wyraźnie pobrzmiewają echa wspomnianych wyżej ojców chrzestnych gotyku i zagadek typu locked-door mystery

Johnson nie poprzestaje na prostym pastiszu, który był nadrzędną dominantą w części pierwszej. Zamiast tego, postanawia zredefiniować rozwój filmowego whodunit, o ironio, poprzez przypomnienie (na co sam zwracał uwagę w wywiadach) o najważniejszej cesze literackich pierwowzorów – detektyw nigdy nie jest protagonistą opowieści. Dlatego właśnie w Żywy czy martwy środek ciężkości zostaje przesunięty w stronę postaci ojca Judda, który staje się emocjonalnym wektorem narracji. Benoit Blanc, ku zaskoczeniu widzów, pojawia się na ekranie znacznie później niż w poprzednich częściach. Ten ryzykowny zabieg dramaturgiczny pozwala wybrzmieć pierwszemu aktowi jako autonomicznej, gęstej opowieści o zmaganiach duchownego w odizolowanej, hermetycznej społeczności. To właśnie ta narracyjna cierpliwość sprawia, że gdy zbrodnia w końcu nadchodzi, jej ciężar gatunkowy jest znacznie większy niż w typowym, czysto rozrywkowym kryminale. Dlatego również zderzenie racjonalizmu detektywa z duchową perspektywą ojca Judda, tworzy fascynujące pole do debaty o wierze, nauce i naturze prawdy.

Maciek Kulbat


16. Sny o miłości, reż. Dag Johan Haugerud

 

Sny o miłości
fot. „Sny o miłości” / materiały prasowe Stowarzyszenia Nowe Horyzonty

Kino Daga Johana Haugeruda stanowiło dla mnie jeden z highlightów poprzedniego roku – nie tylko ze względu na niewątpliwą jego jakość. Gdy w listopadzie miałem okazję zapytać go o stosunek do fikcji (https://www.filmawka.pl/haugerud/), tak często demaskowanej w jego twórczości, powiedział, że chodzi tu o zakwestionowanie uproszczeń, które często się z nią wiążą. Wplatając fikcję w nasze historie, często je ubarwiamy, sprawiamy nie tylko, że unika nam prawda, ale też mimochodem wpisujemy je w konwencje tego, co wydaje nam się atrakcyjne. Często opieramy się wówczas na uproszczeniach, schematach, które – zdaniem Haugeruda – sprawiają, że nasze życia tym samym stają się mniejsze. Jego zdaniem natomiast, powinno być na odwrót. Dąży on do tego, by we własnych opowieściach pokazywać to, jak skomplikowani, chaotyczni potrafimy być.

Sny o miłości są ucieleśnieniem tego modus operandi. Film z pozoru wydaje się schematycznym coming of age, historią o dojrzewaniu i pierwszym zauroczeniu uczennicy w nauczycielce, jakich wiele w kinie. Haugerud jednak szybko wyciąga dywan spod stóp zarówno postaci, jak i widza, każąc zastanowić się nad realnością prezentowanej przez główną bohaterkę – Johanne – historii i nie tylko. Sny o miłości w świetny bowiem sposób pokazują, że ciężko o coś takiego jak prawda, kiedy mówimy o emocjach – szczególnie tak silnych, jak te które targają nastolatkami.

Wiktor Małolepszy


15. Wszystkie odcienie światła, reż. Payal Kapadia

„Wszystkie odcienie światła"
fot. „Wszystkie odcienie światła” / materiały prasowe Gutek Film

Nagrodzony Grand Prix w Cannes dwa lata temu (polscy dystrybutorzy uczą cierpliwości) film Payal Kapadii ma jedną scenę, której pewnie nigdy nie zapomnę. Główna bohaterka w środku nocy budzi się, wygląda przez okno i przyciąga do siebie ryżowar, zamykając go w objęciach. Chwilę później dowiadujemy się, że to prezent od jej męża, którego w zasadzie nigdy dobrze nie poznała – był wybrany przez jej rodziców, a po szybkim, zaaranżowanym ślubie, wyjechał do pracy do Niemiec. Prabha nie żywi jednak wobec niego lub rodziny urazu – wie, że po prostu szukali jak najlepszego rozwiązania w sytuacji, w której się znaleźli.

Wszystkie odcienie światła pokazują współczesny Mumbaj bez wciąż często spotykanej egzotyzacji Indii lub epatowania niedolą jego mieszkańców. Jasne, warunki życia czy wygląd szpitala, w którym pracują główne bohaterki, odbiega od tego, co widzimy na co dzień w Polsce, choć pewnie jeszcze dwie dekady temu (i w wielu mniejszych miejscowościach) mogło wyglądać podobnie. Ich problemy jednak nie są inne od naszych. Widzimy wielkie budżety deweloperów miażdżące małych przedsiębiorców. Wysokie czynsze wyganiające starszych ludzi na pozbawioną perspektyw wieś i zmuszające pielęgniarki – niezbędne pracownice! – do wynajmowania mieszkań ze współlokatorkami. Kapadia dopuszcza zresztą do głosu prawdziwych mieszkańców tego miasta, pozwalając im w narracji z offu opowiadać o swoich problemach i marzeniach. Wyłania się z tego polifoniczny obraz indyjskiej metropolii, ale przede wszystkim hołd złożony siostrzeństwu – hasłu, którym kino szafuje w ostatnich latach, lecz którego prawdziwą istotę niewiele twórczyń jest w stanie tak trafnie i klarownie pokazać.

Wiktor Małolepszy


14. Kontinental 25’, reż. Radu Jude

kontinental
fot. „Kontinental ’25” / materiały prasowe Aurora Films

Niewiele potrzeba, żeby stworzyć znakomity film i najlepszym tego dowodem jest Radu Jude ze swoim Kontinental ’25. Zdjęcia trwały 10 dni i zrealizowano je w całości iPhonem (takim prawdziwym, bez origowania za dziesiątki tysięcy leji). Odbija się to wprawdzie w warstwie wizualnej, ale dobrze koresponduje z przyjętą tu luźną konwencją. Jak zwykle przypadku Jude, najmocniejszym punktem są tu potoczyste dialogi, które wypełniają większość ekranowego czasu. Protagonistka szuka odpowiedzi na swój życiowy kryzys w rozmowach z kapłanem, przyjaciółką czy byłym studentem.

Radu płynnie oscyluje między ironicznym podśmiewywaniem się ze swoich postaci a obrazowaniem ich rozterek z rozbrajającą wręcz szczerością. Płynnie zmienia tonacje, tylko po to, żeby z serii tych wszystkich konwersacji zbudować obraz bohaterki i bolączek współczesnej Rumunii (a pewnej mierze także i całej Europy). Ideologie, akcje charytatywne, wiara – to wszystko splata się tu w mały, ale bardzo przekonujący portret.

Arek Koziorowski


13. Superman, reż. James Gunn

„Superman” / fot. Warner Bros. Discovery
fot. „Superman” / materiały prasowe Warner Bros. Discovery

Jeśli ktoś śledzi nasze redakcyjne poczynania nieco uważniej, mógł nieznacznie odczuć moje emocjonalne zaangażowanie związane z postacią i przygodami Człowieka Ze Stali. Nie inaczej było przed premierą nowej wersji Supermana w reżyserii Jamesa Gunna, która miała nie tylko stanowić motor napędowy kinowego uniwersum, ale też przekonać sceptyków, że Clark Kent jest kimś więcej niż nudnym harcerzykiem z nadmiarem boskich umiejętności. I ku zaskoczeniu wielu oraz radości wszystkich, udało się tego dokonać. Superman okazał się sukcesem finansowym, frekwencyjnym i krytycznym, przypominając widzom na całym świecie dlatego postać, która funkcjonuje w popkulturze od ponad 80 lat, wciąż pozostaje tak ponadczasowa. 

David Corenswet urodził się do grania Ostatniego Syna Kryptonu, bowiem w jego interpretacji Superman wreszcie na powrót staje się tym, co miał reprezentować od samego początku. Rachel Brosnahan jest najlepszą ekranową Lois Lane w historii, Nicholasa Haulta kocha się i nienawidzi jednocześnie, a James Gunn po raz kolejny udowodnił, że jako reżyser potrafi pokazać się nie tylko jako dostawca popcornowej rozrywki, ale też darczyńca realnych emocji. Na każdym z pięciu dotychczasowych seansów uroniłem łzy i jeszcze nieraz to zrobię. Ale jak powiedział sam tytułowy bohater: to czyni mnie człowiekiem i to moja największa siła.

Norbert Kaczała


12. Chainsaw Man – The Movie: Reze Arc, reż. Tatsuya Yoshihara

Chainsaw Man - The Movie: Reze Arc
fot. „Chainsaw Man – The Movie: Reze Arc” / materiały prasowe United International Pictures Sp. z o.o.

Anime w topce? Przy tej ekonomii? Śledząc kinowe premiery w naszym kraju, coraz częściej można natknąć się na produkcje z dalekiego wschodu, choć ich skromna dystrybucja wciąż pozostawia nam wiele do życzenia. Takich premier jest jednak z roku na rok coraz więcej, a pełne sale kinowe udowadniają, że ich widownia stale będzie wzrastać. Najlepszym tego dowodem jest filmowa kontynuacja Chainsaw Mana, która w ubiegłym roku zafundowała nam wyjątkowo barwną eksplozję wrażeń. 

Chainsaw Man – The Movie: Reze Arc jest bezpośrednim ciągiem dalszym anime sprzed kilku lat, więc nie będę się tutaj bawił w fabularne szczegóły. O nich doskonale wiedzą fani anime i mangi, na której oparto serial i film, czyli target tychże produkcji. Studio MAPPA słusznie rozumie, że ich widownia ma już doświadczenie na tym polu i nie musi się bawić w podchody dla początkujących. W świecie pełnym demonów najważniejszą rolę i tak zazwyczaj gra samotność, dobrana w parę z szeroko rozumianą miłością. A w miłości jak na wojnie: wszystkie chwyty dozwolone. 

Nie ukrywam, że na tak wysokie miejsce w naszym rankingu miał wpływ jeszcze jeden, bardzo istotny czynnik: IMAX. Nawet siedząc już na sali kinowej, miałem spore wątpliwości, czy to w ogóle ma szansę wypalić. Anime to dynamiczny gatunek, którego przeniesienie na tak duży ekran w sposób naturalny, nieskutkujący nagłym bólem głowy, jest ogromną sztuką. A mówimy tutaj o historii, w której człowiek z głową w kształcie piły łańcuchowej walczy z demonami – czy to na ulicach Tokio, czy też we własnej głowie. I choć główny bohater wypada w tych potyczkach różnie, tak sam film z dosłownie każdego starcia wychodzi obronną ręką.

Krzysztof Kurdziej


11. 28 lat później, reż. Danny Boyle

28 lat później
fot. „28 lat później” / materiały prasowe United International Pictures Sp. z o.o.

Danny Boyle i Alex Garland po prawie dwóch dekadach wskrzesili swoją kultową serię i pokazali całemu Hollywood, jak takie powroty powinny wyglądać. 28 lat później jest pełnoprawnym sequelem do kolejno 28 dni i 28 tygodni później, ale nie obiera dróg na skróty, tak popularnych przy podobnych projektach. Ich produkcja nie jest resetem korzystającym z wyrobionej marki, nie jest też zamkniętą w nostalgicznej pętli, pełną “puszczania oka do fanów” laurką dla wcześniejszych filmów. To stojący na własnych nogach obraz biorący z poprzedników (zwłaszcza z pierwszej, bardziej udanej odsłony) raczej odwagę do nieoczywistych rozwiązań i przywiązanie do świeżości zamiast prostych cytatów czy nawiązań.

28 lat później zabiera nas na porzuconą przez cywilizację brytyjską wyspę, w oczywisty sposób nawiązując do postbrexitowych lęków i wątpliwości dręczących mieszkańców Zjednoczonego Królestwa. I to wycieczka niepodobna do żadnej innej — postapokaliptyczna może… etnohorrorowa? Z pewnością kwasowa i fantastycznie zrealizowana. Nie ma chyba zbyt wielu serii, w których to trzecia część jest nie tylko najlepsza, ale przy tym najoryginalniejsza.  Nie mogę się doczekać bezpośredniej kontynuacji nakręconej przez Nię DaCostę.

Michał Skrzyński


10. Symfonia o umieraniu, reż. Matthias Glasner

Symfonia o umieraniu
fot. „Symfonia o umieraniu” / materiały prasowe Aurora Films

Symfonia o umieraniu to film o wyjątkowo immersyjnym wymiarze, bo swoją fabułę traktuje jak punkt wyjścia, a nie cel. Opowiada on o procesie odchodzenia – ciała, relacji, dawnych tożsamości – ale robi to bez łopatologicznej dosłowności i taniej emocjonalnej manipulacji. Twórcy prowadzą widza przez fragmentaryczne sceny i powtórzenia, bardziej przypominające motywy muzyczne niż klasyczną narrację. Tytuł jest więc nadzwyczaj trafny. Aktorzy z kolei istnieją raczej jako nośniki stanów niż postaci w tradycyjnym sensie: ich ciała, głosy i pauzy znaczą więcej niż wypowiadany dialog.

Wybitność Symfonii o umieraniu (wszak to mój ulubiony film z zeszłego roku) polega na jej konsekwencji formalnej. To kino, które ufa obrazowi i rytmowi, nie boi się ciszy ani nudy rozumianej jako trwanie. Umieranie nie jest tu wydarzeniem, lecz procesem rozciągniętym w czasie, a kamera nie podgląda, tylko towarzyszy. Film chwilami zbliża się do granicy estetyzacji śmierci, ale jej nie przekracza. Zamiast tego pokazuje, jak bardzo umieranie jest chaotyczne, nieheroiczne i pozbawione sensu, jeśli próbujemy je ubrać w narrację.

To także film o samym kinie: o tym, że obraz zawsze jest spóźniony wobec doświadczenia i że żadna forma nie jest w stanie „ocalić” tego, co znika. Symfonia o umieraniu zostaje w widzu długo po seansie, bo nie domyka wzbudzonych emocji. Zostawia raczej uczucie obcowania z czymś intymnym i nie do końca uchwytnym – jakbyśmy przez chwilę słuchali cudzego oddechu. To w końcu film z rodzaju seansów obowiązkowych, ale jednorazowych. Do zapamiętania na zawsze i niewracania w przyszłości.

Anna Czerwińska


9. Bugonia, reż. Yorgos Lanthimos

Bugonia
fot. „Bugonia”/ materiały prasowe Universal Pictures

Po mało udanych Rodzajach życzliwości Lanthimos wrócił w wielkim stylu – czarną komedią, remakiem koreańskiego filmu Save the Green Planet!. Przeniesienie fabuły na amerykańskie terytorium to był istny strzał w dziesiątkę, a każda minuta wciąga widza w swój świat coraz intensywniej.

Nie wiem nawet, które elementy Bugonii wychwalić jako te, które sprawiają, że jest on tak znakomity. Czy to skuteczne utrzymywanie balansu pomiędzy groteskową komedią, a ciągle wzrastającym napięciem i niepokojem? Czy gamma tematyczna poruszana w filmie, która świetnie oddaje społeczny zeitgeist 2025 roku? Czy też może wspaniała gra aktorska głównego duetu Emmy Stone i Jessego Plemonsa którzy w Bugonii udowadniają swój kunszt i cementują miejsca w gronie aktorów, których będziemy wspominać za dekady? Ciężko wybrać dobrą odpowiedź, ale wiem jedno połączenie tych wszystkich części tworzy dzieło, do którego będę wracać wielokrotnie.

Igor Kuśmierski


8. Oddaj ją, reż. Danny Philippou, Michael Philippou

Oddaj ją
fot. „Oddaj ją” / materiały prasowe United International Pictures Sp. z o.o.

Pierwsze doświadczenia braci Philippou z kamerą to kręcenie inspirowanych pro wrestlingiem niebezpiecznych „walk” we własnym domu. Później przenieśli się na YouTube’a, gdzie ich kanał RackaRacka zasłynął w 2014 roku filmikiem Harry Potter VS Star Wars, liczącym już ponad trzydzieści cztery miliony wyświetleń. Z jednej strony więc już przed filmowym debiutem mieli wielu fanów, z drugiej musieli sporo udowodnić, by utrzeć nosa niedowiarkom, którzy wszystkich jutuberów wrzucają do jednego wora, przekonani o bezwartościowości ich pracy. Zdołali tego dokonać dwukrotnie. Obydwa nakręcone przez nich pełnometrażowe filmy z tytułami w trybie rozkazującym natychmiast zostały klasykami kina grozy pierwszej połowy XXI wieku.

Przeczytaj również:  „Strange Adventures” – Dwie strony medalu [RECENZJA]

Być może to właśnie te wczesne doświadczenia pozwoliły pochodzącym z Australii bliźniakom przemawiać wyjątkowo interesującym głosem. Tematykę społeczną pokazywaną przez pryzmat horroru podejmują w sposób zarazem subtelny i dosadny. Bliżej im do podsuwania niejednoznacznych refleksji z Coś za mną chodzi niż do dosadnego przesłania z Uciekaj!. Z jednej strony można obejrzeć Oddaj ją jako po prostu trzymający w napięciu przez całe sto minut brutalny i krwawy film. Jeżeli jednak wgryźć się w jego treść, pojawią się pytania dotyczące umowy społecznej, zgodnie z którą dorośli powinni chronić nieletnich, nadużywania władzy przez opiekę społeczną, „nadpisywania” tożsamości dziecka w nowej rodzinie, wykorzystywania inwalidztwa drugiej osoby do manipulowania nią, stereotypizacji męskości jako źródła agresji czy trudnego do przerwania cyklu przeobrażania własnego cierpienia w krzywdzenie innych.

Takie filmy dowodzą, że we współczesnym kinie horror zajmuje znacznie istotniejsze miejsce niż tylko jako emocjonująca rozrywka, przy której od czasu do czasu podskakujemy w fotelu. Ich bezpardonowość pozwala na wyjątkowo brutalną diagnozę społeczeństwa.

Jarek Kowal


7. Błysk diamentu śmierci, reż. Hélène Cattet, Bruno Forzani

fot. „Błysk diamentu śmierci” / materiały dystrybucyjne Velvet Spoon
fot. „Błysk diamentu śmierci” / materiały prasowe Velvet Spoon

Słyszeliście, że popkultura zjada swój własny ogon? Mimo że robi to regularnie, zazwyczaj sięgając trzydzieści lat wstecz, uznajmy ten koncept za współczesny i zastanówmy się na chwilę, co z tego wynika. Przede wszystkim łatwy, bazujący na taniej nostalgii zysk, który nie musi iść w parze z jakością finalnego produktu, Zdarza się jednak, że pozszywana z setek elementów laurka dla całego gatunku czy postaci, jest najszczerszym dowodem miłości, jaki może wyobrazić sobie odbiorca kultury nie tylko popularnej. Takim właśnie ucieleśnieniem głębokich uczuć jest Błysk diamentu śmierci Hélène Cattet i Bruno Forzaniego. Reżyserski duet napisał bowiem ostatni rozdział w historii nawet nie tyle kina szpiegowskiego, ile popkultury wogóle. 

Bez względu na to, czy pisaliście doktorat o Jamesie Bondzie, zaczytywaliście się w pulpowych kryminałach czy macie na półce wszystkie tomy Diabolika, olśnieni Błyskiem diamentu śmierci poczujecie się jak u siebie w domu. Albo w kinie domowym. To stojąca na własnych nogach intryga, która śmiało dekonstruuje nie tylko prawidła gatunku, ale też i materii filmowej. Na naszych oczach film i fabuła rozpadają się na kawałki, abyśmy razem z głównym bohaterem zachodzili w głowę czy to wciąż sjużet, czy tylko odgrywana rola. Postmodernizm dobiegł końca, można się już rozejść.

Norbert Kaczała


6. Sorry, Baby, reż. Eva Victor

Sorry, Baby
fot. „Sorry, Baby” / materiały prasowe Forum Film Poland

Do pisania o Sorry, baby siadałam już kilkukrotnie i za każdym razem rezygnowałam, przekonana, że słowa nie są w stanie w pełni oddać emocji, z którymi zostawił mnie ten obraz. Pamiętam, że na świeżo po seansie zanotowałam tylko „100 minut łamania serca i sklejania na nowo w kółko”. Debiut Victor jest jak rozmowa z najlepszą przyjaciółką, dotyk ciepłego koca i ten jeden, rzucony mimochodem żart, gdy czujesz, że cały świat się wali. To kino minimalistyczne i bliskie codzienności, a zarazem pełne humoru, w którym – jak to w życiu – śmiech miesza się z łzami, a to, co najtrudniejsze, przychodzi wtedy, gdy miało być już dobrze.

Choć do Sorry, Baby przylgnęła łatka „filmu o traumie”, nie wydaje się ona do końca trafna. Osobiście, odbieram go jako przede wszystkim film o tym, jak to jest mieć dwadzieścia kilka lat. Victor, z uważnością i sporą dozą czułości oddaje uczucie zagubienia,  syndromu oszusta, czy pozostawania w tyle w stosunku do rówieśników, którzy sprawnie odhaczają kolejne kroki na życiowej drodze. To także historia odzyskiwania władzy nad sobą  i własnym ciałem, a przede wszystkim uczenia się łagodności wobec samych siebie. Bo czasem naprawdę mamy prawo polegać na innych.

Natalia Sańko


5. Nosferatu, reż. Robert Eggers

„Nosferatu" / materiały prasowe United International Pictures
fot. „Nosferatu” / materiały prasowe United International Pictures Sp. z o.o.

Robert Eggers po Wikingu wrócił do formy, proponując reinterpretację historii jednej z najbardziej rozpoznawalnych figur w dziejach kina grozy. Nosferatu tylko pozornie opowiada o wampirze. W istocie jest to film o kobiecie – Ellen Hutter, jej samotności, cielesności i doświadczeniu seksualnym. 

Eggers konsekwentnie wpisuje bohaterkę w doświadczenie traumy seksualnej, a językiem tej traumy czyni horror. Nadnaturalne nie jest tu ucieczką od psychologii, lecz jej przedłużeniem – materializacją lęków, ukrytych pragnień i bolesnych wspomnień. Dzięki temu Nosferatu staje się kinem grozy, które nie straszy samym potworem (choć Bill Skarsgård w swojej charakteryzacji jest bez wątpienia przerażający!), lecz tym, co głęboko ludzkie.

Całość zachwyca zarówno interpretacyjnie, jak i formalnie. Eggers z obsesyjną precyzją komponuje światło, cień i przestrzeń, sprawiając, że każde ujęcie niesie emocjonalny i znaczeniowy ciężar. To kino głęboko świadome tradycji gatunku, a zarazem na tyle wyraziste, by z czasem stać się jego nowym klasykiem.

Jakub Nowociński


4. Zniknięcia, reż. Zach Cregger

Zniknięcia
fot. „Zniknięcia” / materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o.o.

Zniknięcia to jeden z najlepszych dowodów na to, że 2025 był znakomitym rokiem dla horroru, zarówno pod względem artystycznym, jak i boxoffice’owym. W dodatku z wyrazistą i zapisaną już w popkulturze ikonografią. Dzieci biegnące w ten dziwny, niekomfortowy, creepy sposób. Możliwe, że kojarzycie je, nawet jeśli nie widzieliście samego filmu. Ta charakterystyczna poza, inspirowana fotografią z wojny w Wietnamie Napalm Girl, żyła w mediach społecznościowych, własnym, bogatym, viralowym życiem (patrz Naruto run). 

Na początku znikające dzieci z miasteczka budzą skojarzenia z Flecistą z Hemlin, ale w centrum tej historii wpada Gladys. Amy Madigan w tej roli przeraża i magnetyzuje. Choć wątek hagsploitation pozostaje chyba najbardziej dyskusyjną kwestią, to nie pamiętam równie fenomenalnej roli kobiecej w horrorze od czasu Toni Collette w Dziedzictwo. Hereditary, skandalicznie wówczas niedocenionej.

Zniknięcia stanowią niejednoznaczną i pojemną metaforę. Można je czytać jako alegorię strzelanin w szkołach czy alkoholizmu, tematu dla Zacha Creggera, jak sam podkreślał, bardzo osobistego ze względu na dorastanie w rodzinie zmagającej się z uzależnieniem. 

Jedno jednak jest pewne: po Barbarzyńcach i Zniknięciach Zach Cregger wyrasta na jednego z najciekawszych twórców współczesnego horroru, wyróżniającego się gęstym, czarnym humorem. Jego kolejny projekt to Resident Evil – let him cook.

Marta Tychowska


3. The Brutalist, reż. Brady Corbet

kadr z filmu the brutalist
fot. „The Brutalist” / materiały prasowe American Film Festival

Monument. Pomnik. Hołd. Takie słowa najczęściej pojawiają się przy opisie Brutalisty – zarówno jako pochwała, jak i zarzut wobec dzieła Brady’ego Corbeta. Dla części widzów to kino skrojone pod podziw: drobiazgowo zaprojektowane jak architektoniczna konstrukcja, bezpardonowe w swojej skali, epickie, być może wręcz przytłaczające. Corbet buduje film dokładnie tak, jak jego bohater – węgierski architekt żydowskiego pochodzenia, ocalały z Holokaustu – projektuje swoje budynki: z obsesyjną dbałością o formę, proporcje i ciężar materii.

Brutalista należy też do jednego z moich ulubionych nurtów kina: opowiadania o Zagładzie bez pokazywania Zagłady. To kino świadome, że ta historia jest tak przerażająca, że nie da się jej ubrać ani w słowa, ani w obrazy. Mimo to każdy kadr nosi w sobie pamięć tego, co zostało zniszczone i czego nie sposób odbudować. Trauma nie eksploduje – sączy się powoli jak wilgoć w ścianach budynku. To także film o samym kinie: zarówno jako nośniku pamięci, jak i wielkim, skomplikowanym przedsięwzięciu artystycznym.

Jeśli Brutalista rzeczywiście został zaprojektowany pod zachwyt, to ja temu projektowi całkowicie uległem. Podczas pierwszego seansu płakałem trzykrotnie – z czysto kinofilskiego poruszenia.

Jakub Nowociński


2. Grzesznicy, reż. Ryan Coogler

Grzesznicy
fot. „Grzesznicy”/ materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o.o.

To była połowa kwietnia. Lał deszcz, uciekł mi autobus i istniało poważne ryzyko, że spóźnię się na przedpremierowy pokaz najnowszego filmu Ryana Cooglera. Byłem o krok od porzucenia wyprawy do kina. Na szczęście dla siebie – nie zgrzeszyłem. Chociaż od tamtego seansu minęło już wiele miesięcy, to jak dziś pamiętam emocje, które towarzyszyły mi przy dwóch kapitalnych sekwencjach muzycznych w rytm I Lied To You i Rocky Road to Dublin.

A przede wszystkim pamiętam czystą radość i rozrywkę z obcowania z tak genialnym, autorskim i pulpowym dziełem. Hołd dla bluesa wymieszany z komentarzem społecznym i pełnokrwistym – nomen omen – horrorem z wampirami. To pewnie połączenie, na którym wielu twórców mogłoby się potknąć, ale Coogler dał radę i nakręcił najlepszy film w swojej dotychczasowej karierze. Zagrała w nim nie tylko genialna muzyka Ludwiga Göranssona, ale cała obsada z Michaelem B. Jordanem, Jackiem O’Connellem i Wunmi Mosaku na czele. To też dowód, że w mainstreamowym kinie można ciągle znaleźć coś świeżego i oryginalnego, co na długo pozostaje w pamięci. Uwielbiam ten film i zazdroszczę każdemu, kto go jeszcze nie widział.

Jakub Trochimowicz


1. Jedna bitwa po drugiej, reż. Paul Thomas Anderson

Jedna bitwa po drugiej
fot. „Jedna bitwa po drugiej” / materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o.o.

Po tej bitwie nie będzie już żadnej. Oto pewnym krokiem, z dumnie uniesioną głową i wypiętą piersią, kroczy Paul Thomas Anderson. Odbiera gratulacje, składając wyrazy szacunku innym uczestnikom naszej zabawy i staje na najwyższym stopniu podium za rok 2025. Uchylając nieco kulisy, zdradzić mogę, że najnowszy film jednego z najwybitniejszych współczesnych reżyserów, wyprzedził Grzeszników o ponad 20 punktów (czyli najwyższą możliwą liczbę do zdobycia od jednego redaktora). Dużo? Tak, ale powinniście zobaczyć ścisk z drugiej dziesiątki.

Jedna bitwa po drugiej spolaryzowała odbiorców. Dla jednych – co naturalnie widać po naszym rankingu – jest to film roku. Dla drugich będzie to przehajpowana produkcja ze zbyt długim metrażem. Jeszcze inni staną gdzieś pośrodku. Jest to jednocześnie obraz boleśnie dla Amerykanów prawdziwy i –  co gorsza –  aktualny. Możemy nonszalancko rzucić tu „nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, ale ciężko oderwać blisko trzygodzinnego molocha Andersona od sytuacji w USA podczas drugiej kadencji Donalda Trumpa. Polityczne zaangażowanie Jednej bitwy po drugiej zgrabnie lawiruje pomiędzy czarną komedią, thrillerem i rasowym akcyjniakiem.

PTA świetnie prowadzi historię, podbijając tempo neurotyczną, migrenową, minimalistyczną muzyką Jonny’ego Greenwooda. Nie ma tu miejsca na nudę, pod filmową pokrywką co rusz się gotuje. Kocioł andersonowski ani razu jednak nie kipi – wszystko jest pod kontrolą. W rewolucyjnej opowieści reżyser prezentuje paletę barwnych postaci. Lśnią tu wszyscy: jednocześnie przerażający i żałosny wojak, którego gra Sean Penn, Benicio Del Toro w roli najbardziej wyluzowanego sensei pod słońcem, czy debiutująca na dużym ekranie Chase Infiniti. Anderson równie świetnie wymodelował Leonardo DiCaprio, wydobywając z aktora czekające na wezwanie pokłady komedii. Jedna bitwa po drugiej to małe dzieło. Takie, które śmiało możemy już teraz ochrzcić jako współczesny klasyk. A kulminacyjny pościg na sinusoidalnej, pustynnej drodze to popis filmowej maestrii i storytellingu. Muzyka, zdjęcia, napięcie, obsada. Wszystkie klocki dopasowano idealnie.

Daniel Łojko


Opracowanie i korekta: Rafał Skwarek, Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.