Aktualności

Oscary 2024. Kto powinien wygrać według redakcji Filmawki?

Redakcja Filmawki
Grafika wykonana przez Karolinę Kruk

Już 10 marca 2024 r. odbędzie się 96. gala rozdania Oscarów. Zanim jednak statuetki przyzna Akademia, w jej członków wcieliła się nasza redakcja. W głosowaniu na kilkanaście wybranych kategorii zagłosowało piętnaścioro redaktorów, a jego wyniki – wraz z uzasadnieniem – prezentujemy poniżej.


Najlepszy film animowany: Spider-Man: Poprzez multiwersum

fot. „Spider-Man: Poprzez multiwersum” / mat. prasowe UIP

Najnowszy animowany Spider-Man to dzieło. Najmocniejszą jego stroną jest oczywiście sama stylistyka i warstwa wizualna. Co drugi kadr może posłużyć za tło na pulpicie komputera czy ekranu telefonu. Za sprawą masy kolorów, pasteli i wielu, wielu, wielu innych zabiegów, film sam jest w sobie tytułowym multiwersum. Na każdej płaszczyźnie dzieje się tu dużo: od historii, przez animację, po świetną ścieżkę dźwiękową (brak nominacji dla Daniela Pembertona to naprawdę dziwna anomalia…). Spider-Man: Poprzez multiwersum znacząco podwyższa poprzeczkę, którą zawiesiła poprzednia odsłona przygód Milesa Moralesa. Nielicznym udało się do niej doskoczyć, ale przeskoczenie jej – to już jedno z najcięższych wyzwań. Może warto by było, by Akademia wprowadziła również nagrodę dla aktorów podkładających głosy?

Daniel Łojko


Najlepszy film międzynarodowy: Strefa interesów

fot. „Strefa interesów” / mat. prasowe Gutek Film

W naszym wewnętrznym głosowaniu nie doszło do niespodzianki i skoro Strefa interesów wygrała w głównej kategorii, to nie inaczej mogło być też w „najlepszym filmie międzynarodowym”. Chociaż o Holokauście mówiono na wiele sposobów (żeby nadmienić nagrodzonego Oscarem Syna Szawła), to najnowsza produkcja Jonathana Glazera poraża widza kakofonią dźwięków. Ukazuje potwory w ludzkiej skórze, którym łatwo jest mówić swoim służącym, „żeby byli posłuszni, bo inaczej mąż rozrzuci ich prochy po polu”. Wykorzystanie przestrzeni, koloru, czy wspomnianego dźwięku z jednej strony ukazuje kunszt Glazera, a z drugiej składa się na wstrząsający obraz rajskiego życia zbrodniarza tuż obok niewytłumaczalnej i niezrozumiałej zbrodni. Nie ujmując nic pozostałym filmom – zwycięzca mógł tylko jeden.

Jakub Trochimowicz


Najlepsze efekty specjalne: Godzilla Minus One

fot. „Godzilla: Minus One”
fot. „Godzilla: Minus One” / mat. prasowe Piece of Magic Entertainment

Do stworzenia przekonującego widowiska nie zawsze potrzeba góry złota pod ręką. Czasem wystarczy szczypta kreatywności w obchodzeniu finansowych ograniczeń. Nie zaszkodzi też kompetencja speców od designu i scenografii, idąca w parze z inscenizacyjnym wyczuciem. Film Takashiego Yamazakiego dysponuje wszystkimi narzędziami pozwalającymi pokazać jak najwięcej przy możliwie niskich kosztach. Godzilla jest w jego wydaniu niepohamowaną siłą destrukcji, z równą skutecznością wywołującą przerażenie, co dreszcz ekscytacji. Twórcy świadomie ograniczają jej obecność na ekranie, podbijając napięcie w oczekiwaniu na pojawienie się potwora do nieznośnego ekstremum. A kiedy ten wkracza przed kamerę, zachwyca detaliczną teksturą, rozmiarem i przemyślanym projektem. W miejsce bezmyślnej rozwałki wchodzi precyzja, a nawałnicę spektakularnych wybuchów zastępują pokłady wizualnej finezji. Japonia znów udowadnia, że w kategorii monster movie nie ma sobie równych.

Wiktor Szymurski


Najlepsza scenografia: Biedne istoty

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Przepych, absurd, fantazja, monumentalne wizje i niesamowite szczegóły. Zaprojektowane przez Jamesa Price’a i Shonę Heath scenografie Biednych istot zachwycają odwagą form, wzorów i kolorów. Podróż Belli Baxter fascynuje widza w równym stopniu, co bohaterkę. Wystylizowane przestrzenie Londynu, Paryża, Lizbony i Alexandrii są rozpoznawalne, ale cudownie bajkowe i nierealne. Projektom towarzyszą fascynujące, zespolone z fabułą detale – malunki zwierząt w klatkach, falliczne okna, czy przypominające ukrwione żyły drzewa.

Napisy końcowe Biednych istot ozdobione są cudownym pokazem tych wszystkich mniejszych i większych dzieł stworzonych na potrzeby wizualnych uczt Lánthimosa. To sam w sobie seans obowiązkowy.

Rafał Skwarek


Najlepszy dźwięk: Strefa interesów

fot. „Strefa interesów” / mat. prasowe Gutek Film

Jak nie zachwycić się warstwą audialną filmu, który już pierwszym dźwiękiem wywołuje o odbiorcy niepokój? Strefa interesów Glazera poza przejmującą stroną wizualną, idealnie korzysta z wszelakich dźwięków oraz ich braku. Harmonijna sielanka wypełniona śmiechem dzieci i cichym szumem wiatru pośród ogrodowej roślinności, sporadycznie przerywana zostaje przez krzyki z oddali. Tak, jak rodzina mieszkająca tuż za murem obozu, sami staramy się nie wyłapywać odgłosów ludzkiej agonii, a gdy te nieubłaganie dotrą do naszych uszu, łapiemy się na tym, jak łatwo je zignorowaliśmy. Wiemy, co dzieje się tuż obok, ale momentalnie się do tego przyzwyczajamy. I jest nam z tym absolutnie fatalnie. Dzięki, Jonathan…

Norbert Kaczała


Najlepsza muzyka oryginalna: Oppenheimer

fot. „Oppenheimer” / mat. prasowe Universal Pictures

Kiedy Ludwig Göransson się za coś bierze, to już wiadomo, że będziemy mieć do czynienia z produktem charakterystycznym, żyjącym własnym życiem. Ścieżka dźwiękowa do Oppenheimera była dotychczas prawdopodobnie największym wyzwaniem w jego karierze. Ogromna swoboda, którą dał mu Christopher Nolan, poskutkowała ostatecznie muzyką pełną paradoksów: subtelną, ale i monumentalną. Niepokojącą, ale i kojącą. Epicką, ale i przyziemną. Dotykającą najczulszych punktów, ale mającą również niszczycielską siłę. Najciekawszy zabieg? Brak bębnów i instrumentów perkusyjnych w celu uniknięcia wojskowego, podniosłego, patetycznego tonu opowieści. Can You Hear The Music, Akademio? Mamy nadzieję, że tak.

Daniel Łojko


Najlepsze kostiumy: Biedne istoty

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Akcja Biednych istot rozpoczyna się w wiktoriańskiej Anglii, następnie przemierza przez najbardziej stylowe zakątki Europy, gdzie rzeczywistość ustępuje miejsca surrealizmowi. Brzmi jak prawdziwa gratka dla kostiumografa! Holly Waddington postawiła na dekonstrukcję strojów z XIX wieku i połączenia ich z odjechanymi nowoczesnymi elementami, które dopełniają odrealnioną, magiczną rzeczywistości Belli Baxter. Wybrała jaskrawe kolory (w przypadku pogodnej Belli jest to głównie słoneczny żółty), niejednowymiarowe faktury i dziwaczne kształty (bufiaste rękawy czy olbrzymie kokardy), deformujące ciało bohaterki. Najważniejsze jest jednak, że kostiumy opowiadają historię. Na początku portretują buntowniczość dziecięcej bohaterki, następnie ewoluują wraz z jej okresem dojrzewania, odkryciem i świadomością własnej seksualności, przynależnością do klasy społecznej czy grupy intelektualnej.

Przeczytaj również:  Wybieramy najlepsze role Kirsten Dunst [ZESTAWIENIE]

Jakub Nowociński


Najlepsza charakteryzacja i fryzury: Biedne istoty

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Każdy zaznajomiony z filmami Yórgosa Lánthimosa wie, że postacie w jego historiach to tylko kosmici uczący się dopiero ludzkich zachowań i norm społecznych. Ale jeśli chcielibyście, aby ta dziwność wybrzmiewała też przez aparycję owych bohaterów, musicie sięgnąć po Biedne istoty. Tam każda z postaci, nawet na pozór najnormalniejsza, przykuje wasze oko przynajmniej pewnym niekonwencjonalnym detalem. Ale oczywiście jest też arcydzieło patchworkowej chirurgii plastycznej w postaci Godwina granego przez Willema Dafoe, który sprawdziłby się idealnie w adaptacji wiadomej powieści Mary Shelley. Ekipa charakteryzatorska w filmie Lánthimosa stworzyła rzecz o tyle piękną, co i miejscami okropną. Czyli idealnie dopasowaną do tego filmu.

Norbert Kaczała


Najlepszy montaż: Biedne istoty

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Praca nad Biednymi istotami, zarówno na planie, jak i w montażowni, inspirowana była ścieżką dźwiękową przygotowaną jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Montaż Yorgosa Mavropsaridisa spaja wszystkie elementy filmu: wyznacza tempo, porusza się w rytm muzyki oraz porządkuje historię, dzieląc podróż Belli Baxter na segmenty. Komplementuje soundtrack oraz pracę operatorską, która namiętnie wykorzystuje statyczne zoomy i rybie oko. Raz zdjęcia są czarno-białe, za chwilę barwne i jaskrawe, a retrospekcje stale przenikają się z teraźniejszością. Dzięki zaufaniu reżysera, montażysta mógł pozwolić sobie na dużą wolność i zabawę formą. Mavropsaridis zajmował się montażem każdego projektu Lánthimosa i mam nadzieję, że prędko się to nie zmieni. To duet, który doskonale pojmuje język, którym operuje. Pozostaje wierny swojemu flagowemu stylowi, lecz czyni każdy film absolutnie wyjątkowym.

Jakub Nowociński


Najlepsze zdjęcia: Biedne istoty

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Już podczas seansu Faworyty mogliśmy przekonać się, jak zdolnym operatorem jest Robbie Ryan. W Biednych istotach czekało na niego jednak wyzwanie ukazania świata kompletnie odjechanego i abstrakcyjnego, zachowując przy tym estetykę i przede wszystkim swój własny styl. To udało się jemu w stu procentach. Statyczny zoom zbliżający się powoli w kierunku twarzy aktora wydaje się wczesnym osiągnięciem sztucznej inteligencji i tworzonych przez nią pierwszych filmików, co idealnie wpasowuje się w otaczający go surrealizm. Tak samo jest w przypadku zniekształcającego ekran rybiego oka, będącego tutaj podkręconym momentami do maksimum. To zaledwie dwie z wielu naprawdę prostych sztuczek, które w dobrych rękach okazały się jednym z najlepiej dopracowanych elementów w całym filmie.

Krzysztof Kurdziej


Najlepszy scenariusz adaptowany: Strefa interesów

fot. „Strefa interesów” / mat. prasowe Gutek Film

Zdolny scenarzysta z dobrej książki zrobi równie dobry film. Świetny scenarzysta z przeciętnej książki zrobi film wybitny. I tak właśnie stało się w przypadku Strefy interesów. Pośród ogólnych (w pełni zasłużonych zachwytów) wokół filmu Glazera, zapomina się o literackim pierwowzorze. A ten niestety był wyłącznie jednym z wielu przykładów współczesnej literatury obozowej pełnej zakazanego romansu, instrumentalnego podejścia do trudnego tematu i wątpliwego moralnie monetyzowania historycznej tragedii. Glazer jednak dostrzegł w jednym z wątków miejsce nie tylko na case study perspektywy świadka Zagłady, ale i pośrednio tych, którzy lubują się w jej nieumiejętnym obrazowaniu. Jeśli odczuwasz brak dosłowności w tym filmie, to jest też o Tobie.

Norbert Kaczała


Najlepszy scenariusz oryginalny: Anatomia upadku

fot. „Anatomia upadku” / mat. prasowe M2 Films

Wiecie, co jest podstawowym wyznacznikiem jakości filmu sądowego? Na pewno nie wyrok… Chodzi o samą rozprawę. Jej przebieg, kąśliwe i trafne uwagi obu stron, odkrywanie kolejnych detali i ciągła wątpliwość. A jeśli wokół pięknie rozpisanej rozprawy nakreślimy szereg wewnętrznych dylematów protagonistki, która sama przestanie być wyłącznie ofiarą, otrzymamy scenariusz wzorowy. Anatomia upadku dzięki temu staje się czymś więcej niż długą sceną posiedzenia w sądzie. Znajdziemy tu komentarz wobec systemu sprawiedliwości, wiktymizacji, tabloidyzacji, relacji damsko-męskich, presji społecznej czy nawet wypalenia zawodowego. Jedyne czego tu nie znajdziemy, to jednoznaczna odpowiedź na pytanie „czy ona to zrobiła?”. Jesteś widzem, przecież ty zawsze jesteś tym mądrzejszym.

Norbert Kaczała


Najlepszy reżyser: Jonathan Glazer (Strefa interesów)

fot. „Strefa interesów” / mat. prasowe Gutek Film

Kiedy wielu myślało, że temat II wojny światowej został już w filmie wyczerpany, do akcji wkroczył Jonathan Glazer. Jego Strefa interesów to kino autorskie, oferujące zupełnie nowe spojrzenie na temat Holokaustu. Nie kieruje obiektywu kamery na obóz koncentracyjny, lecz za jego mury – do domu i ogródka nazistowskiej rodziny Hössów. Horror zagłady dostrzegamy jedynie w warstwie dźwiękowej, która opowiada nam historię zupełnie inną niż obraz. Z daleka słyszymy stłumione krzyki, pracę pieca, czasem dostrzegamy na niebie łunę światła. Te narzędzia w rękach Glazera mają niezwykłą narracyjną moc. Wżerają się w mózg i pozostają z widzem na długo po seanse. Reżyser nie robi filmów często, lecz gdy rozpoczyna produkcję, podchodzi do niej z ogromną dbałością i czyni każdy film jedynym w swoim rodzaju.

Przeczytaj również:  Satyajit Ray – jak czytać kino bengalskiego mistrza [ZESTAWIENIE]

Jakub Nowociński


Najlepszy aktor drugoplanowy: Mark Ruffalo (Biedne istoty)

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Ten, kto miał okazję zapoznać się z miniserialem To wiem na pewno, mógł się już przekonać, że filmowe uniwersum Marvela nie zgasiło w Marku Ruffalo aktorskiego potencjału, a jedynie na jakiś czas go uśpiło. W Biednych istotach idziemy o krok dalej i razem z odgrywanym przez niego Duncanem Wedderburnem odpalamy surrealistyczne wrotki, mając okazję obserwować w jego wykonaniu niezwykle groteskowy popis aktorski. Ruffalo kompletnie wypływa na nieznane dla nas wody i daje jeden z najbardziej zróżnicowanych występów w swojej karierze.  Trudno nie zaśmiać się na widok gotującej się pod stylowym wąsem wściekłości Duncana, czy też podczas sceny tańca, gdy niezdarnie wkracza na parkiet. Przede wszystkim jednak jest on tutaj perfekcyjnym dopełnieniem postaci Belli, z którą łączy go nie tylko burzliwa relacja, ale także niezwykła chemia na ekranie.

Krzysztof Kurdziej


Najlepsza aktorka drugoplanowa: Da’Vine Joy Rundolph (Przesilenie zimowe)

fot. „Przesilenie zimowe” / mat. prasowe American Film Festival

Nawet w najlepszych filmach rzadko się zdarza, by postacie drugoplanowe roztaczały wokół siebie wyrazisty urok i otulającą aurę. Tak opisać można jednak występ Da’Vine Joy Randolph w Przesileniu zimowym. Nominowana do Oscara w kategorii najlepsza aktorka drugoplanowa, filmowa Mary jest postacią nadzwyczaj złożoną. Łączy w sobie cechy kobiety religijnej, matki o złamanym sercu, opiekunki domowego ogniska. Choć Randolph daje się poznać w swojej roli przede wszystkim jako bohaterka ciętej riposty, tak naprawdę skrywa w sobie wielki żal i tęsknotę. Zdaje się, że potęguje je jeszcze spędzanie przerwy Świątecznej w opustoszałej szkole. Towarzysze Mary wydobywają z niej to, co najlepsze i pozostawiają jej przestrzeń na prawdziwy aktorski popis.

Anna Czerwińska


Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Cillian Murphy (Oppenheimer)

fot. „Oppenheimer” / mat. prasowe Universal Pictures

Była doskonała kreacja Thomasa Shelby’ego w serialu Peaky Blinders, było kilka drugoplanowych ról w wielkich hitach kinowych, ale ciągle Cillian Murphy nie miał jednej, wielkiej roli, która potwierdziłaby jego status jednego z najlepszych współczesnych aktorów. Aż przyszła rola Roberta J. Oppenheimera w kinowej biografii tego wybitnego fizyka w reżyserii Christophera Nolana. Murphy dźwiga na plecach trzygodzinnego kolosa od początków kariery Oppenheimera, aż po jej zmierzch. Fascynacja, determinacja, niepewność, strach – to wszystko wygrywa 47-latek, co skrupulatnie podkreśla Nolan, fundując wiele zbliżeń na jego twarz. Gdyby tylko Murphy’emu powinęła się noga w trakcie tego filmu, to cały projekt Oppenheimera ległby w gruzach. Pierwsza nominacja do Oscara i wierzymy, że pierwsza statuetka, która powędruje do rąk Cilliana Murphy’ego w nocy z 10 na 11 marca.

Jakub Trochimowicz


Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Emma Stone (Biedne istoty)

fot. „Biedne istoty” / mat. prasowe The Walt Disney Studios

Intensywny rozwój mentalny i motoryczny postaci, konieczność dostosowania się do specyfiki dialogów McNamary, bardzo duży nacisk na graficzną seksualność – rola Belli Baxter nie oferowała kompromisów. Emma Stone postanowiła jednak w pełni wykorzystać potencjał drzemiący w bohaterce i zaufać koncepcji Lánthimosa. Efektem jest rola spójna, choć oparta na chaosie. Przechodząca przez przyspieszone dojrzewanie Bella to wulkan energii i zmian: jednocześnie dziecko, nastolatka, kobieta i dzikie zwierzę.

Należy przy tym pamiętać, że odgrywanie osoby o znacznej różnicy w dojrzałości fizycznej i psychicznej to istne pole minowe. To, że Stone udało się być przekaźnikiem ekscentryzmów reżysera, nie przenosząc Belli w przestrzeń obraźliwiej groteski, świadczy o wielkości jej roli.

Rafał Skwarek


Najlepszy film: Strefa interesów

fot. „Strefa interesów” / mat. prasowe Gutek Film

Opowiedzieć o Holokauście, nie pokazując samego ludobójstwa, a skupiając się na życiu codziennym jednego z największych nazistowskich zbrodniarzy – Rudolfa Hössa i jego rodziny. Przed takim zadaniem stanął Jonathan Glazer, przenosząc na ekran książkę Martina Amisa pod tym samym tytułem. Brytyjski reżyser sprostał temu zadaniu w sposób celujący, ukazując sielankowe życie ludzi, którzy spędzają miło czas w ogródku, planują wakacje we Włoszech i przyjmują znajomych, gdy za ich płotem mordowanych jest dziennie tysiące ludzi.

Chociaż stawka w kategorii „najlepszy film” była w tym roku niezwykle wyrównana, to ‌film Glazera łączy doskonale kilka elementów. Wspaniałe role Christiana Friedela oraz Sandry Hüller w rolach małżeństwa Hössów, bardzo intymne i naturalne zdjęcia Łukasza Żala, porażające muzyka i dźwięki wydobywające się z obozu Auschwitz-Birkenau. A to wszystko pod batutą Brytyjczyka, który nie demonizuje swoich bohaterów. Robią to sami poprzez swoje słowa i działania. Wielkie, straszne i aktualne kino, po którym siedzi się na napisach końcowych w ciszy i ciągłym niezrozumieniu i pytaniem – jak mogło do tego dojść?

Jakub Trochimowicz


korekta: Anna Czerwińska

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.