Advertisement
PublicystykaZestawienia

TOP 5: Wybieramy nasze ulubione sceny walki

Redakcja Filmawki
Najlepsze sceny walki
Kadry z filmów "Zabójczy koktajl" / "Kill Bill" / "Oldboy"

Z okazji premiery filmu “Zabójczy koktajl” wybraliśmy naszym zdaniem najlepsze sceny walki w filmach. 

Karen Gillan przyznała otwarcie, że to właśnie jedna ze scen walki wyczytana w scenariuszu zachęciła ją do wzięcia udziału w tym projekcie. Nic dziwnego – reżyser Navot Papushado przykuł szczególną uwagę do tego aspektu swojego filmu. Jak sam przyznał, obejrzał już wystarczająco dużo rzeczy w stylu Jasona Bourne’a, gdzie przemoc odbywa się dla samej przemocy. Dla reżysera Zabójczego koktajlu ma znaczenie każdy siniak i blizna po bitwie – i ich konsekwencje w dalszej drodze bohaterki. Wtedy, jego zdaniem, publiczność docenia walkę o przetrwanie o wiele bardziej. W gronie redakcyjnym wspominamy momenty walki, które najbardziej zapadły nam w pamięć!


“Zabójczy koktajl” (2020)

Zestawienie otwieramy sceną z wypakowanego popkulturowymi nawiązaniami Zabójczego koktajlu. Do samego Kill Billa Papushado mruga okiem przynajmniej pięciokrotnie. Jednym z takich mrugnięć jest najbardziej groteskowa scena z całego filmu – a zarazem najciekawsza i najtrudniejsza. Kiedy Sam, jedna z zabójczyń Firmy, wraca do szpitala, nie zdaje sobie sprawy, że zostanie zaatakowana przez swoich ludzi.

Zanim jednak się to stanie, lekarz wstrzyknie jej serum, które sprawi, że chwilowo straci kontrolę nad ramionami. Zupełnie jak we wspomnianym filmie Tarantino, młoda dziewczyna musi sobie poradzić w walce sparaliżowana. Aktorka miała przy tym niełatwe zadanie – musiała nauczyć się przestać kontrolować swoich rąk. Ale to właśnie ta scena przyciągnęła jej uwagę do projektu. “To było niesamowicie kreatywne, używać wyłącznie tego, co znajduje się w moim otoczeniu lub wyłącznie nóg i ciała, aby nabrać rozpędu i poruszać rękami. To było coś, czego nie widziałem wcześniej w filmie. Czułam, jakbyśmy odkrywali coś nowego” – dzieliła się Karen Gillan w wywiadach. Całość prowadzi do absurdalnej walki, którą polecamy zobaczyć w kinach już od piątku!


“Casino Royale” (2006)

W niejednym podręczniku dla początkujących filmowców znajdziecie informacje, jak ważne jest odpowiednie przedstawienie bohatera. I gdybyście potrzebowali jego wzorcowego przykładu, Martin Campbell prezentuje Wam swojego nowego Bonda. Daniel Craig musiał swoją pierwszą sceną nie tylko zostać ugruntowany jako bohater kina akcji, ale także jako kolejna inkarnacja 007. I znajdujecie to wszystko, co wymagane jest od trzyaktowej struktury filmu, skondensowane do jednej sceny.

Pędząc za oponentem – mistrzem freerunningu, nie baczy na niszczenie mienia, ludzkie zdrowie i życie, czy nawet własną anonimowość. Z gracją tarana nieporadnie przeskakuje po kolejnych kondygnacja niedokończonego budynku, wymierzając dosłownie kilka ciosów, próbując doścignąć i pokonać terrorystę. Nowy Bond to nie przystojny elegant z piękną spluwą. To brudząca sobie ręce maszyna do zabijania, która ponad dobro swojego narodu ceni… swoją dumę i chęć zwycięstwa. Choć brak mu taktu, uporu nie odmówi mu nikt. Ale jakie czasy, taki szpieg. (Norbert Kaczała)


“Gwiezdne wojny: Część II – Atak klonów” (2002)

Kiedy byłem mały miałem problemy ze snem. Miałem też 20-calowy telewizor z wbudowanym odtwarzaczem VHS i trzy kasety na krzyż. Perfekcyjna, co-do-klatkowa znajomość filmów na nich zawartych była więc naturalną koleją rzeczy, a tak się złożyło, że jednym ze szczęśliwych dzieł miał okazję stać się Atak klonów. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy przerobiłem seans całości i powtórek konkretnych scen bitewnych i pojedynkowych, ale było ich dużo. Z dźwiękiem i bez. Z daleka i bliska. Na siedząco i leżąco. I nie będę zbytnio oryginalny, gdy stwierdzę, że największe wrażenie na wyobraźni małego (ale dużego tak samo) mnie wywarła sekwencja pojedynkowa z bitwy o Geonosis, która swój bieg rozpoczyna już w momencie arenowego wyznania miłości Padme i Anakina.

To, co się dzieje później z kolei, to już spełnienie mokrego snu każdego miłośnika uniwersum Gwiezdnych Wojen. Wpierw pokazówka umiejętności rycerzy Jedi w sytuacji nienormatywnej (walka z gwiezdną fauną), następnie osadzenie całego posiadanego przez nich bitewnego emploi w kontekście fabularnym (walka z armią CIS), a na koniec creme de la creme Gwiezdnych Wojen, czyli lightsaberowy pojedynek jeden (do pewnego momentu dwa, ale… odpuszczę sobie żarty z Anakina) na jeden. Abstrahując od generalnej recepcji filmu, wątpliwości nie ulega fakt, że sekwencja bitwy o Geonosis jest jednym z największych osiągnięć filmowych George’a Lucasa. Czymś, co tchnęło nowe życie w jego serię, czymś, co nadało jej nową tożsamość, czymś, co najzwyczajniej w świecie cieszy oko, pomimo znaczącego wkładu technologii green screen w kreację świata przedstawionego. To taka sama „kinematograficzna frajda” jak w przypadku pojedynków charakteryzujących kino wuxia, któremu zresztą Lucas w znaczący sposób hołduje. Czy w tym kontekście potrzeba nam czegokolwiek więcej? Na pewno nie mi – zarówno w wieku 12 lat, jak i 27. (Tomasz Małecki)


“Kill Bill” (2003)

Gdy O-Ren Ishii w akompaniamecie bialutkiego śniegu ściągnęła swoje geta i wyciągnęła katanę z kabury, rozpoczął się jeden z moich ulubionych pojedynków w historii kina – a może nawet i ulubiony. W spektakularnym pojedynku Beatrix Kiddo i O-Ren Ishii wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Od scenografii, gdy krew obryzguje śnieg w pięknym, klasycznym japońskim ogrodzie po kostiumy, charakteryzację i samą choreografię.

Walka Beatrix i O-Ren nie ustępuje tym znanm z filmów z Brucem Lee w roli głównej. Każdy cios jest tu zadany z wielką gracją, każde uderzenie katany o katane akompaniuje dobrze zmasterowanym dźwiękiem. To scena do której często wracam, jedne z najlepszych dziewięciu minut w historii kina. (Maja Głogowska)


“Oldboy” (2003)

Odnoszę wrażenie, że adaptacje gier komputerowych tak rzadko odnoszą sukces, bo zapominają o tym, co czyni gry unikalną branżą interaktywnej rozrywki. Owszem, można adaptować fabuły, obsadzać znanych aktorów w rolach kultowych postaci, zaludniać wirtualne światy aktorami, ale ostatecznie takie filmy stają się po prostu kolejnymi produkcjami osadzonymi na tekście źródłowym. A co jeśli filmowa ekranizacja gry wideo skoncentruje się na oddaniu… mechaniki?

Scena walki w korytarzu w Oldboyu Parka Chan-wook to dla mnie idealna adaptacja gry, która nigdy nie powstała. Protagonista vs kilkunastu przeciwników stłoczonych w ciasnym korytarzu. Wszystko rozegrane w perspektywie przypominającej bijatyki pokroju Mortal Kombat, lub platformówki 2.5D z energetyzującą muzyką w tle. Odbywająca się na przestrzeni jednego ciągłego ujęcia walka jest prawdziwym popisem umiejętności zarówno kaskaderów, jak i Choia Min-sik, który wraz z upływem czasu słabnie, pod koniec z trudem wymierzając ciosy. Jednak w przeciwieństwie do gier komputerowych, jego bohater nie porusza się w prawo, lecz w lewo. Tym samym scena walki w korytarzu nabiera również symbolicznego wymiaru – bo Dae-su, pokonując przeciwników, coraz bardziej zagłębia się w odmęty piekła i własnej przeszłości. (Wiktor Małolepszy)

Artykuł sponsorowany

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.