TOP 30 najlepszych filmów z lat 2000-2009

Ten dzień musiał kiedyś nadejść. Dziś – tj. 2.04 roku 2019 – Filmawka jako strona internetowa, obchodzi swoje pierwsze urodziny. Gdy rok temu zaczynaliśmy działać nikt nie spodziewał się, że Wasza aktywność i wsparcie pozwoli nam tak szybko się rozwijać. Więc – co najważniejsze – Dziękujemy! Za to że jesteście, za to że motywujecie nas by chodzić na wszystkie filmy – te gorsze (by może was od nich uratować) i te lepsze (byście nie ominęli żadnej kinowej perły), a przede wszystkim za to że nas czytacie i chcecie dla Filmawki jak najlepiej.

Z tej okazji całą redakcją zdecydowaliśmy się przygotować pierwsze tak duże zestawienie w historii naszego portalu. Wybraliśmy 30 najbliższych naszemu sercu produkcji z lat 2000-2009. Nie zabraknie w nim współczesnych klasyków pokroju Quentina Tarantino i Paula Thomasa Andersona, ale zobaczycie tu też parę mniej znanych, a jakże znakomitych produkcji. Oczywiście – jest to ranking subiektywny, przesiąknięty nostalgią, tęsknotą i wspomnieniami dzieciństwa. Ale co za tym idzie – bardzo szczery!


30. WALL·E (2008) – reżyseria Andrew Stanton 

Otwierająca naszą listę produkcja może wydać wam się dziwna, jakoby nie pasująca do reszty stawki składającej się z uniwersalnych arcydzieł pokroju “Spragnionych miłości”. Jednak to co może wydawać się początkowo wadą – całkowite nieprzystosowanie do rzeczywistości, zarówno tej gatunkowej jak i kinematograficznej, Wall-E przekuwa w swoją największą zaletę. Bo o ile nie uświadczymy tutaj typowych dla produkcji Pixara zabawnych dialogów przesiąkniętych popkulturowymi nawiązaniami, to w ich miejsce dostaniemy wyciszoną opowieść o samotności, miłości i pragnieniu lepszego jutra.

Do tego Wall-E jest prawdopodobnie najpiękniejszym filmem Pixara jaki powstał. Każdy kadr jest tutaj przemyślany, każda lokacja ma swoją własną duszę – czy to post apokaliptyczna ziemia przypominająca lokacje z pierwszego “Fallouta”, czy futurystyczny statek utrzymujący przy życiu ludzi, będący mieszanką bessonowskiego “Piątego elementu” i “Łowcy androidów”. Stanton w swoim najbardziej znanym dziele przypomina widzowi, że nie potrzeba wielu słów by opowiedzieć piękną historię. A jeszcze lepiej jeśli będzie ona miała wydźwięk proekologiczny.  (Maciej Kędziora)

Kadr z filmu WALL·E

29. Wesele (2004) – reżyseria Wojciech Smarzowski

Wiesław Wojnar (Marian Dziędziel), szanowany magnat na podkarpackiej wsi, wyprawia swojej córce ślub. Nie szczędzi na niego grosza, bo „pan Wojnar jest szczodrym człowiekiem”, więc wesele jest naprawdę pompatyczne. Jednak jest to ten typ imprezy, gdzie, niczym w filmie Climax Gaspara Noé (obraz ten od Wesela różni się przede wszystkim liczbą nawiązań do Fargo), nic nie idzie zgodnie z planem. Wszyscy piją do nieprzytomności, najlepiej bawią się przy disco polo, a jak przekonuje panna młoda – chłopy tylko czekają, żeby spuścić komuś wpi…dol. Mnogość wątków i niesamowite tempo sprawiają, że cały seans to nie tylko słodko-gorzka rozrywka, ale przede wszystkim swoista panorama polskiej mentalności, w której każdy z nas dojrzy chociaż cząstkę samego siebie.

Wesele tak bezkompromisowo obnaża rodzimą „polskość”, że nawet po czternastu latach trudno opędzić się od stawianych przez film zarzutów. Podejmuje on problemy, które głęboko wpisane są w naszą mentalność, uderzają w narodową tożsamość zbiorowości, która zdaje się od wieków odgrywać ten sam chocholi taniec. Wesele może nie być zupełnym strzałem w dziesiątkę, lecz jest czymś dosadniejszym. Jest strzałem w potylicę. (Michał Piechowski)

Kadr z filmu “Wesele”

28. Pusty dom (2004) – reżyseria Ki-duk Kim 

Pod względem wrażliwości na doznania wizualne kultura Dalekiego Wschodu leży przynajmniej dwie półki wyżej niż jej zachodnia odpowiedniczka. Fakt ten widoczny jest zaś najdokładniej w tak kameralnych i prostych historiach obrazkowych jak Pusty dom Kim Ki-duka. Zbudowany z subtelnych, ledwo dostrzegalnych, starannie ukrytych sygnałów i znaczeń melodramat przyczynił się do pełnej nobilitacji kina koreańskiego w nurcie światowej kinematografii artystycznej, ukazując, że sumiennie przygotowany film gatunkowy może urastać do rangi sztuki i niekoniecznie wiązać się z postmodernistyczną grą intertekstem.

Wszystko, co czyni bowiem film Kima wielkim, znajduje się właśnie w małościach, w narracyjnych drobiazgach, które umiejętnego widza nagradzają jedną z najpiękniejszych miłosnych puent w historii najpiękniejszych miłosnych puent. Marną naśladowczynią w tym względzie starała się być Ildiko Enyedi i jej Dusza i ciało, ale na szczęście i ku chwale statusu kinematografii pamięć hibernuje jedynie największych. I w tym gronie Pustego domu z pewnością nie zabraknie.(Tomasz Małecki)

Kadr z filmu “Pusty dom”

27. Upadek (2004) – reżyseria Oliver Hirschbiegel 

Podziemia Kancelarii Rzeszy, Berlin, 1945 rok. To tu rozgrywają się ostatnie dni i godziny z życia Adolfa Hitlera. Wiekopomny obraz Olivera Hirschbiegela okazał się z biegiem lat jednak czymś o wiele potężniejszym niż jeno ciekawą relacją łabędziego śpiewu Führera i całego jego imperium. “Upadek” to dramat wojenny najwyższej próby, tragedia nie tylko topowych notabli totalnego reżimu, ale też tragedia pokolenia, które zawierzyło im całe swe życie. Jedni z łatwością mogliby oskarżać twórców o wybielanie bezsprzecznych zbrodniarzy, o spoufalanie się i wzbudzanie empatii wobec nazistów. Stąd właśnie film Hirschbiegela jest tak odważny i humanistyczny – przedstawia tych absolutnie oplutych przez ludzkość degeneratów historii w ich finalnych chwilach po prostu jako ludzi.

W klaustrofobicznym bunkrze Kancelarii Rzeszy nie rozgrywają się dantejskie sceny, ale agonalne wzniesienia i przedśmiertne intymności. Hitler dalej żyje w świecie idealistycznych sprzeczności mimo usilnych prób jego sztabu, by go z niego wyrwać. Ulice niemieckiej stolicy obserwujemy jak przez mgłę, wroga prawie nie widać, ale żołnierze pod fatalnym ostrzałem muszą się walnie wycofywać. Upadek to tytuł niepozostawiający wątpliwości. To koniec III Rzeszy, fin de siècle najgorszej wojny w historii. Ale ma w sobie jednak coś współczującego, bardzo niejednostronnego, ale również hekatombicznego. Niemieckie “Der Untergang” tłumaczy się też jako “zagłada”. Zagłada opowiedziana z taką wrażliwością, historycznym zrozumieniem i depresyjną antycypacją. (Kamil Walczak)

Kadr z filmu “Upadek”

26. Dogville (2003) – reżyseria Lars von Trier 

Uwielbiam te filmy Larsa von Triera, w których ukrywa on swoje upodobanie do mnożenia symboli, a skupia się przede wszystkim na psychice bohaterów. Przykładem takiej pracy jest właśnie “Dogville”, najdoskonalsze dzieło duńskiego reżysera, będące przejmującym studium nietolerancji członków niewielkiej społeczności względem przyjezdnej Grace. Rozegranie tego wszystkiego na scenie teatralnej i z niewielką liczbą rekwizytów pomaga zrozumieć, w jakim świecie przyszło żyć bohaterce. Brak ścian, brak prywatności, brak miejsca na własne zdanie i osobiste potrzeby, wokół jedynie góry i głusza.

Von Trier przedstawia świat, w którym siła zawsze zniszczy niewinność, dopóki nie znajdzie się chociaż jeden buntownik zdolny do przełamania tego korowodu przemocy. Natomiast wcielająca się w główną bohaterkę Nicole Kidman gra tak, jak gdyby od tego zależało jej życie. Może rzeczywiście tak było, może rzeczywiście uciekała przed dojmującą beznadzieją zapomnianego przez Boga miasteczka. (Marcin Kempisty)

Kadr z filmu “Dogville”

25. Dzień świra (2002) – reżyseria Marek Koterski 

Ulubiony film polskiej inteligencji, a przynajmniej tych, którzy się zapisują do tej grupy. Najśmieszniejsza komedia dla innych, widzących w perypetiach bohatera krzywe odbicie ich własnego losu.

Tymczasem “Dzień świra” jest przerażającym studium alienacji Adasia Miauczyńskiego, brawurowo granego przez Marka Kondrata, dla którego każdy dzień jest niczym wędrówka na Golgotę. Bezowocna praca w szkole w roli nauczyciela znakomicie rymuje się obecną sytuacją polityczną, gdy człowiek wykształcony i oczytany zderza się z rozwrzeszczaną hałastrą, by później dostawać za to marne grosze. Poza miejscem pracy nie jest lepiej, gdy wszędzie musi zderzać się z chamstwem, małostkowością i zwykła zawiścią, naszym chlebem powszednim. Może i rzeczywiście niekiedy pojawia się po jego zgranych bon motach uśmiech na twarzy, ale później musi on zostać zasłonięty wodospadem łez, gdy okazuje się, że kilkanaście lat po premierze “Dnia świra” niewiele się w Polsce zmieniło.

Ponadto reżyser Marek Koterski, bazując najpewniej po częstokroć na własnych przemyśleniach, tworzy portret neurotyka uwikłanego w chorą relację z matką i nie lepszą z synem, wychowywanym, mówiąc delikatnie, w sposób kontrowersyjny. Mężczyzna stara się jak może, nie chcę popełniać błędów ojca, lecz jest skazany na porażkę, skoro nie potrafi emocjonalnie otworzyć się na innego człowieka.
Tytułowy świr zachowuje się momentami jak błazen z tragedii Szekspira, jedyny uświadomiony, ze wzrokiem przenikającym powierzchowność rzeczywistości i potrafiący w niej ujrzeć znacznie więcej, aniżeli zwykli zjadacze chleba. Wyciągnął kartę błazna, więc zmuszony jest funkcjonować w rytm swoich fobii, na zasadach ustalonych przez społeczeństwo, z którym nie łączy go nic więcej poza wspólnie zamieszkiwaną przestrzenią. Niezdolny do wyrwania się z korowodu natręctw, tkwi w swojej smutnej egzystencji, szepcząc nienawistną modlitwę zniszczenia, prosząc o zesłanie zagłady na tę przeklętą ziemię. (Marcin Kempisty)

Kadr z filmu “Dzień świra”

24. Lewy sercowy (2002) – reżyseria Paul Thomas Anderson 

Paul Thomas Anderson przyzwyczaił nas do silnych, charyzmatycznych postaci. Dostarczył nam przecież Dirka Digglera, Daniela Plainview czy Lancastera Dodda. Tym większy odczuwam podziw wobec kunsztu Amerykanina, który wraz z Adamem Sandlerem stworzył charakter zupełnie oderwany od andersonowskiego świata. Zresztą, chyba każdy zgodzi się z tym, że samo poprowadzenie Sandlera po pierwszą i jak na razie jedyną nominację do poważnej nagrody festiwalowej może uchodzić za swego rodzaju cud czy wyraz nadludzkiego wysiłku reżysera. Trzeba jednak oddać cesarzowi co cesarskie – Barry Egan to z całego panteonu zagubionych, niepewnych siebie, wytrąconych z równowagi oraz dyskretnie nieszczęśliwych jedna z najbardziej szczerych i bliskich sercu odbiorcy kreacja.

Wraz ze stojącą na najwyższym poziomie realizacyjną maestrią Andersona oraz niepowtarzalnym blaskiem rudej czupryny Phillipa Seymoura Hoffmana daje nam to bezprecedensowy obraz pełen miłości, pasji, traumy i prób odnalezienia odrobiny szczęścia w życiu wypełnionym goryczą i smutkiem. (Martin Reszkie)

Kadr z filmu “Lewy sercowy”

23. Harmonie Werckmeistera (2000) – reżyseria Bela Tarr 

Chyba nie ma drugiego filmu tak poważnie i przejmująco traktującego o niszczącej sile rewolucji. Oto do węgierskiej wsi przyjeżdża cyrk z tajemniczym “Księciem” i wypchanym wielorybem, którego obserwacja nie przynosi nikomu okazji do śmiechu. W pewnym momencie coś się zmienia, potrzeba zmian narasta, frustracje sięgają zenitu, aż w końcu sprawiedliwość zostaje zakładnikiem wziętym w ręce wygłodniałego ludu.

Béla Tarr tworzy wybitne czarno-białe dzieło, w którym niewinna jednostka zostaje zgnieciona przez “Ducha Historii”. Przejmujący film Węgra jest pełen symboli i metafor, a jednocześnie tak dosłowny, jak dosłowne potrafią być gilotyny spadające na głowy przedstawicieli ancien regime’u. “Harmonie Werckmeistera” to pocztówka z okresu prawdziwego końca historii, gdy rozum ustępuje uwalniającym się atawizmom. (Marcin Kempisty)

Kadr z filmu “Harmonie Werckmeistera”

22. Shrek 2 (2004) – reżyseria Andrew Adamson/ Kelly Asbury/ Conrad Vernon

Z sequelami jest ten problem, że nie tyle nie dorównują oryginałom, co że często są ich trawestacją. Tutaj jest podobnie, z tym że Shrek 2 jest transgresją jedynki. To niemal bezprecedensowy tygiel popkulturowych referencji, skrajnie wyrazistych postaci, rozprawienia się z familijnymi animozjami w stylu baśniowego terapeuty z Zasiedmiogórogrodu. Jerzy Stuhr określił tę część jako posiadającą “więcej metafizyki”. Oczywiście w tym bajkowym sensie, ale nie pomylił się ani trochę. Jeśli po 15 latach to zakrawa o anachronizm, no to trudno, ale Shrek 2 to emanacja inteligenckiej rozprawy, łącząca rubaszność i finezję prostego żartu z bardziej rozbudowanymi formami fabularnymi czy językowymi. I tym razem polscy tłumacze spisali się na medal i unieśmiertelnili opowieść o niesnaskach ogrzego małżeństwa w baśniowymi Hollywood wieków średnich.

Poza ikonami z części pierwszej (patrz miejsce 5.), animacja huczy od potężnych tuzów drugiego planu: Kota w Butach, Króla Harolda, Księcia z Bajki, Wróżki Chrzestnej czy Brzydkiej siostry Kopciuszka, która jest dziełem m.in. szanownego głosu Wojciecha Manna. Shrek 2 funkcjonuje w naszej świadomości jako absolut kultu, większość z nas obejrzała go co najmniej kilkakrotnie i nie zamierza na tym poprzestać. Czemu? Bez racjonalizowania, to nieironicznie inteligentnie poprowadzona historia z całą paletą wzruszeń i śmieszków, znakomicie napisanych bohaterów, wpisująca się w kanwy scenariopisarskiego geniuszu, jak i akuratnego zastosowania kolorowej kreski, przez co całe królewskie miasto pełne napuszonych mieszczuchów, opresyjne milicja rządowa ścigająca ciasteczkowego potwora czy biuro usług Wróżki Chrzestnej i jej fabryka eliksirów – faktycznie mieszczą się w granicach absurdu. Oglądam co roku, to nie może być sentyment. To miłość. (Kamil Walczak)

Kadr z filmu “Shrek 2”

21. Spragnieni miłości (2000) – reżyseria Kar Wai Wong 

Moją pierwszą tapetą na telefonie był kadr ze „Spragnionych Miłości”. Tony Leung siedzi pochylony nad biurkiem, opiera głowę o rękę, z której wystaje papieros, a dym unosi się nad jego postacią, formując kłęby pod sufitem. Gdzieś w tle pobrzmiewają subtelne skrzypce, korytarze wypełnia żółte światło, a z cienia wynurza się czerwona jak serce sukienka. Mężczyzna i kobieta. Stoją naprzeciwko i patrzą – nie na siebie. W ich smutnych spojrzeniach widać każdą emocję. Ale nie miłość. Nikt w kinie tak bardzo jej nie pragnął, jak pani Chaw i pan Chow. Noce, które spędzają nie są jednak kochaniem, lecz wspólnym dzieleniem samotności.

Największym grzechem Wong Kar-Waia nie jest skuszenie mnie do palenia fajek. Jest nim to, że przez niego zapragnąłem nieszczęśliwie kochać. (Wiktor Małolepszy)

Kadr z filmu “Spragnieni miłości”

20. Powrót (2003) – reżyseria Andriej Zwiagincew

Powrót, czyli pierwszy film pełnometrażowy Andrieja Zwiagincewa, to pełna symboliki, niesamowita opowieść, z pozoru zaskakująca swoją prostotą. Traktuje ona o dwójce braci, którzy zostają zabrani w podróż przez ojca, który po 12 latach postanowił wrócić do swojej rodziny. Akcja filmu przedstawia siedem dni, w których zawarty jest cały ogrom wydarzeń, które bardziej uważny widz może interpretować na różne sposoby, zwłaszcza biorąc pod uwagę przewijającą się przez cały film symbolikę sakralną.

Sam film dał dobrą zapowiedź tego, jak wielkim twórcą jest Andriej Zwiagincew. Wszystko dlatego, że nagradzany w późniejszych latach zarówno za Niemiłość jak i Lewiatana reżyser właśnie w 2003 roku, tworząc ten film, ustanowił sobie niezwykle wysoką poprzeczkę Ostatecznie, okazała się ona możliwą do przeskoczenia. Mimo tego, Powrót przez wielu uważany jest wciąż za jego największe dzieło. (Bartek Rusek)

Kadr z filmu “Powrót”

19. Oldboy (2003) – reżyseria Chan-wook Park

“Oldboy” wrzuca nas w sam środek akcji, a wielu widzów wrzucił w południowokoreańskie kino, gdyż to jedna z najbardziej znanych produkcji z tamtych stron. Dzieło Parka Chan-wooka przeszło przez świat jak burza, zgarniając w 2004 ogrom nominacji i nagród, w tym drugą nagrodę w Cannes. To ten rzadki rodzaj filmu chwalonego zarówno przez krytyków jak i niedzielnych widzów.

Dla mnie siła “Oldboya” tkwi w całkowitym oddaniu historii opowiedzianej przez reżysera w sposób tak intensywny, że nie pozostaje nam nic innego jak siedzieć wpatrzeni w ekran niczym główny bohater Oh Dae-Su więziony w pokoju z telewizorem przez 15 lat. To historia starcia dwóch zemst, brutalna we wręcz poetycki sposób, ale pozbawiona autoironii wielu amerykańskich filmów o podobnej tematyce. Ciężko też w “Oldboyu” doszukać się akcentów humorystycznych. Kiedy stawiamy się na miejscu bohatera, sami zaczynamy zanurzać się wgłąb naszych największych lęków i najbardziej podstawowych instynktów. I choć prawda zwykła wyzwalać, w świecie “Oldboya” jest najostrzejszym z narzędzi zbrodni.

Jeśli jeszcze nie widzieliście tej koreańskiej perły i udało wam się uniknąć spoilerów przez ponad 15 lat od premiery, możecie niczym po wyjściu z niewoli otworzyć się na świetny seans. Jeśli “Oldboy” już za wami, zawsze możecie sprawdzić pozostałe tytuły z Trylogii Zemsty Parka Chan-wooka. (Michał Palowski)

Kadr z filmu “Oldboy”

18. Władca pierścieni: Drużyna pierścienia (2001) – reżyseria Peter Jackson

Będę z Wami szczera. Pierwszy raz „Drużynę pierścienia” zobaczyłam dopiero w tamtym roku. Jakoś nie mogłam zebrać się do odkrycia Śródziemia, prawdopodobnie dlatego, że wiedziałam iż będzie to jedna z moich najważniejszych popkulturalnych przygód. Po części tak było. Drużyna pierścienia to najlepszy filmowy synonim słowa „przygoda”, jaki dotąd poznałam. Swoim hartem deklasuje „Insygnia śmierci” czy „Nową nadzieję” i sprawia, że na ekranie nie widzimy wykreowanego przez Petera Jacksona świata a widzimy TEN świat. W Śródziemie i przygodę przed którą jesteśmy postawieni w tej produkcji chyba nie da się nie zatopić. (Maja Głogowska)

Kadr z filmu “Drużyna pierścienia”

17. Spirited Away: W krainie Bogów (2001) – reżyseria Hayao Miyazaki 

Wydana w 2001 roku przełomowa animacja Studia Ghibli we współpracy z Disneyem nie tylko zrewolucjonizowała połączenie tradycyjnej animacji z komputerowymi efektami, ale też na zawsze zapisała się w pamięci setek tysięcy, jeśli nie milionów widzów, dzięki charakterystycznej dla sztuki japońskiej harmonii barw, kształtów i dźwięków. Mistyczne, często przerażające przygody małej Chichro splatają w sobie elementy religii i dojrzewania psychologicznego, stawiając na drodze naszej bohaterki coraz to nowe problemy, częstokroć wymagających od nastolatki podejmowania bardzo niebezpiecznych decyzji. W tle przejawia się znany motyw szacunku dla przyrody, zaś całość jest po prostu spektakularnym pokazem przepięknego wnętrza umysłu Miyazakiego. (Konrad Bielejewski)

Kadr z filmu “Spirited Away”

16, Zakochany bez pamięci (2004) – reżyseria Michael Gondry 

Nikt mnie tak nie łapie za serce jednocześnie masując fałdy mózgownicy, jak Charlie Kaufman. Dlatego też żałuję, że nie udało się wcisnąć do top10 „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” (wybaczcie, nie będę używał karykaturalnego polskiego tytułu). Współpracując z teledyskowym specjalistą od surrealizmu – Michaelem Gondrym – stworzyli jeden z najbardziej przejmujących i nieoczywistych formalne filmów poprzedniej dekady. Wzruszający, wzbogacony unikalnymi popisami aktorskimi Kate Winslet i Jima Carrey’a, wielopoziomowy, ale łatwy do przyswojenia. Kafkowskie zagubienie w tunelu wspomnień i jednocześnie paniczny strach przed ich utratą. Główna pozycja na blogu każdej filmowej tumbleriny.

Przy tym wszystkim o czym „ten film jest”, najbardziej mnie ujmuje jego prosty romantyzm. Wiara, że prawdziwe uczucie w jakiś metafizyczny sposób potrafi nakierować na siebie dwoje ludzi. Jest w tym pewnie pretensjonalność, na pewno naiwność i na pewno pewno spora dawka twórczej fantazji. Lecz, parafrazując Zagajewskiego, tym jest dla mnie kino – poszukiwaniem blasku. Wiecznego blasku słońca, gdy w alejach miasta bezgłośnie pracuje ciemność. (Wiktor Małolepszy)

Kadr z filmu “Zakochany bez pamięci”

15. Przed zachodem słońca (2004) – reżyseria Richard Linklater

Początek XXI wieku był dla Richarda Linklatera pasmem sukcesów – jego “Życie świadome” zostało pokochane przez krytyków, “Szkoła Rocka” podbiła amerykański box office, a “Taśma”, mimo swojego formalnego minimalizmu, również zyskała uznanie widzów. Może właśnie dlatego niesiony dobrą falą twórczych natchnień Linklater zdecydował się na powrót do opowieści o Jesse i Celine.

“Przed zachodem słońca” opiera się na podobnych założeniach co część pierwsza – Jesse i Celine ponownie spotykają się przypadkiem w wielkiej, europejskiej stolicy (tym razem nie jest to jednak Wiedeń a Paryż) i znów ograniczeni czasowo – tym razem przez wieczorny samolot do Stanów, konsumują swoją relację. Tym razem jednak nie ma między nimi niepewności pierwszych, wspólnych chwil – w jej miejsce pojawia się niewymowny żal, że 9 lat temu im nie wyszło, że wizja czekania na ponowne spotkanie za bardzo ich spłoszyła.

Trudno wskazać nie tylko w wyznaczonych ramach naszego zestawienia, ale i w historii kina równie szczerą i realistycznie napisaną relację. Dzieje się tak dlatego, że trudno rozdzielić, w których momentach na ekranie oglądamy Ethana Hawke’a, a w których Jesse’ego. W których Julie Delpy, a w których Celine. By po chwili uświadomić sobie, że wcale nie musimy tego wiedzieć i pozwolić sobie na odpłynięcie i na to by chwila spędzona w ich świecie trwała jak najdłużej.   (Maciej Kędziora)

Kadr z filmu “Przed zachodem słońca”

14. Nieodwracalne (2002) – reżyseria Gaspar Noe 

Marcus i Pierre, dwójka poranionych i odurzonych mężczyzn, trafia do więzienia. To koniec ich historii, ale dopiero początek ich cierpienia. Wspomnienie tragicznych wydarzeń minionej nocy dopiero zaczyna kiełkować w ich skołatanych umysłach, a paranoiczny i stroboskopowy styl prologu oddaje tylko ułamek tego, co przeżywać musi każdy z nich. W ten sposób rozpoczyna się trzeci pełnometrażowy film Gaspara Noé, czyli opętańcza podróż rollercoasterem, nad którym utracono kontrolę i który, paradoksalnie, właśnie zaczyna zwalniać. Każda sekunda przybliżająca wagonik do pełnego zatrzymania uspokaja jego pasażerów, ale zarazem przeraża ich. Dosłownie za chwilę przestanie grozić im śmiertelne niebezpieczeństwo i przyjdzie czas na zmierzenie się z konsekwencjami już dokonanych zniszczeń.

Możliwe dzięki odwróconej chronologii stopniowe “spuszczanie pary” sprawia, że każda kolejna scena filmu przybliża do harmonii, ale jednocześnie oddala od pożądanego ukojenia. Początkowa przemoc i agresja ustępują miejsca akceptacji i zrozumieniu, ale już obecne rany okazują się niemożliwe do zabliźnienia. To, co powinno było pomóc, rozjątrza tylko wewnętrzne cierpienie. Okazuje się, że argentyńsko-francuski reżyser w niemożliwych do zapomnienia i tragicznych w skutkach imprezach specjalizował się na długo przed premierą Climaxu.

Nieodwracalne to arcydzieło sztuki filmowej w pełnym tych słów znaczeniu. Bo jeżeli celem kinematografii było kiedykolwiek połączenie w swoim obrębie pierwiastków tak sprzecznych i pochodzących z tak różnych estetyk, to rzadko kiedy udało się to komuś lepiej niż Gasparowi Noé. Żywa, osaczająca ścieżka dźwiękowa zderza się tutaj z VII symfonią Beethovena, miłość ściera się z nienawiścią, a wyczerpująca praca kamery i feeria migotliwych świateł to przeciwwaga dla momentów wyciszenia i harmonijnego spełnienia.

NFZ nie miało racji. Czas wcale nie leczy ran. (Michał Piechowski)

Kadr z filmu “Nieodwracalne”

13. Mroczny Rycerz (2008) – reżyseria Christopher Nolan 

Odosobnienie z wyboru. Ciasny, spowity mrokiem pokoik hotelowy, a na półce komiksy. Męczący proces nakładania makijażu i godziny spędzone przed lustrem – choć na poczet zalet „Mrocznego Rycerza” zalicza się wiele, to najważniejszym elementem filmowej składanki pozostaje po dziś dzień niezapomniana kreacja Jokera w wykonaniu Heatha Ledgera. Wydane w 2008 roku arcydzieło kina superbohaterskiego wciąż zachwyca, zaciekawia i przeraża. Pełna surowego stylu kinematografia Nolana, pulsująca szaleńczym, mrocznym rytmem ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera i anarchia – druga część trylogii Nolana ukazuje nam paskudne oblicze szaleństwa i chaosu oraz straconych nadziei, dlatego warto co jakiś czas sobie ten film przypomnieć. (Konrad Bielejewski)

Kadr z filmu “Mroczny rycerz”

12. Synekdocha. Nowy Jork (2008) – reżyseria Charlie Kaufman 

W swoim debiucie reżyserskim Charlie Kaufman stworzył niesamowitą, ponadczasową produkcję. Synekdocha, Nowy Jork to tytuł, w którym ukazane zostało zatracenie artysty, który dąży do stworzenia dzieła idealnego. Ma nim być realistyczna sztuka teatralna… o życiu. W efekcie otrzymujemy historię balansującą na krawędzi rzeczywistości i fikcji, w której centrum znajduje się Caden Cotard, w którego wcielił się znakomity Philip Seymour Hoffman. Sam główny bohater jest docenianym reżyserem teatralnym o artystycznym podejściu do życia, który szuka inspiracji we własnych doświadczeniach.

W efekcie, wspomniana postać, początkowo nieświadomie, staje się głównym bohaterem swojej wiecznie niedokończonej sztuki, mającej stanowić jego opus magnum. Cały film, wraz z główną postacią niszczejącego, dążącego wręcz do samozniszczenia Cotarda, stawiam w ścisłej czołówce każdego swojego rankingu. Całość, zarówno ze względu na samą tematykę jak i jej przedstawienie, można moim zdaniem nazwać duchowym następcą genialnego 8 ½ Federico Felliniego, przerzuconą do współczesnych czasów. (Bartek Rusek)

Kadr z filmu “Synekdocha. Nowy Jork”

11. Kill Bill 2 (2004) – reżyseria Quentin Tarantino

Finał duologii Quentina Tarantino zawsze wydawał mi się mniej epicki niż jego poprzedniczka. Czemu? Prawdopodobnie dlatego, że pierwszą część „Kill Bill” zakończyła genialna sekwencja walki panna młoda kontra cały japoński, mafijny światek. Tu, mimo tego, że również byliśmy świadkami genialnych świat żadna z nich nie była przygotowana z tak wielkim rozmachem co w części poprzedniej… Ale czy to źle? Kill Bill 2 to film nader subtelny i to właśnie sceny z tej części częściej spowijają moje myśli. Panna młoda padająca podczas zabawy z ukochaną córką czy finalizująca swoją zemstę poprzez kilka delikatnych pchnięć prosto w serce swojego ukochanego. Od drugiej części „Kill Bill” nie należy wymagać rozmachu pierwszej, a szukać w nim jego własnych zalet, choć Tarantino każe nam je traktować jako spójną całość. (Maja Głogowska)

Kadr z filmu “Kill Bill 2”

10. Gwiezdne Wojny III. Zemsta Sithów (2005) – reżyseria George Lucas 

Filmowi Autorzy zazwyczaj rekrutowali się ze środowisk rewolucyjnych, lewicowych intelektualistów, straceńczych nihilistów i ogólnie postępowych myślicieli. Ilu z nich pochodziło jednak z konserwatywnego otoczenia hollywoodzkich producentów? Odpowiedź brzmi: jeden. George Lucas już zawsze będzie funkcjonował w społecznej świadomości jako twórca najbardziej kasowego modelu biznesowego w historii przemysłu rozrywkowego, lecz niewielu zdaje sobie sprawę, jak osobista jest twórczość oraz sam model artystyczny ojca gwiezdnowojennej marki. Coś, co dało początek modzie tzw. “Kina Nowej Przygody”, było jedynie przedsmakiem tego, co w rzeczywistości stanowiło definicję filmowej produkcji w oczach i sumieniu Lucasa.

Cała trylogia prequelowa, której włóczni grotem jest Zemsta Sithów, uchodzi za obiektywną, techniczną mieliznę, dzięki czemu łatwo przeoczyć faktyczną jakość, drzemiącą w każdej klatce tego 140-minutowego metrażu. Tą jakością nie jest bowiem argument siły, którym darzy nas większość współczesnych blockbusterów, a siła argumentu i sugestii. Przepełniona najbardziej prozaicznymi (acz nie trywialnymi) archetypami i etosami historia Wybrańca razi niekonsekwencją swej realizacji (i iście Bressonowską szkołą aktorska), czarując przy tym potęgą swej symbolicznej oraz aforycznej wartości, która przedstawiana jest tu jednak w sposób oddarty ze wszelkiego mimetyzmu i ambicji obrazonaśladowczej. Wszystkie ewolucje, następstwa, konsekwencje i wnioski Lucas uzyskuje poprzez odwołanie nie do ekranowej widzialności, tylko do ponadindywidualnej świadomości i ogólnej, etycznej tożsamości zbiorowości przynależnej każdemu z nas, tworząc coś w rodzaju realnego przeżycia ponad-filmowego. Za każdym razem, gdy dane jest mi uczestniczyć w Zemście.. płaczę. Musi być więc coś na rzeczy. (Tomasz Małecki)

Kadr z filmu “Gwiezdne Wojny III: Zemsta Sithów”

9. Władca Pierścieni. Powrót króla (2003) – reżyseria Peter Jackson

Trylogia Władcy Pierścieni to jeden z nielicznych przypadków, w których ciężko powiedzieć co lepsze – książka, czy filmy. A także jeden z tytułów, którego praktycznie nie trzeba nikomu przedstawiać. Powrót króla, kolejna część świętej trójcy Jacksona, to nie tylko fantastyczne zwieńczenie fantastycznej trylogii. To jeden z najlepszych filmów, jakie było i będzie dane zobaczyć ludzkości, absolutnie bezkonkurencyjnie rozbił bank nagród w 2004 roku. Karmi nas tym samym co poprzednie części, w widowiskowy sposób domykając historię Trzeciej Ery Śródziemia tak niezapomnianymi scenami jak szarża Rohirrimów na polach Pelennoru, czy bitwa pod Czarną Bramą. Tworzy niesamowitą przepaść w jakości ekranizacji filmów fantasy, która nawet po ponad dekadzie wydaje się być nieprzekroczona. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Powrót króla jest wszystkim tym, czym chciałby być marvelowskie Infinity War i Endgame. (Mikołaj Krebs)

Kadr z filmu “Władca Pierścieni. Powrót króla”

8. Bękarty Wojny (2009) – reżyseria Quentin Tarantino

W czasach gdy wielu skłaniało się do poglądu, że Quentin Tarantino był wypalonym fenomenem lat 90. amerykański reżyser postanowił pokusić się o pierwszy w swoim dorobku film osadzony w realiach historycznych, a konkretnie drugiej wojny światowej. Nie byłby jednak sobą, gdyby tej historii nieco nie ubarwił, a zręby tego założenia znamy niemal wszyscy: oto francuska właścicielka kina planuje przeprowadzić zamach na najwyższych dygnitarzy III Rzeszy przy pomocy elitarnego komanda pogromców nazistów złożonego z amerykańskich Żydów. Wszystko to obficie skąpane w czarnym humorze i makabresce z bogatymi nawiązaniami do klasyki wojennego kina z lat 60. w rodzaju “Tylko dla orłów” czy “Wielkiej ucieczki”.

Sięgnięcie po nowe aktorskie twarze, wśród których wyróżniają się szczególnie Melanie Laurent i Christoph Waltz pozwoliło Tarantino stworzyć obraz fascynujący i dostarczający dzikiej wręcz satysfakcji z oglądania alternatywnej wersji historii. Film był wielkim box office’owym hitem i można z całą pewnością powiedzieć, że położył podwaliny pod dzisiejszą popularność reżysera, która sprawia, że dla wielu “Once Upon a Time in Hollywood” jest najgorętszą premierą roku. (Maksymilian Majchrzak)

Kadr z filmu “Bękarty wojny”

7. Władca Pierścieni. Dwie wieże (2002) – reżyseria Peter Jackson

Zaznajomieni z tolkienowską trylogią zapewne świadomi są tego, że najbardziej oddaloną od literackiego oryginału jest środkowa część filmowej adaptacji Petera Jacksona. Nikt jednak nie może z całą stanowczością stwierdzić, że te zmiany wywarły negatywny wpływ na obraz.

I chociaż spór pomiędzy fanami o to, która z części jest tą najlepszą, to warto przypomnieć, że jedynie w „Dwóch Wieżach” Jackson nie zatracił się w efektach generowanych komputerowo, przez co nawet teraz, po grubo ponad dekadzie starcie o Helmowy Jar/Rogaty Gród (w zależności czy przyjąć nazewnictwo filmowe czy książkowe) wygląda świeżo, w przeciwieństwie do wielu scen w Morii czy szarży Umarłych z Dunharrow.

To właśnie takie małe detale decydują o tym, który film z jednej z najwybitniejszych serii w historii kina jest tym najlepszym. Jednak moim zdaniem (i najwyraźniej zdaniem całej redakcji), to właśnie w środkowym filmie Jackson dał wyraz swoich reżyserskich możliwości oraz umiejętności przepisania ogromnego materiału źródłowego jaki pozostawił po sobie Tolkien na wymagający język obrazu, dźwięku i czasu ograniczonego do trzech godzin. (Martin Reszkie)

Kadr z filmu “Władca pierścieni. Dwie wieże”

6. Między słowami (2003) – reżyseria Sofia Coppola 

Prawdopodobnie Sofia Coppola na tej liście wielu z was zaskoczyła. W końcu czytacie top filmów pierwszej dekady XXI wieku – i to samo w sobie niesie pewne oczekiwania – faworyzując tytuły zrealizowane z rozmachem, o tematach większych niż życie, imponującym budżecie, z głośnymi nazwiskami i mocnym impactem popkulturowym, jaki wywarły. Tymczasem osadzony w Tokio „Między słowami” jawi się jako zupełne przeciwieństwo powyższych oczekiwań – w obsadzie co prawda jest wielki Bill Murray, ale towarzyszy mu zaledwie dopiero stawiająca kroki w wielkim świecie Hollywood Scarlett Johansson.
Film Coppoli jawi się przede wszystkim jako stonowany – pełen niedopowiedzeń, melancholijnej muzyki, szeptów i ciszy. To, jak reżyserka subtelnie prowadzi swoich bohaterów przez proces wychodzenia z samotności, stawiając ich obojga w zupełnie obcym świecie zewnętrznym, stało się pewną egzemplifikacją wszystkich związanych z alienacją uczuć. Gesty i spojrzenia, które tworzą niesamowitą relację z osobą z pozoru zupełnie obcą, ale jednocześnie wydającą się być bratnią duszą. Taka historia nie musiała wydarzyć się w obcej kulturowo Japonii – to historia, którą może przeżyć każdy z nas. I ten wydźwięk o wiele lepiej podkreśla polski tytuł – bo ten angielski zdaje mi się, że spłaszcza to wszystko do różnic kultur, a koniec końców Coppoli chodziło o to, aby jak najsubtelniej przedstawić po prostu to, co nieuchwytne. To, co możemy dostrzec i poczuć między słowami. (Szymon Pietrzak)
Kadr z filmu “Między słowami”

5. Shrek (2001) – reżyseria Andrew Adamson/ Vicky Jenson

Nieśmiertelna animacja pozostaje nieśmiertelna, zwłaszcza w polskim dublażu i przez taki pryzmat film Andrew Adamsona i Vicky Jenson znalazł się na tym miejscu. Primo, to bajkowy perwersyjny postmodernizm. Do świata zbagniałego ogra Shreka i pociesznego Osła dołącza cały kanon baśniowych stworów i tworów: Pinokia, Piotrusia Pana, Ciastka, Trzy Ślepe Myszy czy Robin Hooda. Zresztą, długo by wymieniać. Najważniejsze pozostaje jednak to, że twórcom udaje się te postacie ukonstytuować, nadać im jakiś powab. Nie są pustymi, trzecio- czy czwartoplanowymi monterami, ale pełnoprawnymi członkami całej serii, co w takiej liczbie i jakości dalej pozostaje animacyjnym opus magnum.

Secundo, wspomniany już polski dubbing. To obok “Asteriks i Obeliks: Misja Kleopatra” najwybitniejsze osiągnięcie nadwiślańskich aktorów głosowych. To znakomicie kontrolujący humor i temperament zielonego stwora Zbigniew Zamachowski, idealnie demiurgiczny Lord Farquaad Adama Ferencego czy Agnieszka Kunikowska jako feminizująca Fiona. Ale to chyba Jerzy Stuhr i jego Osioł stał się definicją dublażu perfekcyjnego, finezyjnego i zabawnego. Kwestie dialogowe po polsku nabrały nietuzinkowych konotacji kulturowych czy politycznych, czasami zbyt hermetycznych dla najmłodszych adresatów, ale to również świadczy o legendarności i bardzo uniwersalnym charakterze “Shreka”.

W końcu tertio, tak czysto i wyraźnie wybrzmiewa tutaj samoakceptacja. Przynajmniej dla mnie, ja wychowałem się na Shreku i to Shrek poniekąd pokazał mi, że nie da się żyć, wypierając się części własnej natury i samego siebie. Ta baśń Dreamworks jest dla mnie osobiście reliktem dzieciństwa i będzie mi towarzyszyć, mam nadzieję, przez długie lata. (Kamil Walczak)

Kadr z filmu “Shrek”

4. Kill Bill (2003) – reżyseria Quentin Tarantino 

Masowe pomijanie “Kill Billa” w top 3 największych dokonań Quentina Tarantino to prawdopodobnie jedno z największych nieporozumień ubiegłej dekady. Reżyser wykreował bowiem postmodernizm doskonały. Tytułowa pulpa z jego najbardziej znanej produkcji dopiero tu przybiera pełen kształt, a z recyklingu kina klasy B, samurajskich filmów Kurosawy, europejskiego Truffauta, anime czy modern westernu tworzy się całość, która jest czymś dalece ciekawszym niż suma składowych.

“Kill Bill” swoją premierą w 2003 roku pod wieloma względami wyprzedził własną epokę. Osiągając mistrzostwo pastiszu wskazał drogę takim produkcjom jak hołdowany współcześnie “John Wick”. Półtorej dekady przed premierą “Wonder Woman” czy “Kapitan Marvel” Tarantino wykreował silnie sfeminizowany świat, w którym główne bohaterki pozostają jednocześnie niezależne, jak i w pełni kobiece.

Dodajcie do tego wspaniałe zdjęcia, rewelacyjną choreografię scen walk i przestrzenną muzykę Ennio Morricone, która idealnie oddaje spokój protagonistki w powolnym marszu ku serwowanej na zimno zemście a dostaniecie film akcji idealny. (Andrzej Badek)

Kadr z filmu “Kill Bill”

3. Mullholland Drive (2001) – reżyseria David Lynch 

David Lynch początkowo napisał scenariusz i nakręcił dla stacji ABC pilot serialu, który został przez nich odrzucony. Materiałem zainteresowało się Canal Plus, wyłożyło pieniądze na dokręcenie scen i stworzenie pełnoprawnego filmu, który swoją premierę miał podczas Festiwalu w Cannes, gdzie wygrał nagrodę za najlepszą reżyserię. Po dość dużej porażce drugiego sezonu Twin Peaks – Lynch znów zakręcił widzami na całym świecie. Do Mulholland Drive powstawało i powstaje niezliczona ilość analiz i teorii, które reżyser wsparł podając swoje słynne 10 wskazówek, chcąc pomóc zrozumieć film.

Kwintesencja tego filmu leży natomiast nie w samym rozwiązywaniu tajemnicy, a w swoistym lynchowskim klimacie, który ją otacza i powstał dzięki wykorzystywaniu równoległych rzeczywistości, koszmarnych spisków, kolorów i muzyki. Świat wytworzony przez reżysera jest równie wiarygodny i autentyczny, jak i nieuchwytny niczym sen. W zaproszeniu do tego świata nie ma jednak żadnej obietnicy, że cokolwiek zrozumiemy. To raczej nadzwyczajna zabawa, w której widz jest zmieszany narracją i gdy tylko pomyśli, aby cokolwiek z tym zrobić, Lynch mówi wprost: Silencio. Nakaz milczenia, podobnie jak i większość tego filmu, nie ogranicza się bowiem tylko do diegezy. Bowiem nawet na co dzień mamy sny, koszmary, które przykrywamy zasłoną milczenia i które służą jako azyl. (Szymon Pietrzak)

Kadr z filmu “Mulholland Drive”

2. To nie jest kraj dla starych ludzi (2007) – reżyseria Bracia Coen 

O wielkości dzieła braci Coenów świadczy fakt, że równie dobrze można je odbierać jako bezbłędnie zrealizowany kryminał z elementami thirllera, który dla czystej rozrywki będzie w stanie obejrzeć zwykły niedzielny widz telewizji, jak i egzystencjalny traktat o naturze fatum, na którego temat można oglądać i czytać obszerne analizy odkrywające przed nami znaczenia jego ukrytych symboli. Wyliczenie superlatywów tego obrazu zdaje się być tylko formalnością: pewna ręka reżyserska, która momentami zbliża się do kubrickowskiej perfekcji, wspaniałe zdjęcia Rogera Deakinsa, historia oparta na świetnej powieści Cormaca McCarthy’ego, a wreszcie ikoniczne trio bohaterów w postaci Antona Chigurha, Llewellyna Mossa i szeryfa Eda Toma Bella.

Wszystko to idzie w parze z klimatem amerykańskiego pogranicza i pojedynkami narkotykowych karteli, z których to motywów tak chętnie korzystają do dzisiaj współcześni hollywoodzcy twórcy. Choć tym razem “Kraj” przegrywa ze swoim odwiecznym rywalem, czyli “Aż poleje się krew” (odwrotnie niż na ceremonii oscarowej) to oba te filmy są już żelazną klasyką, z którą musi zapoznać się absolutnie każdy, kto traktuje swoją przygodę z kinem na poważnie. (Maksymilian Majchrzak)

Kadr z filmu “To nie jest kraj dla starych ludzi”

1. Aż poleje się krew (2007) – reżyseria Paul Thomas Anderson 

Paul Thomas Anderson stworzył dzieło totalne, którego potęga przetrwa wszelkie przemijające mody. “Aż poleje się krew” zresztą już teraz jest kinematograficznym klasykiem, od którego można uczyć się prowadzenia historii, budowania skomplikowanych charakterów, ale również umiejętnego zespolenia treści z formą.

Opowieść o wydobywającym ropie Danielu Plainview to nie tylko próba zrekonstruowania narodzin amerykańskiego kapitalizmu, imperialnych zapędów ekonomicznych szaleńców czy studium grabieży darów naszej planety, o czym nikt wcześniej kompletnie nie myślał. Oprócz tych wszystkich istotnych zagadnień niepostrzeżenie przemyka coś znacznie ważniejszego – konflikt na linii rozumu i wiary, cynizmu i religijnego oświecenia, nienawiści i świętoszkowatości. Aktorskie pojedynki Daniela Day-Lewisa i Paula Dano przywodzą na myśl powieści Dostojewskiego czy Manna, w ich rozmowach słychać echo “przeklętych problemów”, o których rzadko w dzisiejszych czasach mówi się z powaga. A tymczasem PTA wnikliwie słucha, jak ścierają się dwie odmienne cywilizacje, jak pędzą przed siebie dwa kompletnie inne systemy aksjologiczne, z Bogiem, czy choćby mimo Boga. Co jednak najważniejsze, reżyser nie ocenia, a jedynie rejestruje, jaki los człowiek może zgotować drugiemu człowiekowi. (Marcin Kempisty)

Kadr z filmu “Aż poleje się krew”

A jak wygląda wasza lista? Jakich filmów brakuje, a które czym prędzej wyrzucilibyście z listy? Czekamy na Wasze zdanie!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.