KulturaMuzykaZestawienia

Czego słuchaliśmy w kwietniu? Muzyczne rekomendacje Filmawki

Redakcja Filmawki

Kwiecień był miesiącem rewelacyjnych muzycznych premier, wobec których nie mogliśmy przejść obojętnie. Stąd wyselekcjonowanie bezwzględnej topki byłoby zadaniem niemożliwym do wykonania. W konsekwencji przedstawiamy zestawienie składające się z osobistych picków naszych redaktorów – w nowej, comiesięcznej formule polecajek pełnych zachwytów, wzruszeń i drobnych refleksji. Zapraszamy Was do lektury i, przede wszystkim, do słuchania!


Labrinth – Ends & Begins | Pop elektroniczny

Okładka płyty Labrinth – Ends & Begins

Ends & Begins to trzeci solowy album Labrintha. W ciągu dekady swojej kariery muzycznej, artysta zdążył wypracować swój unikalny, niepodrabialny styl produkcji i kompozycji, co można usłyszeć w każdym projekcie, nad którym pracuje (oprócz solowych płyt, były to np. ścieżki dźwiękowe Euforii oraz album stworzony w kolaboracji z Sią i Diplo). Dźwięków, wychodzących spod jego ręki nie da się pomylić z twórczością żadnego innego producenta, a jego potężnego, anielskiego głosu – z żadnym innym wokalistą. Tak jest również w przypadku najnowszego wydawnictwa Brytyjczyka, które z pewnością zadowoli fanów jego produkcji. Longplay trwa zaledwie 29 minut, ale mamy tu wszystko, co w Labrincie najlepsze.

Ends & Begins to wyśmienity koktajl wyszukanych elektronicznych dźwięków, epickich, dramatycznych refrenów, autentycznych emocji i tekstów o apokaliptycznej wizji romansu. Do swojego (kończącego się lada moment) świata artysta zaprosił dwie koleżanki z branży – Zendayę i Billie Eilish. Dla takich kolaboracji żyję! Duet z Zendayą (The Feels) otwiera album i natychmiastowo zabiera nas w magiczną podróż, pełną niepohamowanych, wzniosłych uczuć i równie wzniosłych instrumentali. Natomiast utwór z Eilish, Never Felt So Alone, promuje jako singiel wydawnictwo i jest ku temu dobry powód. Kawałek nie tylko doskonale wpasowuje się w nastrój albumu i eksponuje talent obojga artystów, ale jest też najbardziej bliźniaczy wobec soundtracku Euforii. Piosenka stała się hitem i mam nadzieję, że dzięki niej więcej osób sięgnie po całą płytę. Ten album bezpowrotnie uzależnia i na stałe zagościł w moich głośnikach. (Jakub Nowociński)


Magdalena Bay – mini mix vol. 3 | Synthpop/chillwave

Okładka płyty Magdalena Bay – mini mix vol. 3

Najbardziej internetowy popowy duet powrócił z nowym materiałem! Magdalena Bay, po sukcesie debiutanckiego albumu Mercurial World (2021), opublikowali epkę mini mix vol. 3, która, co wskazuje tytuł, kontynuuje ich serię luźniejszych zestawów piosenek. To pewnego rodzaju wprawka przed pełnoprawnym albumem. Jak zresztą sami artyści mówią – tutaj kawałki są nieskrępowane, krótsze i mniej poważne niż to, co zapowiada nadchodząca płyta. Nie oznacza to jednak spadku jakości, choć o czymś takim ciężko w ogóle mówić w przypadku Magdalena Bay. Duet kolejny raz zapodał niewiarygodnie chwytliwy zestaw przebojów, tym razem z wyraźniejszym wpływem chillwave’u.

Wyczilowana aura projektu bije zresztą już od pierwszego numeru – Slug Song. W tym kawałku jeszcze dominują rozmarzone, tropikalne pasaże synthów, ale czają się za nimi klubowe basy, które pierwsze skrzypce grają już na kolejnym EXO. Cudowne jest to, że, w ciągu zaledwie dwóch minut, utwory Magdalena Bay potrafią ujawnić wiele różnych tożsamości. Głównie przez to, że płynnie przechodzą w kolejne kawałki – dzięki temu epka wchodzi w całości bez żadnego problemu i namawia do zapętleń. Zakładając, że mini mix vol. 3 to zestaw kilku luźnych numerów, wizja tego, co czeka nas na pełnoprawnym albumie, jest niezwykle ekscytująca! (Wiktor Małolepszy)


Blondshell – Blondshell | Indie rock

Okładka płyty Blondshell – Blondshell

Choć zazwyczaj obracam się w nieco mocniejszych brzmieniach, nic w zeszłym miesiącu nie trafiło do mniej bardziej niż debiutancki album nowego projektu Sabriny Teitelbaum – Blondshell. Choć artystka nagrała wcześniej już trzy popowe utwory pod szyldem BAUM, tak dopiero w swoim nowym projekcie mogła całkowicie dać upust swym emocjom. Tym samym, raz wykrzykuje je w nieco bardziej rockowych kompozycjach (np. najbardziej promowanym „Salad”, czy „Veronica Mars”), by chwilę później przejść w rytmy spokojniejszych ballad, pokroju „Olympus” czy zamykającego album „Dangerous”.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Planeta skarbów” (2002)

Choć Blondshell nie narzuca sobie sztucznych granic i lawiruje na peryferiach wielu gatunków to jednak dość wyraźnie nawiązuje do klasyków alternatywnego rocka. Na płycie możemy dosłuchać się zarówno riffów inspirowanych Smashing Pumpkins czy Blur, jak i klimatu przywodzącego na myśl (ze względu na barwę głosu wokalistki) PJ Harvey. Do tego wszystkiego Blondshell dodaje jednak od siebie coś autentycznego, przez co album charakteryzuje zaskakująca świeżość i oryginalność. Choć tylko trzy z dziewięciu znajdujących się na albumie utworów nie ujrzały wcześniej światła dziennego jako single, cały album stanowi bardzo zwartą, a jednocześnie dość zróżnicowaną brzmieniowo propozycję, która przypadnie do gustu nie tylko fanom indie rocka. (Bartłomiej Rusek)


Jessie Ware – That! Feels Good! | Pop

Okładka płyty Jessie Ware – That! Feels Good!

Jessie Ware, ze swoim poprzednim albumem, What’s Your Pleasure (2020), doskonale wpasowała się w trwający wówczas trend powrotu do rytmów prosto z parkietu szalonych lat osiemdziesiątych. To, co odróżniło ją od większości artystów, poddających się tej modzie, jest fakt, że nie robiła tego na pół gwizdka – Jessie, inspirując się stylistyką sprzed czterech dekad nie brała jeńców. Brytyjka poszła na całość i stworzyła album, który czerpie z przeszłości, dodał jej świeżości, czego efektem było absolutnie ponadczasowe brzmienie. Artystka zakochała się bezpowrotnie w świecie disco i niecałe trzy lata później powróciła ze swoim kolejnym wydawnictwem.

W nim po raz kolejny udowadnia, że mało kto robi taneczną popową muzykę z taką świadomością i dojrzałością, jak ona. That! Feels Good utwierdza Ware w pozycji współczesnej królowej disco. Nowy album to dziesięć euforycznych, przebojowych piosenek, które sprawiają, że od razu mamy ochotę zanurzyć się w światłach kuli dyskotekowej i oddać pragnieniom nocy. I do tego właśnie zachęca nas w swoich tekstach Ware – po prostu bawmy się, tańczmy, ile sił w płucach i oddajmy się w pełni przyjemnościom życia. Hedoniści, łączmy się! (Jakub Nowociński)


Susanne Sundfør – blómi | Folk/artpop

Okładka płyty Susanne Sundfør – blómi

Nowy album Susanne Sundfør, od momentu premiery singli, był dla mnie jednym z najbardziej oczekiwanych wydawnictw w tym roku. Gdy trzy lata temu wychwalałem jej epkę, zwracałem uwagę na minimalizm projektu, będący wówczas rozwinięciem pomysłów obecnych na poprzednim LP artystki. Blómi to jednak inna para kaloszy. Sundfør porzuca prostotę i sięga po wiele środków wyrazu – raz jest to folk, gdzie indziej ujawniają się jazzowe wpływy, a jeden z utworów – cudowne singlowe leikara ljóð – to przejmujący gospel z ludowym outro. Za tymi wszystkimi chwytami stoi chęć afirmacji świata.

Sundfør nie ukrywa, że wielką inspiracją były dla niej narodziny córki oraz ślub – nawet jeden z teledysków stanowi taśma z wesela! Norweżka zapragnęła stworzyć zestaw piosenek, które będą bezpieczną przystanią w niespokojnej rzeczywistości. Wiele z nich udanie przesyła owe kojące fale – jak przejmująca alyosha, czy proste, urokliwe fare thee well. Prawdopodobnie miałbym tu kandydata do ścisłej topki tegorocznych albumów, gdyby tylko Sundfør nie zdecydowała się powrzucać do tracklisty kilku elektroakustycznych, eksperymentalnych utworów. Ich metaliczny chłód dość mocno rozbija spokojny, melancholijny nastrój większości obecnych tu kompozycji. Ciężko mi zrozumieć taką decyzję artystki – na szczęście ich pominięcie wcale nie zakłóca rytmu blómi. (Wiktor Małolepszy)

Przeczytaj również:  „Kolacja pożegnalna” – pożegnanie pandemii? [RECENZJA]


Rắn Cạp Đuôi – *1 muzyka eksperymentalna / glitch / epic collage

Okładka płyty Rắn Cạp Đuôi – *1

W 2021 roku światło dzienne ujrzał album zatytułowany Ngủ Ngày Ngay Ngày Tận Thế (dosłownie: przesypianie dnia sądu ostatecznego). Glitchowo-ambientowa mikstura pozornie przypadkowych dźwięków i niezliczonych sampli, pozwoliła wietnamskiemu kolektywowi Rắn Cạp Đuôi przebić się do szerszej publiki, zbierając przy tym wiele pozytywnych recenzji od portali muzycznych na czele z Pitchforkiem. W kwietniu, pod postacią swojego najnowszego wydawnictwa zatytułowanego *1, grupa dostarczyła nam odpowiedź na to, co dzieje się po wspomnianym przespaniu sądu ostatecznego.

Gdy zagłębimy się w ten zaledwie 30 minutowy twór, jasne zdaje się, że apokalipsa dobiegła już końca. Teraz pozostała nam jedynie eksploracja całkowicie odmienionego świata. Świata, w którym z jednej strony do naszych uszu docierają anielskie chóralne śpiewy połączone ze śpiewem ptaków, a z drugiej czai się chaos i wodospady post-clubowych dźwięków. Ten wszechobecny chaos perfekcyjnie przeplata się ze spokojniejszymi elementami, tworząc spójną i nieustannie ewoluującą futurystyczną mieszaninę. *1 to unikalne, ponadgatunkowe doświadczenie skłaniające do rozważań, czy w dniu apokalipsy dobrym pomysłem nie będzie pójście spać tylko po to, by obudzić się w fantazji wyśnionej przez Rắn Cạp Đuôi. (Mateusz Pastor)


Dinamarca – Soñao | muzyka elektroniczna / alternatywne R&B

Okładka płyty Dinamarca – Soñao

Wyobraźcie sobie ten etap imprezy, gdy większość obecnych jest w trakcie przeprowadzania najgłębszej rozmowy ich życia w kuchni lub na balkonie. Na parkiecie pozostała jeszcze jedna osoba, w której tli się resztka tanecznej energii. W tle powoli wschodzi już słońce. Dinamarca za zadanie obrał sobie stworzenie soundtracku do takich chwil. Chilijsko-szwedzki artysta na swoim najnowszym albumie łączy obecne na jego poprzednich wydawnictwach ciężkie od perkusji latynoskie klubowe rytmy z delikatnymi synthpopowymi melodiami ociekającymi reverbem. Soñao, co samo w sobie oznacza “wyśnione”, zawiera w sobie niezliczone pokłady sennej energii, która w odpowiednich momentach nabiera tempa, delikatnie budząc słuchacza, by przypomnieć o swojej taneczności. Mocną stroną albumu są również featuringi. Znalazło się tu miejsce dla reprezentującego nurt neoperreo meksykańskiego trio Meth Math, a także dla Ralphie Choo i AMORE – przedstawicieli prężnie rozwijającej się sceny madryckich bedroom popowych eksperymentów. (Mateusz Pastor)


MC Yallah – Yallah Beibe | rap

Okładka płyty MC Yallah – Yallah Beibe

O MC Yallah powiedzieć można wiele. Weteranka wschodnioafrykańskiego hiphopowego podziemia, jedna z pierwszych członkiń ugandyjskiego kolektywu Nyege Nyege i zagorzała kibicka FC Barcelony. W czasie, gdy coraz więcej raperów z ponad dwudziestoletnim stażem przechodzi już na muzyczną emeryturę, ona z każdym rokiem zdaje się wkraczać na coraz wyższe stany kreatywności. Na Yallah Beibe operuje ona czterema językami: angielskim, suahili, luganda i luo. Jak sama przyznała, to, w jakim języku rapuje na danym numerze, zależy w zupełności od bitu. I to właśnie bitami stoi ten album.

Artystce udało się zgromadzić trio producenckich legend skupionych wokół jej labelu. Chrisman, Scotch Rolex i Debmaster dostarczyli 12 eksperymentalnych, ciężkich od basu instrumentali, które aż proszą się o umieszczenie ich w kompilacji z gatunku “Mega muza do auta 2023”. Yallah rozumie się z nimi bezbłędnie. Jej wyjątkowe flow od pierwszych sekund pędzi swobodnie do przodu, nie pozostawiając przy tym miejsca na błędny krok. W tej rapgrze nie ma takiej drugiej jak ona. (Mateusz Pastor)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.