FilmyZestawienia

10 najlepszych filmów ze studia A24. Ranking Filmawki

Redakcja Filmawki
fot. Jakub Kozłowski / Kolaż zdjęć stworzony z materiałów prasowych

Studio A24, zajmujące się produkcją oraz dystrybucją filmową, rozpoczęło swoją działalność w 2012 roku tytułem Portret umysłu Charlesa Swana III. Zaledwie kilka lat wystarczyło, aby stało się prawdziwym fenomenem naszych czasów – szturmem zdobyło przemysł filmowy i zaskarbiło sobie rzeszę fanów, dla których zobaczona w zwiastunie nazwa „A24” stała się gwarancją najwyższej jakości.

Na temat tego, w jaki sposób studio osiągnęło ogromny sukces można pisać prace naukowe. Pisaliśmy już felieton na temat jego mistrzowskiego marketingu. Kinofile uwielbiają A24 między innymi za ich inwestycję w kino arthouse’owe – firma wspiera przede wszystkim produkcje niezależne, a obserwując jej działania na przestrzeni lat nie da się nie odnieść wrażenia, że tworzona jest z miłością do rzemiosła filmowego. Założycielami studia są Daniel Katz, David Fenkel oraz John Hodges. Stopniowo zdobywali fundusze, dzięki którym dość wcześnie mogli pozwolić sobie na współpracę ze znanymi i cenionymi w branży nazwiskami. Ich drugim filmem było Spring Breakers, wyreżyserowane przez Harmony’ego Korine’a, gdzie w główne role wcielili się m.in. James Franco czy Selena Gomez. Film wywołał kontrowersje i odniósł umiarkowany sukces, jednak, co ważniejsze, utorował kierunek działalności A24. Wykreował wizerunek studia, które nie bierze jeńców i nie boi się iść pod prąd.

Zaledwie kilka miesięcy później spod skrzydeł firmy wyszedł piąty film Sofii Coppoli – The Bling Ring. Dystrybuowane przez nich tytuły z roku na rok stawały się coraz ciekawsze i odnosiły coraz większe sukcesy. Ex Machina z 2015 roku zdobyła nagrodę amerykańskiej Akademii za najlepsze efekty specjalne oraz nominacje do innych ważnych nagród rynku filmowego. W tym samym roku światem wstrząsnął Pokój, a za pierwszoplanową rolę w filmie Brie Larson otrzymała Oscara, Złotego Globa oraz nagrodę BAFTA. Z kolei The Lobster stał się nie tylko klasykiem XXI wieku, ale też tytułem przełomowym w karierze Yorgosa Lanthimosa, obecnie zaliczanego do ścisłej czołówki światowych reżyserów. Zaś Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii z 2016 roku to pełnometrażowy debiut reżyserski Roberta Eggersa, który wraz z Dziedzictwem. Hereditary Ariego Astera z 2018 (również produkcja A24) uważany jest za jedno z ważniejszych dzieł tzw. „nowej fali horroru”. Dlatego też to samo studio kojarzone jest z rozkwitem tego nurtu. Wszystkie te dokonania mówią jasno – ci ludzie mają nosa do tego, czym się zajmują. Możemy jedynie zastanawiać się, co jest kluczem ich sukcesu – wiedza, doświadczenie czy po prostu świetna intuicja?

Kolejnym kamieniem milowym dla studia była wygrana Moonlight w kategorii „Najlepszy film” podczas Oscarów w 2017. Aktualnie A24 jest gigantem rynku, a co roku dostajemy od nich co najmniej kilka głośnych, świetnych tytułów. Pozostaje tylko obserwować dalszy rozwój firmy oraz liczyć, że dalej będzie stawiała przede wszystkim na jakość.

W naszej redakcji mamy wielu fanów A24. Wspólnymi siłami stworzyliśmy więc ranking dziesięciu najlepszych filmów sygnowanych pieczęcią studia – niektóre z nich zostały przez nich wyprodukowane, a inne jedynie dystrybuowane w USA, jednak w  zbiorowej świadomości kinomanów zapisały się trwale jako produkt A24 (choćby w formie gwarancji jakości, o której pisałem w pierwszym akapicie).

Przed wami zestawienie top 10 filmów od studia A24.


10. Moonlight (2016), reż. Barry Jenkins

fot. „Moonlight” / mat. prasowe Solopan

Uważam Moonlight Barry’ego Jenkinsa za jeden z najpiękniejszych filmów, jakie widziałem. Śledzi on historię młodego, czarnego chłopca, który wychowuje się w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic Miami. Ponosi on surowe konsekwencje tego, gdzie się urodził – na tych ulicach nie jest łatwo przetrwać. Brak figury ojca, przemocowa i uzależniona od narkotyków matka, opresja systemowa, skutki rasizmu, ubóstwo oraz homofobia – to wszystko realia świata, w którym główny bohater będzie musiał dorosnąć oraz odkryć siebie. Realia, których nie wybrał, lecz które odbiją na nim nieodwracalne piętno.

Historia podzielona jest na trzy części. Śledzimy głównego bohatera na różnych etapach życia, a w każdym przyjmuje inne imię. Little to dziecko, dręczone przez rówieśników i przerażone wszechotaczającą go brutalnością. Chiron jest nastolatkiem, odkrywającym swoją seksualność. Jego okres dojrzewania dodatkowo utrudnia nieprzyjazne otoczenie. Black to już dorosły mężczyzna – umięśniony dealer, który w akcie samoobrony przywdział taką maskę, jaka była mu najbardziej znana. Bohater zmienia się niemal nie do poznania. Jedynie smutek w jego oczach pozostaje ten sam.

Moonlight jest filmem, który na każdym etapie łamie widzowi serce. Każdy z trzech aktorów, wcielających się w protagonistę, sprawdza się w swojej roli fenomenalnie – przesiąkamy emocjami, które malują się na ich twarzach. Czujemy z nimi każdą falę bezsilności, krople krwi spływające po czole, światło księżyca malujące ich skórę na niebiesko. To dzieło niezwykle immersyjne; majstersztyk formalny, który za pomocą wyrafinowanych, subtelnych środków wyrazu opowiada historię intymną i boleśnie autentyczną. Jeden z tych filmów, które chciałbyś wymazać z pamięci, by móc ponownie obejrzeć go po raz pierwszy.

Jakub Nowociński

9. Marcel Muszelka w różowych bucikach (2021), reż. Dean Fleisher-Camp

„Marcel Muszelka w różowych bucikach” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Niezwykle trudno jest zrobić film o rozstaniu, kiedy kręci się go ze swoją ekspartnerką. Dla Fleischer-Campa i Slate nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Marcel Muszelka w różowych bucikach to ich bardzo czułe pożegnanie z niemal dziesięcioletnim projektem krótkich klipów i książeczek dla dzieci z Marcelem Muszelką w roli głównej. A przy okazji, pożegnanie ze sobą nawzajem.

Marcel to najmniejszy gość w sąsiedztwie. Mieszka w wynajmowanym Airbnb domu, jest niezwykle rezolutny i rozczula absolutnie każdego, kogo zaszczyci rozmową. A do tego jest jednym z ostatnich przedstawicieli swojego muszelkowego klanu. Wszyscy jego krewni pewnego dnia tajemniczo zniknęli; został tylko on i starzejąca się babcia. Marcel musi radzić sobie z przygniatającą samotnością, szukając pocieszenia wśród przypadkowych ludzi, którzy zawitają do jego domu. 

Marcel Muszelka w różowych bucikach to dojrzała i delikatnie gorzka przypowieść o radzeniu sobie ze stratą. Nie jest jednak tym, czego oczekuje się, idąc na film reklamowany postacią przeuroczej muszelki. Natomiast jest dokładnie tym, czego od takiego filmu potrzeba. To kino prawdziwie uniwersalne, którym cieszyć może się każdy, niezależnie od wieku czy oczekiwań. Nie wpada w pułapkę miałkości i nijakości – dwóch przymiotników, które bardzo często opisują filmy, które aspirują, żeby być dla wszystkich, a ostatecznie okazuje się, że są dla nikogo.

Najcenniejszych życiowych lekcji można bowiem nauczyć się od młodej, naiwnej muszelki. Na szczęście Dean Fleischer-Camp nie robi ze swojego bohatera nieznośnego Puer Senexa, który ma być wyświechtanym komentarzem na temat mądrości, płynącej ze szlachetnej niewinności. Zamiast tego, mamy szansę obserwować, jak, zarówno Marcel i reżyser, powoli uczy się przeżywać żałobę, radzić sobie z nieubłaganym starzeniem się i przemijaniem najbliższych, a także na nowo odnajdują radość w otaczającym ich świecie. Choć może brzmieć to trochę banalnie, film emanuje niesamowitym ciepłem, które sprawia, że niemożliwym jest go nie pokochać. A po seansie, pełnym głośnego śmiechu i mnóstwu wylanych łez, wystarczy jedynie pamiętać: wszystko się zmieni. I jest to w porządku.

Łukasz Al-Darawsheh

8. Nieoszlifowane diamenty (2019), reż. Benny Safdie, Josh Safdie

Przeczytaj również:  Satyajit Ray – jak czytać kino bengalskiego mistrza [ZESTAWIENIE]
„Nieoszlifowane diamenty” / mat. prasowe Netflix

Po latach od seansu wciąż jestem w stanie przypomnieć sobie, z jaką intensywnością biło mi na Nieoszlifowanych diamentach serce. Film braci Safdie to nieustanna pogoń i ucieczka; narastające konsekwencje wyścigu na oślep, którego stawką są pieniądze, coś na kształt miłości i satysfakcja hazardzisty.

W centrum tego chaosu dumnie stoi jego największa gwiazda, której nie sposób nie chwalić, choćby wspominając tytuł. Adam Sandler został przez wielu zaszufladkowany jako wyznacznik komedii niskich lotów i miernego aktorstwa. Tu jednak wznosi się na branżowe wyżyny i odkupuje swe winy; to, z jakim oddaniem i autentycznością wciela się on w rolę chciwego, cholerycznego, nowojorskiego jubilera sprawia, że ciężko wyobrazić sobie na jego miejscu kogokolwiek innego.

Niewiele jest w historii kina tytułów, które z taką skutecznością, trzymałyby widza w nieustającym napięciu. Nieoszlifowane diamenty to seans, którego odbiór nie ogranicza się jedynie do zmysłu wzroku i słuchu, stres udziela się poprzez niego w całym ciele. Z pewnością wrócę jeszcze do dzieła braci Safdie i prawdopodobnie powinienem to zrobić prędzej niż później. W końcu robię się coraz starszy – serducho może nie wytrzymać.

Rafał Skwarek


7. Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015), reż. Robert Eggers

„Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii” / mat. prasowe Prime Video

Pamiętacie te czasy, gdy Anya Taylor-Joy nie była jeszcze jedną z największych gwiazd na planecie i ulubienicą kinomanów? Ja tak, bowiem tę uzdolnioną aktorkę miałem okazję pierwszy raz zobaczyć w niezbyt znanym wówczas horrorze Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii, który niedługo później wywrócił świat do góry nogami.

Pełnometrażowy debiut Roberta Eggersa opowiada o małej, purytańskiej rodzinie, próbującej ułożyć sobie życie w Nowym Kraju. Konsekwentne życie w imię zasad Pisma Świętego nie jest jednak łatwe, zwłaszcza gdy w lesie nieopodal zdaje się grasować wiedźma. Pobożni mieszkańcy pod wpływem niezrozumiałych dla nich sił zaczynają zatracać łączące ich więzi, a każdy z członków rodziny zbliża się w stronę piekielnego zatracenia. Czarownica… to historia z ogromnym bagażem historycznego researchu, które daje o sobie znać w boleśnym naturaliźmie świata, wykreowanego przez reżysera.

W małym piekle Nowej Anglii zakwestionowane zostaną podstawowe wartości rodzinne, seksualność, podział władzy w domostwie oraz wiara rodziny. Niemożliwym przecież jest, żeby konserwatywne i ascetyczne wręcz życie niosło za sobą jakiekolwiek negatywne skutki. Tak, jak protagoniści, sami zatracimy poczucie tego, kto jest odpowiedzialny za cały ten horror. Czy to sam Szatan wodzi na pokuszenie owieczki jedynego pasterza, czy to właśnie pokorni słudzy pańscy zasłużyli sobie na wizytę z najgłębszego kręgu piekieł? To właśnie po takich filmach jak Czarownica… zaczęło się mówić o nowej fali horroru i choć do samego określenia mam szereg uwag, słusznie wzmożone zainteresowanie moim ukochanym gatunkiem cieszy przeogromnie.

Norbert Kaczała

6. Wszystko wszędzie naraz (2022), reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert

„Wszystko wszędzie naraz” / mat. prasowe Best Films

Zawsze odruchowo wywracam oczami, kiedy czytam, że jakiś film jest „listem miłosnym do kina. Jednak w przypadku Wszystko wszędzie naraz taki opis jest nieunikniony. Nie mowa tutaj o zwyczajnej miłości do piątej muzy i fascynacji dziełem filmowym (ostatecznie, większość filmów z tej miłości wychodzi), ale o absolutnym uwielbieniu kina we wszystkich jego kształtach oraz celebracji każdej z jego możliwości.

Powierzchownie wita nas swoista papka, za dużo wszystkiego, wszędzie i w tym samym momencie; to filmowy odpowiednik absolutnego przebodźcowania podczas doomscrollowania TikToka w środku nocy. Nikt wcześniej nie odnosił się jednocześnie do dzieł Wong Kar-Waia, hongkońskiego Wuxia, Ratatuj i B-klasowców, całość doprawiając zoomerskim humorem i żenującymi, niemal gimnazjalnymi podtekstami seksualnymi. Ten rodzaj szaleńczego rozbicia uwagi to nieodzowny fragment filmowego DNA, a także coś, co w bardzo łatwy sposób może go obrzydzić. Na szczęście w tym obłędzie nie ma metody, a radość z obłąkańczego skakania między płaszczyznami i wymiarami narracji sprawia, że film, który teoretycznie nie miał prawa wyjść, spotkał się z ogromnym sukcesem. 

Cóż, być może w tym szaleństwie jest jednak metoda – zaczyna ona powoli wyłaniać się z cienia w drugiej połowie filmu. Bo chociaż na seans Wszystko wszędzie naraz przychodzi się dla fajerwerków, to zostaje się dla kameralnej, pięknej w swojej prostocie rodzinnej dramy o dorastaniu do czułości, trudnych rodzinnych relacjach i rozdrobnionych, patchworkowych tożsamościach, tak charakterystycznych dla społeczności migranckich.  Ostatecznie ta jukstapozycja absolutnie szalonej i rozrośniętej niczym popkulturowy nowotwór formy z cichą i prostą treścią jest chyba największym osiągnięciem filmu. 

Nie byłbym też sobą, gdybym nie dodał, że strasznie podoba mi się wplecenie „nie-białej” narracji w ten szerszy trend milennialskich marzeń o uzdrowieniu rodzinnych relacji i oddanie głosu tym, którzy wcześniej w kinie zachodnim nie mieli za dużo do powiedzenia. Dodatkowo, niemal nigdy wcześniej w kinie głównego nurtu nie mieliśmy tak cudownie sportretowanego języków i mieszania kodów językowych.

Łukasz Al-Darawsheh

5. Projekt Floryda (2017), reż. Sean Baker

„Projekt Floryda” / mat. prasowe M2 Films

Imigranci, pracownicy seksualni i ludzie z marginesu są stałymi bohaterami filmów Seana Bakera. Dystrybuowany przez A24 The Florida Project pozostaje jego najpopularniejszym osiągnięciem. Tytuł odnosi się do koncepcji utopijnego miasta, autorstwa samego Walta Disneya. Niestety jedyną częścią, którą udało się zrealizować był słynny park rozrywki. To właśnie w jego okolicy sześcioletnia Moonee żyje wraz ze swoją mamą Halley, która niedawno straciła pracę. Mieszkają w tanim motelu, zarządzanym przez pomocnego Bobby’ego (w tej roli Willem Dafoe).

Geograficzne zestawienie ubogich przedmieść i bajkowego Disneylandu staje się tematem całego filmu. Gdzieś na peryferiach amerykańskich marzeń rezolutna dziewczynka spędza wakacje swojego życia, bawiąc się z przyjaciółmi i eksplorując okolice hoteli przygotowanych dla turystów. Szerokie kadry Bakera eksponują tę rzeczywistość złożoną z kolorowych lodziarni i porzuconych zajazdów. Dopiero w tle tych snujących się letnich obrazów dostrzegamy kłopoty Halley, sprzedającej perfumy na parkingach. Mimo wsparcia innych mieszkańców, samotnej matce niełatwo utrzymać się w systemie, który zainteresowany jest bardziej karaniem niż pomocą. Dziecięca perspektywa przekształca jednak wszystkie problemy w małą epifanię cudów. Rzeczywistość tej słodkogorzkiej opowieści jest jak ulubione drzewo Moonee: „przewrócone, lecz wciąż rośnie”.

Przeczytaj również:  TOP 10 najbardziej oczekiwanych filmów na Timeless Film Festival Warsaw 2024 [ZESTAWIENIE]
Arkadiusz Koziorowski

4. Dziedzictwo. Hereditary (2018), reż. Ari Aster

„Dziedzictwo. Hereditary” / mat. prasowe Monolith Films

Jedną z najprzyjemniejszych w odbiorze grup filmów są bez wątpienia te, które można oglądać wielokrotnie. Nie mówię jednak o ulubionych kultowcach, które możecie recytować już z pamięci, a i tak bezustannie Was zachwycają. Chodzi tu o filmy, które z każdym kolejnym seansem odsłaniają przed widzem coś innego. Detale i wątki, których nie dostrzegł przy pierwszym seansie – nieświadomy tego, co nadchodzi.

Moim absolutnym faworytem z tej dziedziny jest Hereditary. Dziedzictwo Ariego Astera, które obejrzałem już wzdłuż i wszerz, pisząc o nim pracę magisterską, a jednak nadal pozwala mi odkrywać się na nowo. Z pozoru, jest to historia jakich wiele. Gdy nestorka rodu Grahamów umiera, w rodzinie zaczynają dziać się niewyjaśnione rzeczy. Pozornie przypadkowe spotkania czy incydenty zaczynają układać się w niepokojącą całość, która może być wynikiem zarówno silnej traumy, jak i działania nieczystych sił.

Oglądanie Hereditary to każdorazowo doświadczenie unikatowe, gdyż zauważone na drugim czy trzecim planie detale znacząco zmieniają wydźwięk konkretnych scen. Może to jednak paranoja? A może w domu naprawdę ktoś jest? To nie może być przypadek. A co jeśli jednak jest? Aster dopracował swój film w każdym aspekcie. Każdy członek obsady odgrywa swoją rolę całym sobą, a pominięcie Toni Collette w najważniejszych nagrodach branżowych uważam za jeden z największych absurdów w historii kina. Operatorka to istne mistrzostwo, a połączona ze świetną muzyką buduje namacalnie wręcz gęstą atmosferę. To wyznacznik standardu nie tylko dla współczesnych horrorów, ale i autorskiego kina w ogóle. Hail Paimon! Hail Aster!

Norbert Kaczała

3. Lighthouse (2019), reż. Robert Eggers

fot. „Lighthouse”
„Lighthouse” / mat. prasowe Prime Video

Jednym z najbardziej hipnotyzujących filmów naszego zestawienia niewątpliwie jest The Lighthouse w reżyserii Roberta Eggersa. Scenariusz do filmu reprezentant nowej fali horroru stworzył wraz ze swoim bratem Maxem. Historia strażników latarni morskiej (w tych rolach fantastyczni Robert Pattinson oraz Willem Dafoe) została ujęta w sposób, który oddziałuje na wszystkie zmysły.

Lighthouse odczuwa się bardziej dzięki temu, że film jest czarno-biały. Robert Eggers w swoim kinie grozy słynie ze sztuczek, za pomocą których bawi się z wyobraźnią widza. Pośrednio definiuje ono lęki, starając się nadawać im konkretne kształty i dźwięki. Największą zaletą horroru (oczywiście poza Pattinsonem) są właśnie te podchody pomiędzy reżyserem, bohaterami a odbiorcami. W filmie niepokój i tajemnica wirują gdzieś wokół latarni morskiej, próbują wydostać się z wody, czają się w oczach strażników. Źródeł obłędu jest wiele, a dzięki niezwykłej dynamice dzieła pod koniec seansu można się zastanawiać, czy nie wychodzi on z nas samych.

Anna Czerwińska

2. Midsommar. W biały dzień (2019), reż. Ari Aster

„Midsommar. W biały dzień” / mat. prasowe Gutek Film

Midsommar. W biały dzień Ariego Astera jest horrorem psychologicznym, który dekonstruując kino grozy reprezentuje nową falę horroru. Jest to przede wszystkim opowieść o stanach emocjonalnych, przeżywanych przez jego główną bohaterkę, czyli Dani (w tej roli niesamowita Florence Pugh). Mierzy się ona z żałobą po stracie najbliższych. Dusi się w toksycznym związku, choć nie do końca jest tego świadoma. Pewnych wakacji wyjeżdża ze swoim chłopakiem do małej, szwedzkiej wsi pośrodku niczego, gdzie wkrótce rozpoczyna się terror – terror nie tylko faktyczny; wszystko, czego tam doświadczą, będzie symbolicznym wstępem do rozliczenia się z jej traumami.

Mieszkańcy wioski obchodzą midsommar, czyli pogańskie święto przesilenia letniego. Szybko okazuje się, że ich obrzędy nie ograniczają się do tradycyjnych śpiewów i tańców – potrzebne będą ofiary z ludzkiej krwi. Gdyby był to tradycyjny horror, po takim opisie prawdopodobnie spodziewalibyśmy się slashera, w którym ofiary kolejno wyłapywane są przez przerażającego mordercę. Midsommar jednak unika łatwych rozwiązań. Aster ma do opowiedzenia zupełnie inną historię, co robi za pomocą nieoczywistych środków.

W jednej ze scen w pierwszej połowie filmu Dani bierze LSD. Doświadcza bad tripa, który dla niej kończy się w następnej scenie, ale widz trzymany jest w tym halucynacyjnym transie do końca filmu. Niepokój, którego doświadcza bohaterka, jest wszechogarniający i przytłaczający; mroczny, chociaż akcja rozgrywa się w środku słonecznego dnia, a wiele z najstraszniejszych scen wydarza się poza kadrem. Przerażający, pełny bólu krzyk protagonistki w jednej ze scen wrył się w moją głowę i został ze mną jeszcze na długo po wyjściu z sali kinowej.

Warto docenić również fenomenalne zdjęcia Pawła Pogorzelskiego, stałego współpracownika Ariego Astera. Każdy z jego kadrów to małe dzieło sztuki. Jeśli Midsommar nie jest jeszcze uznawany za film kultowy, to z całą pewnością niedługo się nim stanie.

Jakub Nowociński

1. Aftersun (2022), reż. Charlotte Wells

fot. „Aftersun”
„Aftersun” / mat. prasowe M2 Films

Wieczór karaoke. Zapach sklepu z dywanami. Żenujący żart ojca. Zwykle tyle pamiętamy z wakacji w dzieciństwie. W swoim pełnometrażowym debiucie Charlotte Wells postanowiła zebrać strzępki ze swojej przeszłości, układając z nich nową konstelację.

Aftersun stanowi rekonstrukcję wspomnień nie tylko jeśli chodzi o proces twórczy, ale i aspekt fabularny. Bowiem Frankie, już jako dorosła kobieta, próbuje zrozumieć ojca i pogodzić się z jego nieobecnością poprzez odtwarzanie ostatnich wspólnych wakacji. To powolne nadawanie sensów mikrosytuacjom, sprawdzanie adekwatności swoich dziecięcych odczuć, a także próba godzenia się z tym, co ukształtowało ją jako jednostkę.

Film nie skupia się wyłącznie na perspektywie dziewczynki i młodej kobiety, ale również młodego ojca (nominowany za tę rolę do Oscara Paul Mescal). Wyjazd jest dla niego czasem rozliczania się z przeszłością i okazją do refleksji, czy spełnia się w roli rodzica. Jednocześnie chce, żeby Frankie spędziła wspaniałe wakacje, dlatego codziennie przezwycięża wszechogarniającą depresję, organizując wycieczki i próbując rozśmieszyć ją w każdy możliwy sposób. Obraz Wells wywołuje więc wiele skrajnych emocji. A po jego seansie numer Under Pressure już nigdy nie zabrzmi tak samo.

Joanna Stachnik

Obecnie logo „A24” możecie zobaczyć w kinach przed seansem najnowszego horroru Mów do mnie, którego recenzję możecie przeczytać tutaj. 1 września do kin wejdzie Medusa Deluxe, która swoją polską premierę miała podczas tegorocznego Octopus Film Festival, natomiast 15 października na polskich ekranach pojawi się melodramat Poprzednie życie.


Korekta: Jakub Nowociński, Łukasz Al-Darawsheh

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.