KulturaMuzykaZestawienia

Najlepsze albumy Davida Bowiego [RANKING]

Redakcja Filmawki
grafika: Artur Grigoryan

Styczeń to miesiąc Davida Bowiego. W tym czasie obchodzimy jego urodziny, rocznicę śmierci oraz rocznicę wydania ostatniego, monumentalnego albumu – Blackstar. Z tej okazji Redakcja Filmawki przygotowała ranking najlepszych albumów muzyka, który swoją postawą, kreatywnością, osobowością i filozofią stworzył obraz artysty totalnego. Zapraszamy Was do autorskiego zestawienia, w którym przypominamy najważniejsze albumy, analizujemy procesy ich powstawania oraz komentujemy ich znaczenie w kontekście całej dyskografii.

Davidzie, odnalazłeś życie na Marsie?


10. Earthling (1997)

david bowie earthling
Okładka albumu “Earthling”

Tak zwany „późny Bowie” bywa czasami mocno pomijany przez odbiorców. Być może jest to spowodowane zakrętem artysty w stronę nieco mniej przystępnej elektroniki, jak w przypadku Earthling. Wydany 3 lutego 1997 roku album powstał we współpracy z Markiem Platim oraz Reevesem Gabrelsem, z którym Bowie zapoznał się pod koniec lat 80. i stworzył poboczny, rockowy projekt – Tin Machine. Earthling kontynuował i rozwijał kierunek obrany przy okazji poprzedniego Outside, zmierzając ku elektronice lat 90.  Album powstał w dwa i pół tygodnia. Jak mówił sam Bowie, wydawnictwo zrodziło się bardzo spontanicznie. 

Dużo na tej płycie inspiracji industrialem, drum and bassem czy jungle. Pełen eksperymentów z zapętlaniem, samplowaniem czy gitarowych przesterów, „łamiących” utwór. Wybijające się na pierwszy plan, szalone perkusje z Little Wonder oraz Telling Lies, IDM-owe Dead Man Walking czy wreszcie chyba największy hit, I’m Afraid of Americans, napisany z Brianem Eno. Śmiało można tu mówić o niedocenieniu, zwłaszcza w latach 90. Ostatni z utworów doczekał się z resztą serii remiksów autorstwa Nine Inch Nails (Trent Reznor wystąpił w teledysku do kawałka), z gościnnym udziałem Ice Cube’a w jednym z nich oraz remiksu Photeka. (Daniel Łojko)


9. David Bowie (aka Space Oddity) (1969)

david bowie space oddity
Okładka albumu “David Bowie (aka Space Oddity)”

David Bowie (aka Space Oddity) to drugi album Davida Bowiego, który ukazał się w 1969 roku. Liczący sobie wówczas 22 lata artysta wydał ten krążek w jednym z mroczniejszych okresów swojego życia. W trakcie nagrywania płyty zmarł bowiem ojciec muzyka. Teksty piosenek stanowią więc odzwierciedlenie emocjonalnych zmagań Davida z tamtego okresu. David Bowie (aka Space Oddity) otrzymało bardzo mieszane recenzje od krytyków. Celem rozpowszechnienia postaci Bowiego w oczach szerszej publiki powstał krótki film Love You till Tuesday.

Album otwiera kultowy utwór Space Oddity. Wielu miłośników Davida Bowiego odczytuje postać Majora Toma jako jego alias. Bezsprzecznie wyraźne są inspiracje filmem Stanley’a Kubricka 2001: Odyseja kosmiczna, co zaznaczał sam artysta. Tak, jak na nim ogromny wpływ wywarł film Kubricka, tak na mnie piętno odcisnęło pierwsze usłyszenie Space Oddity. Na zawsze zdefiniowało moją percepcję Davida Bowiego.

Chociaż w świetle całej dyskografii muzyka ja też mam niejednoznaczne odczucia względem omawianej płyty, paradoksalnie jest ona jedną z moich ulubionych. Przy mojej wieloletniej i od zawsze głębokiej sympatii do artysty trudno mi nie docenić tego niedoskonałego brzmienia. Gdzieś w tej mieszance folk rocka i psychodelii wybrzmiewa zagubienie młodego Davida, jego próby zorientowania się, w jakich klimatach czuje się najlepiej i w jakim kierunku będzie później podążał. (Anna Czerwińska)


8. Diamond Dogs (1974)

david bowie diamond dogs
Okładka albumu “Diamond Dogs”

Ziggy Stardust nie żyje. Bowie go uśmiercił i zakończył współpracę z Pająkami z Marsa. W powietrzu unoszą się opary zbliżającego się flirtu z soulem oraz nowofalowej Trylogii Berlińskiej. Muzyk szuka nowych inspiracji, stoi w artystycznym rozkroku. Pierwowzór albumu miał być muzyczną interpretacją 1984 Orwella, a naleciałości tego pomysłu słyszymy już w pierwszej piosence – mówionym utworze o apokalipsie, doświadczanej przez mieszkańców Miasta Głodu. Prolog zaprasza nas do dystopijnego uniwersum, w której ludzkość doprowadziła do całkowitej degrengolady. Diamentowe psy to anarchistyczne punki, które niosą ze sobą chaos wszędzie, gdzie się pojawią. Bowie znów przywdziewa postać, tym razem Halloween Jacka, a muzycznie nie odchodzi daleko od swoich kilku poprzednich wydawnictw. 

Jack zaprasza nas na spacer ulicami miejskiego nokturnu, a Bowie w wielkim stylu żegna się z ukochanym przez siebie glam rockiem. Diamond Dogs jest zróżnicowany stylistycznie, proponując zarówno nieskomplikowane i chwytliwe rockowe numery, wzniosłe ballady, jak i prawdziwą awangardę. Mnogość dźwięków, zniekształcone wokale i aranżacyjny rozmach nowej ekipy sprawiły, że produkcja stała się znacznie bogatsza niż na dwóch ostatnich płytach artysty. Od zawsze moimi ulubionymi utworami z płyty były te o Winstonie i Julii z powieści Orwella – ich relacji w świecie, który ulega rozpadowi (Rock ‘n’ Roll with Me, We Are the Dead). Cała ta beznadziejność i zagłada mogłyby być przytłaczające, gdyby nie niesłabnąca żywiołowość Davida. W połowie albumu łapiemy oddech dzięki hitowi Rebel Rebel, a w ostatniej piosence albumu, Chant of the Ever Circling Skeletal Family, bierzemy udział w pełnym cynizmu danse macabre. (Jakub Nowociński)


7. Hunky Dory (1971)

david bowie hunky dory
Okładka albumu “Hunky Dory”

Wszystko w porządku. Klawo. Fajnie. Właśnie to w angielskim slangu oznacza tytuł czwartej płyty Bowiego – Hunky Dory. Pasuje do muzycznej warstwy wydawnictwa, utrzymanej w lekkich tonach. Na nowych utworach królują klawisze, gitara akustyczna i pianino. Muzyk odstawia na bok cięższe brzmienia, co nie powinno dziwić. W końcu już w pierwszej piosence zapowiada słuchaczowi “ch-ch-changes”. 

Duża część albumu napisana jest w hołdzie innym artystom. Na Song for Bob Dylan muzyk imituje głos króla folk rocka, a Queen Bitch jest brzmieniowym pokłonem dla zespołu The Velvet Underground. Żartobliwą szantę Andy Warhol Bowie osobiście przedstawił ikonie pop-artu, jednak według samego twórcy artysta poczuł się na tyle obrażony, że… opuścił spotkanie. Moją ulubioną piosenką nie tylko z tego albumu, lecz w całej dyskografii Davida, pozostanie już chyba na zawsze epickie Life on Mars?. To serce płyty i jedna z najważniejszych piosenek w karierze muzyka. Bowie zawsze lubił opisywać swoje emocje za pomocą opowieści i fikcyjnych muzycznych światów. Tym razem zaprezentował historię dziewczynki, która wbrew zakazowi rodziców wybiera się do kina. Na ekranie szuka ucieczki od rzeczywistości, jednak odnajduje nużącą parodię swojej beznadziejnej egzystencji. Artysta zostawia nas z pytaniem: czy sztuka może być przedmiotem eskapizmu, skoro jest imitacją tego, co realne? Jest w jego wokalach coś poruszającego, czemu za każdym razem udaje się zeszklić moje oczy. (Jakub Nowociński)


6. Low (1977)

david bowie low
Okładka albumu “Low”

Low, album otwierający Trylogię Berlińską, nie tylko rozpoczyna nowy rozdział w twórczości Bowiego, ale także reprezentuje trudną drogę wyjścia z uzależnienia. Punktem zwrotnym w życiu muzyka okazał się czas nagrywek do albumu Station to Station (1976), gdzie, jak sam przyznał, niewiele z tego okresu pamięta. Strach przed śmiercią sprowokował decyzję o porzuceniu narkotykowej kultury Los Angeles i osadzeniu się, wraz Iggy Popem, ponownie w Europie, a konkretnie – we Francji. Tam, po zakończeniu wspólnej pracy nad debiutanckim albumem Popa, The Idiot (1977), Bowie przystąpił do realizacji swojego przełomowego longplaya, nad którym pieczę od początku do końca sprawował Brian Eno.

Przeczytaj również:  W mroku antologii – Detektyw: Kraina nocy [RECENZJA]

Album jest wyraźnie podzielony dwie części: art rockową i ambientową. W pierwszej słyszymy szereg instrumentali, w których możemy dostrzec Bowiego, jakiego znaliśmy do tej pory – żywego, zadziornego, w swoim świecie. Z kolei druga część obnaża refleksyjną stronę muzyka, wrażliwą na zewnętrzne bodźce, interpretującą otoczenie, koncentrującą się na zaprojektowaniu wrażenia. Low to artystyczny dziennik z nowego etapu w życiu artysty.

Bowie na Low jest w swoim kreatywnym peaku. Będąc pod wpływem niemieckiego krautrocka oraz grup takich jak Kraftwerk czy Tangerine Dream stworzył album, który tym razem nie jest sceną dla jego kolejnej persony, lecz nieskrępowaną przestrzenią dla muzycznego eksperymentu. Utwory są krótkie, zbudowane na zasadzie fragmentarycznych strzępków pomysłów, ale wciąż uszyte podług perfekcjonizmu Bowiego. Duży wpływ na formę tych kawałków miały obserwacje niemieckich ulic. Low rzeczywiście świetnie sprawdza się podczas spaceru w szarości, mgle, w otoczeniu zimnych, surowych wieżowców, ale też i miejskim zgiełku, pełnym przepychu i kulturowych kontrastów. (Magda Wołowska)


5. Aladdin Sane (1973)

david bowie aladdin sane
Okładka albumu “Aladdin Sane”

Aladdin Sane często jest postrzegany jako kontynuacja pomysłów, które swój początek miały na płycie The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars. Choć nie jest to błędne określenie, nie do końca oddaje tej płycie sprawiedliwość. Utwory pisane głównie podczas amerykańskiej trasy stają się odrobinę cięższe od swoich poprzedników, a także cechują się większym gatunkowym eklektyzmem. Bluesowe The Jean Genie i inspirowane doo-wopem Drive-In Saturday są tego najlepszym przykładem. Od stylu poprzedniej płyty znacznie odbiegają też Time i tytułowa piosenka, teatralne utwory inspirowane awangardą, które idealnie wpasowują się w sceniczną osobowość Bowiego.

Najlepszą kompozycją pozostaje chyba zamykająca album Lady Grinning Soul. Tajemnicza, delikatna ballada, która stanowi popis nie tylko samego Davida, ale też pianisty Mike’a Garsona. Owocem tej współpracy jest pamiętne pożegnanie ze słuchaczem w postaci nietuzinkowego, trochę niestety zapomnianego utworu. Aladdin Sane może nie jest tak spójny i doszlifowany jak Ziggy, ale w swych najlepszych momentach jest bez wątpienia równie elektryzujący. (Kamil Dormanowski)


4. Let’s Dance (1983)

david bowie let's dance
Okładka albumu “Let’s Dance”

Let’s Dance miało być dla Bowiego całkowicie nowym rozdaniem. Muzyk rozstał się ze swoją dotychczasową wytwórnią, RCA Records, którą zamienił na EMI America. Dodatkowo, zakończył wówczas współpracę z producentem Tonym Viscontim, z którym stworzył cztery poprzednie wydawnictwa: Scary Monsters (and Super Creeps), Lodger, Heroes oraz Low. Po krótkiej serii występów w filmach i na deskach teatru Bowie, z nowym pomysłem na siebie, zwrócił się do Nile’a Rodgersa – dziś legendarnego już gitarzysty i kompozytora, który pod koniec lat 70. święcił triumfy z zespołem Chic. Panowie zamknęli się w szwajcarskim domu Rodgersa, gdzie skomponowali piętnasty album Bowiego. Let’s Dance nagrano później w niecałe trzy tygodnie, a sama płyta ukazała się 14 kwietnia 1983 roku. 

Krążek był i nadal jest największym komercyjnym sukcesem Davida Bowiego (ponad 10,7 miliona sprzedanych kopii), a w latach 80. przypieczętował status artysty jako mainstreamowej gwiazdy. Na krążek, opisywany jako dance-rock z wyraźnymi bluesowymi akcentami, składają się chociażby tytułowe Let’s Dance (tu chyba opis zbędny), elektryzujące, popowo-new wave’owe Modern Love czy wreszcie dwa covery: China Girl, który Bowie napisał z Iggym Popem na debiutancki album tego drugiego, oraz Cat People (Putting Out Fire). Utwór we współpracy z ojcem euro disco Giorgio Moroderem pierwotnie powstał do ścieżki dźwiękowej filmu Ludzie koty, jednak znalazł również swoje miejsce na Let’s Dance w nieco zmienionej wersji. Wydawnictwo paradoksalnie przyczyniło się do słabszego artystycznie okresu w karierze Bowiego, gdyż kolejne płyty prezentowały wyraźnie gorszy poziom. Dziś jest jednym z najbardziej ikonicznych albumów tego muzycznego kameleona. (Daniel Łojko)


3. Heroes (1977)

david bowie heroes
Okładka albumu “Heroes”

Heroes stanowi drugą część (umiejscawiając się między albumami Low i Lodger) Trylogii Berlińskiej, którą David Bowie nagrał wspólnie z Brianem Eno. Płyty te były efektem fascynacji artystów muzyką eksperymentalną, która powstawała wtedy na terytorium Niemiec. I choć krautrockowe wpływy były bardzo wyraźne już na Low, tak Heroes podążyło jeszcze dalej w tym kierunku, często oscylującym na granicy ambientu i rocka progresywnego. A temu sprzyjała plejada znakomitych artystów, pracujących obok Bowiego i Eno nad albumem, wśród których należy wyróżnić przede wszystkim legendarnego już wtedy Roberta Frippa, grającego charakterystyczny riff, wybrzmiewający w tytułowym utworze.

Przeczytaj również:  Wojna płci — walentynkowy przegląd screwball comedies

Poza samym Heroes na płycie znajduje się dziewięć innych utworów, będących popisem zarówno instrumentalnym pracujących nad nim muzyków (Sense of Doubt, Neuköln czy Moss Garden), jak i wokalno-lirycznym samego Bowiego, który był autorem wszystkich tekstów na albumie. Znajdziemy tu takie kompozycje jak bardzo dynamiczne Beauty and the Beast czy utrzymane we wręcz onirycznym nastroju Sons of the Silent Age (będące jedynym utworem skomponowanym wcześniej, a nie improwizowanym w berlińskim studiu). Heroes stanowi więc nie tylko autorską interpretację eksperymentalnego niemieckiego gatunku, którym był wspomniany wcześniej krautrock, ale jego dalsze rozwinięcie w unikalnym, genialnym stylu, tak charakterystycznym dla Davida Bowiego. (Bartłomiej Rusek)


2.The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars (1979)

david bowie ziggy stardust
Okładka albumu “The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”

The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars to jeden z najważniejszych krążków Davida Bowiego i przełomowy moment dla jego muzycznego świata. Konceptualny album o androgynicznym kosmicie, który zostaje gwiazdą rocka, rzucił wyzwanie ówczesnej obyczajowości i pozwolił autorowi w pełni zaprezentować swoją nietuzinkową wyobraźnię twórczą. Ziggy Stardust wskazał także na narracyjny potencjał albumów muzycznych, którego Bowie był świadomy i rozwijał nie tylko na nagraniach, ale też w czasie tras koncertowych i wypowiedzi publicznych.

Sama muzyka wciąż brzmi bardzo dobrze. Hity, takie jak Starman czy Moonage Daydream, na stałe zapisały się w świadomości słuchaczy. Chyba nie ma tu utworu, który zdawałby się diametralnie odstawać od reszty pod względem jakości. Bowie i jego zespół lśnią nie tylko dzięki swojej pomysłowości, ale także pod względem techniki i zmysłu do aranżacji. Dzięki tym umiejętnościom powstała płyta zwięzła, stylistycznie spójna, ale, przede wszystkim, ekscytująca i inspirująca. (Kamil Dormanowski)


1. Blackstar (2016)

david bowie blackstar
Okładka albumu “Blackstar”

7 stycznia 2016 roku premierę ma teledysk do drugiego singla promującego dwudziesty ósmy album studyjny Davida Bowiego – Lazarus. W klipie widzimy muzyka wcielonego w kolejną personę, Ślepego proroka, dzielącego się z łóżka szpitalnego następującymi słowami: „Look up here, I’m in Heaven / I’ve got scars that can’t be seen / I’ve got drama, can’t be stolen / Everybody knows me now”. Trzy dni później Bowie umiera.

Jakiego brzmienia można się spodziewać, wiedząc, że podczas sesji nagraniowych Bowie zasłuchiwał się w Kendricku Lamarze i Death Grips? Na pewno nie takiego, o jakim myślicie. Przy wsparciu lokalnych muzyków i wieloletniego producenta Tony’ego Viscontiego artysta opracował zdyscyplinowaną fuzję jazzu, art rocka i subtelnej elektroniki. Przy zaledwie ośmiu numerach muzykowi udało się perfekcyjnie przedstawić towarzyszące mu emocje: obawę („Look up here, man, I’m in danger / I’ve got nothing left to lose”), wściekłość (w agresywnym Sue (Or In A Season Of Crime)), a także wzruszenie i niezgodę na porzucenie na zawsze swojej sztuki („Seeing more and feeling less / Saying no but meaning yes / This is all I ever meant / That’s the messege that I sent / I can’t give everything / Away”). 

Blackstar to oczekiwanie na śmierć. Wskazują na to teksty, głos, który nie jest już w stanie unieść swojej ekspresji i wszechogarniający ciężar wynikający z nieuchronności własnego przemijania. Ostatni album Bowiego to obraz artysty u schyłku życia, bez lęku spoglądającego z krawędzi istnienia na nieuchronny koniec. Album, ze względu na towarzyszące mu okoliczności, został wyniesiony do rangi artefaktu, co, patrząc na podejście i filozofię Bowiego (znakomicie ujętą w genialnym obrazie Bretta Morgena – Moonage Daydream), nie wydaje się być przesadą. Bardzo trudno nie odnieść wrażenia konceptualnego charakteru Blackstar, szczególnie, gdy mamy do czynienia z człowiekiem, który całe swoje życie traktował jako artystyczne tworzywo. Nic dziwnego, że Bowie także z własnej śmierci zrobił popisowy numer. (Magda Wołowska)


Korekta: Jakub Nowociński

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.