Advertisement
KulturaMuzykaZestawienia

TOP 15: WYBIERAMY NAJLEPSZE POLSKIE ALBUMY

Redakcja Filmawki
grafika: Kuba Florian Stolarz

O polskiej muzyce można powiedzieć dużo, ale na pewno nie to, że nie jest różnorodna, interesująca, nowatorska i konfrontująca. Nie można jej zarzucić, że nie chwyta za serce, nie wprawia w zadumę, nie przenosi do innego świata. Z okazji minionego Dnia Polskiej Muzyki nasi redaktorzy przygotowali subiektywną selekcję polskich albumów, które okazały się być wyjątkowe ze względu na swoją formę i treść. Zapraszamy do czytania i, przede wszystkim, do słuchania!


SBB – Memento z banalnym tryptykiem (1981) | rock progresywny

sbb memento z balabym tryptykiem rock progresywny polska
Okładka albumu SBB – „Memento z banalnym tryptykiem” (1981)

Choć SBB powstało w połowie lat 70., prawdopodobnie najbardziej monumentalnym dziełem zespołu była wydana w 1981 roku płyta Memento z banalnym tryptykiem. Choć album został nagrany na krótko przed rozpadem zespołu (który później, po latach, ostatecznie wrócił na scenę oraz do studia), stanowi on jedno z najważniejszych dzieł polskiego rocka progresywnego. Trzon zespołu, nazywanego przez wielu mianem „Pink Floyd zza żelaznej kurtyny”, stanowiło trio Józef Skrzek, Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski. W nagraniach Memento wspierani byli przez drugiego gitarzystę Sławomira Piwowara oraz brata frontmana, Jana Skrzeka, który grał na harmonijce ustnej.

Album składa się z zaledwie czterech utworów, stanowi spójną całość, którą zamykają oraz otwierają motywy walca Johanna Straussa. Płytę rozpoczyna wspaniałe Moja ziemio wyśniona, po którym pojawiają się dwie całkowicie instrumentalne kompozycje – Trójkąt radości oraz Strategia pulsu. Muzycznie wszystko ze sobą idealnie współgra: niesamowite partie gitarowe Anthimosa idealnie uzupełniają klawisze Skrzeka. Całości wtóruje genialna perkusja Piotrowskiego. Jednak pierwsze trzy utwory stanowią przede wszystkim wstęp do wieńczącego płytę tytułowego Memento z banalnym tryptykiem. To ponad 20-minutowa kompozycja, która za sprawą wzniosłej muzyki i wrażliwego, poetyckiego tekstu (autorstwa Juliana Mateja) może być stawiana na równi z epickimi utworami Pink Floyd czy King Crimson. Tyczy się to także aspektu instrumentalnego. O ile solo Anthimosa z Moja ziemio wyśniona jest świetne, tak to kończące Memento jest bez wątpienia jednym z najlepszych, które możemy usłyszeć w polskiej muzyce. Dodając do tego niezwykle klimatyczną atmosferę, wprowadzaną przez organy i wokal Skrzeka, otrzymujemy genialny utwór, stanowiący trzon jednej z najlepszych progrockowych płyt w historii Polski. Coś niesamowitego i obowiązkowa pozycja dla każdego fana gatunku.

Bartłomiej Rusek


Maanam – Nocny Patrol (1983) | rock

maanam kora muzyka rock
Okładka albumu Maanam – „Nocny Patrol” (1983)

Nocny Patrol to najwybitniejsze dzieło zespołu Maanam i jedna z najważniejszych pozycji w dziejach polskiego rocka. Zespół pracował nad nią z brytyjskim producentem Neilem Blackiem, dzięki czemu słyszymy na płycie większą swobodę i nowe brzmienia, m.in. akordeon, saksofon, transowe motywy basowe oraz wpływy reggae. Krążek naznaczony jest piętnem stanu wojennego, jakby przesycony atmosferą mglistych godzin policyjnych. W tej mgle słychać jedynie kroki nocnego patrolu, który w każdej chwili mógł rozpocząć łapankę i użyć broni. Podczas odsłuchu namacalny jest wszechogarniający lęk tamtych czasów, który my, urodzeni w wolnym kraju, możemy jedynie próbować zrozumieć. 

W tytułowym utworze Kora śpiewa o jękach rozpaczy i zduszonym krzyku miejskiego nokturnu PRL-u. Piosenką, która za każdym razem porusza mnie z największą siłą, jest natomiast druga pozycja, czyli Jestem kobietą. Artystka wyraża w niej obawy przed utratą życia na rzecz wojny. Proponuje, że gdy zaczną strzelać, ona i jej ukochany schowają się w szafie, będą tam koczować i kochać się, aż wygaśnie konflikt. W swojej liryce Jackowska posługuje się metaforami, by opowiadać o niezwykle osobistych doświadczeniach. Śpiewane przez nią słowa zawsze wyjątkowo mnie poruszały, wżerały się w umysł, miały niemal magiczną moc. Abstrakcyjną myślą jest jednocześnie to, że już jej z nami nie ma oraz że kiedykolwiek w ogóle tu była. Pociesza jedynie fakt, że wedle swoich pragnień stanęła wreszcie twarzą w twarz ze słońcem, o czym błagalnie śpiewała w Krakowskim spleenie

Choć teksty Kory są niewątpliwie jednym z najjaśniejszych punktów płyty, równie przeszywającą atmosferę udało się zespołowi osiągnąć w instrumentalnym utworze Polskie ulice. Bez żadnych słów utwór obrazuje nam rzeczywistość spowitą mrokiem, cieniami i wspomnianą wcześniej mgłą. Ulice, po których chodzi się niemal po omacku, na przekór systemowi, w poszukiwaniu choćby namiastki wolności. W ostatniej piosence albumu Kora przypomina, że najważniejsza jest miłość, lecz w zastanych okolicznościach trudno jest kochać. Stan wojenny to stracone lata, pozbawione śmiechu i pełne tęsknoty za lepszym życiem. Ciało staje się chłodniejsze i powoli osuwa się w cień. Antybiotykiem na całe to zło może być jedynie miłość, która jest jak opium.

Jakub Nowociński


Republika – Nowe Sytuacje (1983) | nowa fala

republika nowe sytuacja polska nowa fala
Okładka albumu Republiki – „Nowe Sytuacje” (1983)

Powiedzmy sobie szczerze – nigdy nie było i nie będzie drugiego takiego zespołu jak Republika. Nowe Sytuacje, debiutancki album kwartetu z Torunia, w błyskawicznym tempie zyskał status fenomenu i wybrzmiał poza granicami kraju. Krążek wylądował na brytyjskich półkach sklepowych pod nowym tytułem, 1984, demaskując tym samym sens, który kryje się pod tekstami Grzegorza Ciechowskiego. Reżim totalitaryzmu zostaje ubrany w liryczną narrację, choć momentami wybrzmiewa bardzo bezpośrednio („Wstajemy równo o godzinie DX / A przedtem wszyscy śnimy równe sny / Pod kranem program mycia nr 3 / Centralny Wyrównywacz nadał mi / Równe buty, równe zęby nos / Równy w stronę baz produkcji krok / Równą farbą malujemy wciąż / Równe hasła w koło: równy bądź, bądź”).

Paleta kolorystyczna albumu, reprezentująca dwie strony barykady państwa komunistycznego – tę Dobrą i tę Złą, została rozszerzona do identyfikacji wizualnej całego zespołu. Republika stroniła od pompatycznych występów i zdecydowanie zwróciła się w stronę minimalizmu, gdzie czerń i biel zdefiniowały sceniczną tożsamość grupy. Rezygnując z umieszczania na longplayu bezsprzecznych hitów (takich jak Biała Flaga czy Kombinat) Nowe Sytuacje, przy swej grotesce i neurotyczności, zachowują stylistyczną spójność i, co więcej, pozostawiają w poczuciu doznania bezwzględnego geniuszu twórczego. Nowa fala zaproponowana przez Republikę to przykład bezkompromisowego, autorskiego brzmienia, które w swojej nowatorskości stoi obok takich kolosów jak Talking Heads (ekspresja Ciechowskiego jest na tym albumie iście Byrne’owska). Słyszeliście kiedyś rozgorączkowaną solówkę na flecie poprzecznym w akompaniamencie postpunkowych zagrywek? Jeszcze raz powtórzę – nigdy nie było i nie będzie drugiego takiego zespołu, jak Republika.

Magda Wołowska


TSA – Heavy Metal World (1984) | heavy metal

tsa heavy metal world polska
Okładka albumu TSA – „Heavy Metal World” (1984)

Heavy Metal World jest bez wątpienia jednym z najważniejszych albumów w historii polskiego metalu, podobnie jak samo TSA wymieniane jest jako jeden z najistotniejszych polskich zespołów tego gatunku. Choć początkowo styl TSA wydawać się mógł mocno odtwórczy i momentami zbyt czerpiący z zachodnich inspiracji, tak na etapie tego albumu zespół wykształtował swoje charakterystyczne brzmienie. Wszystko za sprawą wokalu Marka Piekarczyka i gitary Andrzeja Nowaka wraz z jego ikonicznymi solówkami.

Album z 1984 roku stanowi znakomitą reprezentację całości twórczości zespołu. Płytę otwiera dynamiczny riff Kocicy, który przy kolejnym utworze (Ty, on, ja) nie zwalnia. Wszystko po to, by uderzyć słuchacza zarówno lirycznie, jak i muzycznie znakomitą Białą śmiercią. Pierwszą część albumu zamyka natomiast ballada Alien, będąca chyba moim ulubionym utworem zespołu. Również dalsza część (druga strona oryginalnego, winylowego wydania) płyty utrzymuje niezwykle wysoki poziom, z takimi piosenkami jak Maratończyk czy tytułowe Heavy Metal W0rld na czele. Choć niestety było to trochę za mało, by komercyjnie zawojować Zachód – rok po oryginale ukazała się anglojęzyczna wersja płyty, której towarzyszyła trasa zespołu po Berlinie Zachodnim, Holandii i Belgii. Ta jednak nie odniosła planowanego sukcesu.

Bartłomiej Rusek


Siekiera – Nowa Aleksandria (1986) | cold wave, post punk

siekiera nowa aleksandria polska post punk
Okładka płyty zespołu Siekiera – „Nowa Aleksandria” (1986)

Historia zespołu Siekiera jest również podsumowaniem upadku filozofii punku. Jednak zanim do tego doszło, kapela, wówczas z Tomaszem Budzyńskim na czele, objawiła się jako nowa, anarchistyczna nadzieja. Zapowiedź tego radykalnego głosu pokolenia i wskrzeszenie podstawowych założeń gatunku pozwoliły na zbudowanie wokół Siekiery pewnej mitycznej aury. Jej deklaratywny charakter wybrzmiał na wywrotowych występach na festiwalach w Jarocinie i Róbrege, a te natychmiast wzmocniły napięcie i ekscytację wokół zapowiadanego debiutanckiego albumu. Rozgorączkowani fani czekali na niego jeszcze dwa lata.

Krążek powstał w nowym składzie i hierarchii w ciągu dwóch tygodni. Autorem wszystkich tekstów i muzyki był Tomasz Adamski, a wokalistą został grający na basie Dariusz Malinowski. W tym formacie Nowa Aleksandria, zgodnie z tytułem, oznacza podbicie nowego obszaru i ukształtowanie odmienionej formuły, która, w wyniku eksploatacji środka wyrazu, okazuje się być naturalnym nadejściem kolejnej epoki. Kiedy Adamski przejmuje stery, surowa i brutalna ekspresja Siekiery ewoluuje ekstremalnie. W miejsce antysystemowego buntu wkracza nihilizm, industrialne, zimne syntezatory, metaliczne, repetytywne riffy i beznamiętny wokal Malinowskiego. Fani byli wściekli. Miało być brudno, anarchistycznie, wulgarnie. Przecież koncerty zapowiadały upragnione zniszczenie. Zamiast tego otrzymali minimalizm, precyzję, koncept, którego dadaistyczny charakter zdecydowanie kierował w stronę formalnego futuryzmu. Nigdy nie mieliśmy w Polsce czegoś takiego. Wolicie Killing Joke? Pfff.

Przeczytaj również:  „Kod zła” – Kłamstwo ma krótkie nogi [RECENZJA]
Magda Wołowska


Myslovitz – Miłość w czasach popkultury (1999) | brit pop, rock alternatywny

myslovitz miłość w czasach popkultury muzyka
Okładka albumu Myslovitz – „Miłość w czasach popkultury” (1999)

Gimnazjalne lata. Leżę na podłodze, z głośników słychać dźwięki Miłości w czasach popkultury. Mama każe mi ściszyć te smęty. Dziś wydaje mi się, że w tamtym czasie nie mogłam odnajdywać w uniwersalnych słowach punktów zaczepiania ze swoją osobą. Wiem jednak, że wtedy, choć wyolbrzymiając, romantyzując każdy aspekt życia, odnajdowałam siebie w głosie Artura Rojka. To chyba równie uniwersalne przeżycie, co ta płyta. Bo kto za młodu nie pogrążał się w smutku, słuchając Myslovitz?

Zespół omawia w utworach tytułową Miłość w czasach popkultury w stylu inspirowanym brytyjską sceną alternatywnego rocka. Chodzi o rozczarowania, które niesie ze sobą naiwność nadbudowana przez wielkie wyobrażenia, rozpacz po rozstaniu. To, co głęboko w nas, gdy wystawiamy się na miłość, np. naszą potrzebę zrozumienia przez drugą osoba, akceptacji nas z naszymi wadami. Myslovitz opisuje te emocje z należytym przejęciem, a melancholijny głos Rojka idealnie kontrastuje z wesołymi gitarowymi dźwiękami.

Maja Głogowska


Paktofonika – Kinematografia (2000) | hip-hop

paktofonika kinematografia hip hop
Okładka płyty Paktofoniki – „Kinematografia” (2000)

Kinematografia. Album, który jest dopracowany do cna. To zderzenie głosów raperskiego składu, które kontrastują ze sobą brzmieniem i niezwykle dobra nuta. Paktofonika swoim ponurym rozmarzeniem rzuca na słuchacza czar. Zakładając słuchawki, chcesz wsłuchiwać się w kolejne słowa, poddawać immersji ich perfekcyjnie opanowanego języka. Gładki mix i brzmienie nawet po dwudziestu latach robi wrażenie krążka, który niedawno pożegnał rozpalone producenckie komputery. Kinematografia jest taka, jak wskazuje tytuł. Wielka. Na jej wielkość składa się wiele. M.in. spotkane w studio takich indywiduum jak Magik, Rahim, Fokus, ale i brak aspiracji do bycia kolejnym dźwiękiem ulicy. Paktofonika chciała nagrać album muzyczny, a stworzyła arcydzieło.

Maja Głogowska


Sokół i Marysia Starosta – Czysta brudna prawda (2011) | hip hop

sokół marysia starosta czysta brudna prawda hip hop
Okładka albumu Sokoła i Marysi Starosty – „Czysta brudna prawda” (2011)

Zastanawiając się nad ulubionymi polskimi albumami wszechczasów, wystarczyło kilka chwil do uświadomienia sobie, że jedno z topowych miejsc zajmuje Czysta brudna prawda Wojtka Sokoła i Marysi Starosty. Nie pamiętam już, jak dowiedziałam się o istnieniu twórczości Sokoła. Obstawiam, że było to nieświadome usłyszenie we wczesnych latach nastoletnich utworu W aucie. Opisywany album na pewno więc nie był pierwszym, który trafił w moje ręce. Gdy już jednak to się stało – przepadłam bezpowrotnie.

Czysta brudna prawda to płyta, która była nagrywana przez dwa lata przez Sokoła w duecie z jego ówczesną partnerką Marysią Starostą. W moim rankingu plasuje się ona nad twórczością Sosnowskiego z czasów WWO, ZIP Składu, TPWC czy kariery solowej. W 2011 r. mawiało się, że Sokół zbliża się do swojej życiowej formy. Nie czuję się kompetentna do wyznaczenia tego punku w karierze rapera, ale na pewno ten krążek to pokaz artystycznego kunsztu na bardzo wysokim poziomie. Teksty kolejnych utworów idealnie wpasowują się w tytuł płyty. Sokół czyni bowiem szorstkie, niewygodne i nadzwyczaj prawdziwe obserwacje. Wokal Starosty dodaje im natomiast wdzięku, ale też podkreśla wiarygodność kolejnych wersów. Połączenie ich głosów współgra ze sobą jak najlepiej docięte puzzle i nic dziwnego, skoro nie było sytuacji sztucznego dogrywania refrenów przez Marysię do tego, co nawinął już Sokół.

W ubiegłym roku Wojtek Sokół obchodził 25-lecie scenicznej kariery, świętując je dwoma ogromnymi koncertami na warszawskim Torwarze. Nie mogło mnie tam oczywiście zabraknąć. Mimo znakomitej śmietanki gości, którzy uświetnili występ Sokoła – w tym pierwszego od dawien dawna koncertu grupy WWO – to na widok Marysi Starosty podskoczyłam z radości. Usłyszenie na żywo mojego najulubieńszego Resetu i utworu W sercu tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Sokół jest jednym z topowych polskich raperów, a Czysta brudna prawda to płyta kompletna i nieśmiertelna.

Anna Czerwińska


Organek – Głupi (2014) | rock alternatywny

organek głupi album polska
Okładka albumu Organka – „Głupi” (2014)

Debiut zespołu Organek na pewno nie jest krążkiem, który możemy określić jako przełom w muzyce. Frontman zespołu Tomasz Organek, nigdy nie krył się z tym, że bardzo mocno inspiruje się takimi kapelami, jak The Doors czy Led Zeppelin, których echa daje się usłyszeć w jego twórczości. I tak było z płytą Głupi, która nie była rewolucyjna pod względem stricte muzycznym, jednak przyniosła ze sobą pewną szansę i świeżość. Rock w Polsce ponownie zaczął nieśmiało pukać do mainstreamu. Organek był jedną z tych grup oraz artystów, którzy niejako przetarli szlaki szeroko rozumianej alternatywie i otworzyli stacje radiowe na coś więcej niż tylko tzw. pop.

Można rzec, że w moim przypadku było podobnie. Polska muzyka w ogóle mnie nie interesowała, nic mnie do niej nie ciągnęło, nie zachęcało. Aż do 2016 roku, kiedy to brytyjski zespół Muse zagrał w Krakowie, a w roli supportu wystąpił właśnie Organek. Płyta Głupi otworzyła mi drzwi i okna na polską muzę, stała się pewnym katalizatorem. Była również tworem z kategorii „nie prosiłem, ale potrzebowałem”. W mój gust wstrzeliła się nieźle, bo co prawda daleko było mi do bluesa czy elementów country, ale utwory, takie jak Głupi ja, O matko czy Dziewczyna śmierć z pewnością uderzyły nieco głębiej. Krótko mówiąc: siadło. I siedzi do dziś, bo nie dość, że słuchanie tego krążka jest nostalgiczne, to w dodatku sprawia dużo frajdy pod względem czysto muzycznym.

Daniel Łojko


Kaz Bałagane – Lot022 (2015) | rap

Kaz Bałagane lot022 rap
Okładka płyty Kaz Bałagane – „lot022” (2015)

Miasto, tworzące możliwości i sprowadzające ludzi na dno to temat, który z rapem rymuje się jak frytki z majonezem. Są dobre ziomki, są szczury i błazny, a każdy czeka, aż się potkniesz. Co można tu nowego powiedzieć? Cóż, może nie trzeba szukać rewizji treści, tylko skupić się na ciekawej formie. Kaz Bałagane rapuje w tytułowym numerze na wybitnym Lot022, że „przerośnięte metafory tu nie mają miejsca”, czym świetnie wykłada swoje pojmowanie rapu. To nie jest liryka, która mizdrzy się do „świadomego” słuchacza środkami poetyckimi, czy odwołaniami do „kultury wyższej”.

Nie znaczy to, że raper tworzy bez żadnych referencji. Gdzieś tam pojawi się odwołanie do Dr. Dre, Miasta Boga, a już w samej warstwie instrumentali Kaz Bałagane i Smolasty genialnie emulują ringtone rap z pewną dozą melancholii. Wystarczy wsłuchać się w melodyjny loop na Byłem tam, chłodny, a jednocześnie zaskakująco przyjemny, dający wystarczająco dużo przestrzeni Jackowi na opowiadanie o swoich warszawskich doświadczeniach. I te odwołania właśnie temu służą, bo odpowiednio uzupełniając sią z tematyką płyty, kreują uczucie zanurzenia się w strumieniu świadomości gościa, który ulicę ogarnia jak własną kieszeń i może pochwalić się znajomością kodów – zarówno kulturowych, jak i tych do klatek.

Choć nienawidzi hasztagów, to trzeba przyznać, że Książę Nieporządek/Obieżyświat/Bedogie na Lot022 stworzył album, z którego można dowolnie wycinać świetne cytaty i linijki. Zarówno śmiechowe barsy („ze mną Chopin, ty słuchasz »jesteś Bogiem« i »jestem albatrosem«”), real talk („pochodzę ze skromnego domu nauczony, że się trzeba dzielić”), jak i spostrzeżenia na temat miejskiego życia („typy poruszają się tu przypałowo”). To teksty, które pozornie łatwo skreślić ze względu na ich wulgarność czy bezpośredniość, ale zrobienie tego oznaczałoby brak zrozumienia faktu, że nawijający je gość mówi swoim własnym językiem.

We współczesnym rapie kwestia autentyczności stała się kompletnie nieistotna i ja sam nie wymagam od rapera, żeby mówił o tym, co faktycznie przeżył. Kreacjonizm jest nierozerwalną częścią sztuki. Ale są tacy artyści, u których nie ma wątpliwości, że opowiadają o czymś, co znają od podszewki, co znacząco wzbogaca odbiór ich sztuki. Takim twórcą jest właśnie Kaz Bałagane – a Lot022, począwszy od storytellingu przez konsekwentne opowiadanie o swoich zainteresowaniach po zindywidualizowany język i neologizmy jest tego najlepszym dowodem.

Wiktor Małolepszy


The Dumplings – Raj (2018) | electropop, synthpop

the dumplings raj pop
Okładka albumu The Dumplings – „Raj” (2018)

Raj to album, w którym The Dumplings przedstawiają się nam jako w pełni określony zespół. Żegnają się z momentami nieokiełznaną, młodzieńczą pretensjonalnością, którą tak nasycone były ich poprzednie dwa albumy. I choć ich wcześniejszą twórczość również darzę sympatią, to właśnie trzeci krążek jest nie tylko ich najdojrzalszym, ale i najlepszym w karierze. Duet postawił na jedynie osiem piosenek, dzięki czemu uniknęli obecności fillerów. Dodatkowo, wszystkie z nich śpiewane są w ojczystym języku. Pochylenie się nad polskimi tekstami wyszło im na dobre, ponieważ liryka Justyny Święs nigdy wcześniej nie była tak dopracowana i osobista. Artystka postanowiła zajrzeć w mroczniejsze zakamarki umysłu i obnażyć się przed nami, przysłaniając się jedynie zgrabnymi metaforami.

Przeczytaj również:  „Kalak” – Seksturystyka w świecie traumy | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024

Ewoluowała również warstwa muzyczna, za którą odpowiada Kuba Karaś. Zrezygnował z niemal onirycznych, medytacyjnych brzmień na rzecz tych bardziej wyrazistych i syntetycznych. Królują tu taneczne rytmy, inspirowane latami 80. Doskonale kontrastują z tekstami, czego przykładem jest utwór Przykro mi, który zawsze postrzegałem jako serce albumu. To typ piosenki, do której można jednocześnie tańczyć i płakać, a najlepiej szlochać na parkiecie. Święs śpiewa w nim o głębokiej tęsknocie za utraconą osobą. Podmiotka próbuje nabyć nowe nawyki i udawać, że już o wszystkim zapomniała. W końcu przyznaje, że kompletnie jej to nie wychodzi. To tekst, który pozbawiony jest patosu, a ujmuje pozorną prostotą, w której dostrzegam precyzyjnie wykalkulowany ciężar ładunku emocjonalnego.

Zarówno brzmienie, jak i podejmowana tematyka jest na przestrzeni ośmiu piosenek niezwykle spójna. Czasem duet zabiera nas na parkiet, tak jak w tytułowym utworze czy przebojowym Franku. Innym razem zapewnia sensualne doznania. W piosence Deszcz Święs udowadnia, w jak subtelny, wysmakowany, acz dosadny sposób można pisać o seksie, a Karaś pokazuje, jak za pomocą elektronicznej produkcji można wywołać w słuchaczu fizyczne odczucia lepkości i kropel spływających po karku. Zwieńczeniem płyty jest piosenka, w której The Dumplings zapowiedzieli przerwę, która nastąpiła po jej wydaniu (choć Karaś prężnie pracuje nad produkcją dla innych artystów, a Święs mogliśmy podziwiać w filmowym debiucie). Duet zapragnął osunąć się tam, gdzie będzie nudno, ale gdzie będą szczęśliwi. Mam nadzieję, że im się udało, choć tęskno mi za ich muzyką.

Jakub Nowociński


WaluśKraksaKryzys – ATAK (2021) | post punk, garage rock

waluśkraksakryzys atak muzyka polska
Okładka płyty WaluśKraksaKryzys – „ATAK” (2021)

Chociaż Waluś zadebiutował w 2019 roku krążkiem MiłyMłodyCzłowiek, to za swój formalny debiut uważa wydany dwa lata później ATAK. Krążek, który załapał się jeszcze na czasy pandemicznych lockdownów, przesłuchałem chyba pod każdym możliwym kątem. Raz wsłuchując się mocniej w riffy, innym razem w bębny i elementy perkusyjne, jeszcze innym razem w chłodną elektronikę. Pierwsze koncerty z tą płytą miały formę online, toteż ciężej było dotrzeć do nowej publiki. To jednak się Walusiowi udało, co od dłuższego czasu można zaobserwować na koncertach czy w internecie.

ATAK dużo swojej siły czerpał z jechania do przodu, bycia szybkim jak błyskawica i ostrym jak przecinak – tak muzycznie, jak i tekstowo. Bo chociaż utwory na tym krążku są bardzo osobiste, wszak Waluś zaprasza nas do siebie i oferuje, byśmy posłuchali o nim, to ich uniwersalność pozwala na utożsamienie się z danymi piosenkami. I chyba tym Waluś przyciąga do siebie wciąż powiększające się grono fanów. Fanów, którzy łakną zaprezentowanego na ATAKU rockowego (oraz punk- i garage-rockowego) grania.

Daniel Łojko


Brodka – Sadza (2022) | elektronika

brodka sadza muzyka polska
Okładka albumu Brodki – „Sadza” (2022)

Niezaprzeczalnie jestem fanem każdego wydania Brodki, jednak miłość do wydanej w zeszłym roku Sadzy jest nadal równie świeża, co w dzień premiery albumu. Dzięki wybitnym tekstom zaglądamy w oblicze artystki, do którego nigdy wcześniej nie mieliśmy dostępu. Zrezygnowała ona z ukrywania się za podmiotami lirycznymi, i wprost, choć z pomocą pięknych metafor, odsłania się przed słuchaczem i mówi mu o swoich uczuciach. A są to uczucia bolesne, bo związane ze śmiercią miłości. Cieszę się, że nie było mi dane przeżywać rozstania w towarzystwie tego krążka, bo w moich wyobrażeniach emocje te porównałbym do obezwładniającego kopniaka prosto w brzuch. Nie trzeba jednak przeżywać tych samych stanów, by potrafić się w nich z Brodką zanurzyć. 

Płyta powstawała w rytmie złamanego serca, w oparach marihuany, i dokładnie tak brzmi. Sadza hipnotyzuje, jest gęsta, ma narkotyczne działanie. Za produkcję krążka odpowiada 1988, znany głównie ze współpracy z polskimi raperami. Te hip-hopowe wpływy są bardzo odczuwalne na krążku Brodki i świetnie komponują się z jej delikatnym głosem, w którym słychać świeże zranienie. Album zaczyna się poruszającą balladą Wpław, która wprowadza nas w relację. Ta ze spokojnie płynącej rzeki przeistacza się w burzę, niszczącą wszystko po drodze. Przedstawia ulotny stan zachłyśnięcia się drugą osobą lub jej wyidealizowaną wizją. Eksperymentalna Taka to zima mówi o zgliszczach, które pozostawił po sobie ukochany. Sparzył zapał do wiosny, pozostaje więc życie w wiecznej zimie. 

W tytułowym utworze Brodka zaprasza nas do stanu na pograniczu jawy i snu. Śpiewa nie tylko bezpośrednio o paleniu jointa, lecz porównuje zachowanie jej byłego partnera do kruszenia „magicznej rośliny”. Skruszył ją, zniszczył, pozostawił na podłodze, z której musiała zeskrobać się sama. Na pomoc przychodzi jednak Hydroterapia, w której artystka oczyszcza się solą z łez. Od wody się zaczęło i na wodzie się kończy. To doskonałe podsumowanie albumu, będącego autorefleksją nad wewnętrzną przemianą w trudnym okresie życia. Ważnym utworem jest także Monika, w którym pochyla się nad nastoletnią wizją zakochania i poszukuje w nieokiełznanych emocjach sensu oraz logiki. W pewnym sensie mam wrażenie, że to zerwanie z personą Brodki, a debiut Moniki. Czekam więc na więcej Moniki. Tymczasem sadza nadal się osadza.

Jakub Nowociński


Daniel Spaleniak – Tape V (2022) | alternatywny blues, americana

daniel spaleniak tape v polska blues
Okładka płyty Daniela Spaleniaka – „Tape V” (2022)

Wraz z wydaniem Tape V Daniel Spaleniak wkracza na kolejny poziom własnej kreatywności. Rozpoczynając swoją artystyczną podróż od klimatycznego folku dotarł do specyficznych brzmień americany, by następnie zgłębić nieskrępowany świat muzyki ilustracyjnej inspirowanej soundtrackami pod ruchomy obraz. Piąta taśma poszerza oniryczne uniwersum muzyka z Kalisza i nadaje jej zupełnie nowe oblicze. Spaleniak po raz pierwszy projektuje swoje kompozycje na instrumentarium całego zespołu, wykorzystując przy tym pełny potencjał konceptualnej formy albumu.

Tape V to pewna refleksja nad progresywnym brzmieniem lat 60. Daniel rozkłada standardową formę utworu muzycznego na części pierwsze, zamienia je kolejnością, a transgresje pomiędzy nimi nadają lunatycznego klimatu, który jest stałym elementem obrazowej twórczości Spaleniaka. Ten filmowy obrazek uzupełniają rozbudowane aranże z naleciałością gęstego blusea, wprowadzające nierzadko w lynchowski surrealizm rodem z Ogniu krocz ze mną. Przez bardzo długi czas wprost nie mogłam oderwać się od tego albumu.

Magda Wołowska


EABS meets Jaubi – In Search of a Better Tomorrow (2023) | spiritual jazz

eabs jaubi jazz polska
Okładka albumu EABS meets Jaubi – „In Search of a Better Tomorrow” (2023)

Jazz jest jedną z mocniejszych stron naszej rodzimej fonografii i EABS jest tego niezaprzeczalnym dowodem. Wychodząc od interpretacji utworów Krzysztofa Komedy, gdzie hip-hopowy szkielet podtrzymuje transcendentalny wydźwięk kompozycji, kwintet z Wrocławia wypracował sobie markową formułę, w której nawiązania do słowiańskiej kultury mieszają się z jazzowym futuryzmem.

In Search of Better Tomorrow projektu EABS meets Jaubi (wymawiane Jaw-be) to zapis audialnego dialogu pomiędzy dwoma odległymi światami, odnajdującymi porozumienie w dźwięku. Jaubi, kwartet z Pakistanu, wnosi brzmienie Electro-Acoustic Beat Session na wyżyny spiritual jazzu, który w swej orienalnej nucie nadaje tej leksykalnej fuzji oryginalnie transowy charakter. Tożsamości obu grup nie walczą ze sobą o dominację, lecz wyrażają się w doskonałej współpracy (Whispers, People in Between, genialne Tommorow), z kilkoma momentami na wyraźniejsze zaznaczenie autorskich pierwiastków. Jest to także okazja na indywidualne wyartykułowanie strawionych światowymi katastrofami emocji (EABS-owe Judgemant Day i przepiękne, minimalistyczne Moon Jaubi).

In Search of a Better Tomorrow to zasianie ziarenka nadziei, które, przy mistycznym akompaniamencie sarangi, transowym rytmie tabli, EABS ujmuje w swoje spektrum futurystycznej formuły. Choć pomysłowi na połączenie lokalnego wschodniego brzmienia z jazzem można zarzucić wtórność, tak na pewno nie można tego zrobić w kontekście współpracy wrocławiaków z Jaubi. Sprawiająca wrażenie istnienia poza czasem muzyka Pakistanu w symbiozie z EABS-owskim nu jazzem spaja się w kosmiczne doświadczenie współistnienia dwóch kultur, dwóch podmiotów o autonomicznym głosie, które zasługują na to, by zostały wysłuchane.

Magda Wołowska


korekta: Kamil Walczak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.