KulturaMuzykaZestawienia

Czego słuchaliśmy w październiku? Muzyczne rekomendacje Filmawki

Bartłomiej Rusek

Będący pierwszym w pełni jesiennym miesiącem październik przyniósł nam kolejną porcję dobrej muzyki. Wśród redakcyjnych rekomendacji z tego miesiąca znajdują się zarówno wydawnictwa rockowe, jak i hip-hop, pop, czy blues – w sam raz do posłuchania w któryś z coraz zimniejszych wieczorów. Zapraszamy Was do lektury i, przede wszystkim, do słuchania!


Tyler Larson – Lotus | rock

Okładka płyty Tyler Larson – Lotus

Czy muzyka nagrana przez Youtubera może pozytywnie zaskoczyć? Zdecydowanie tak. Zwłaszcza, jeśli wspomnianym Youtuberem jest Tyler Larson, który od ponad ośmiu lat prowadzi kanał Music is Win. Na wspomnianym kanale przedstawia różne techniki gry, omawia sprzęt, prowadzi wywiady i przede wszystkim gra na gitarze – zarówno w poważniejszych, jak i śmieszniejszych filmikach, które nagrywa. Teraz jednak postanowił wykorzystać swoje doświadczenie, aby wydać swój pierwszy solowy album – Lotus. A ten wypadł znakomicie i w pełni profesjonalnie.

Album promowany był singlem Pops, który brzmi niczym typowa „pokazówka” Tylera – chwytliwy, mocny riff, przerywany licznymi solówkami, w których wykorzystał masę różnych wirtuozerskich technik. W pewnym momencie zamienił nawet ukochanego czerwonego PRSa na fenderowskiego Stratocastera. A to dopiero początek. Album składa się bowiem z ośmiu utworów o różnej dynamice, ale wszystkich równie imponujących, jeśli chodzi o pokaz umiejętności muzyka. Sprawiło to, że słuchając niemal w pełni instrumentalnej płyty, nie czujemy żadnej monotonii, będąc wciąż zaskakiwanym kolejnymi efektownymi zagraniami. Na płycie znalazło się również miejsce na cover – utwór Burn the Witch stanowi ciekawą reinterpretację piosenki Radiohead. Nagrywając Lotus, Tyler Larson spełnił swoje marzenia, dostarczając jednocześnie kawału interesującej, znakomitej technicznie muzyki. (Bartłomiej Rusek)


Daria Zawiałow – Dziewczyna pop | pop

Okładka płyty Daria Zawiałow – Dziewczyna Pop

Współpraca Darii Zawiałow z Bartkiem Dziedzicem (odpowiedzialnym m.in. za najpopularniejsze albumy Brodki, Podsiadło czy Rojka) miała rozpocząć zupełnie nowy rozdział w jej muzycznej karierze. Pożegnanie z Michałem Kushem (choć muzycy dalej się przyjaźnią i grają wspólne koncerty) to wyjście ze strefy komfortu. Wokalistka mówi, że pod skrzydłami swojego wieloletniego producenta poczuła się zbyt bezpiecznie, przez co nie jest w pełni zadowolona z tekstów na płycie Wojny i Noce. Przyszedł czas na zmiany. Zawiałow postanowiła zrezygnować z ciężkich brzmień syntezatorów i namawiała Dziedzica na produkcyjny minimalizm. Producent zachęcił ją natomiast do tego, by w swoich tekstach opisywała uczucia bardziej bezpośrednio, bez gryzienia się w język i owijania w bawełnę. Album nosi wdzięczny tytuł Dziewczyna Pop. Daria zaszufladkowała się w nim sama, na przekór ludziom, którzy chcieli dokonać tego w jej imieniu. Jednocześnie zdejmuje stygmat ze słowa „pop”. W końcu trudniej jest zrobić dobry pop niż dobrą alternatywę.

Tytuł jest zgodny z tym, co słyszymy na krążku; brakuje w nim rockowego pazura, do którego przyzwyczailiśmy się w twórczości artystki. Nieliczne rockowe momenty są tu natomiast szalenie mocne – Złamane serce jest OK i Bambi Sarenka to moje ulubione utwory z płyty. Dziewczyna Pop to tak zwany przyjemniaczek. „Bo jestem dziewczyna pop, na oczach mam brokat, na oczach mam mrok” – śpiewa w tytułowej piosence Daria, doskonale zapowiadając treść krążka. Brzmieniowo to płyta znacznie spokojniejsza, przepełniona lekkością, zgodnie z podejmowaną na niej tematyką. Zawiałow śpiewa bowiem głównie o pragnieniu miłości, rozkwitającym uczuciu (z pewnym znanym gitarzystą) oraz potrzebą życiowej stabilizacji. Pod tym wszystkim kryje się jednak podskórny lęk i bóle przeszłości, z którymi próbuje się rozliczyć. Poszczególne rozdziały płyty reprezentują czas w życiu wokalistki: Rozdział 92 to przeszłość, Pete Stop – teraźniejszość, a Backdoor reprezentuje przyszłość. O ile Daria dalej będzie robiła tak dobry pop, przyszłość ta powinna być świetlana. (Jakub Nowociński)

Przeczytaj również:  „Tworzymy opowieść o kinie”. Rozmowa z Patrycją Muchą, dyrektorką artystyczną Timeless Film Festival Warsaw 2024


Łona, Konieczny, Krupa TAXI | hip-hop

Okładka płyty Łona, Konieczny, Krupa – Taxi

Są tacy artyści, na których twórczość zawsze czekamy z wypiekami na twarzy, bo jesteśmy przekonani, że dostarczą nam oni jakościowy materiał. Nie wiem, czy jakikolwiek projekt mistrza słowa w polskim hip-hopie – Łony – wrzucić możemy do rzeczy z kategorii słabszych. Szczecinianin, tym razem bez Webbera na bitach, a z ½ zespołu Siema Ziemia – Andrzejem Koniecznym i Kacprem Krupą – postanowił przyjrzeć się często bardzo niewdzięcznemu zawodowi taksówkarza. TAXI jest albumem konceptualnym, który powstał na kanwie rozmów z kierowcami taksówek i uberów, nocnych podróży czy krótkiego epizodu Łony w roli owego kierowcy. Efektem tych przeżyć jest blisko 47 minut muzyki oscylującej wokół przemian pokoleniowych, wspominania dawnych czasów, relacji międzyludzkich czy empatii, której taksówkarze często nie doświadczają.

Łona skutecznie zwrócił uwagę na problem nieuzasadnionej zazwyczaj niechęci do „złotów”, uciekając jednocześnie od populizmów i robienia sztucznej reklamy. TAXI pełne jest wręcz osobistych historii, z których przebijają się refleksje na temat sytuacji politycznej, emocje oraz charakterystyczny humor. Słowem jeszcze trzeba wspomnieć o warstwie instrumentalnej krążka. À la jazzowe podkłady mieszają się tu z klasycznym hip-hopem, by za moment zaskoczyć prawie popowymi dźwiękami czy altrockowymi gitarami. Konieczny i Krupa nie próbowali wejść w buty Webbera, stając raczej obok niego. Z resztą ich wybór przypadkiem raczej nie był. Tam, gdzie uświadczymy nieco słabszych podkładów, dziurę tekstem wypełni Łona. Z kolei tam, gdzie być może nie przypasują wersy Łony, luki uzupełniają organiczne instrumenty Koniecznego i Krupy. TAXI to po prostu żyleta – pierwszy właściciel, bezwypadkowa, w bardzo dobrym stanie technicznym. (Daniel Łojko)


Troye Sivan – Something to Give Each Other | pop

Okładka płyty Troye Sivan – Something to Give Each Other

Na nowy, długogrający materiał od Troye Sivana przyszło nam czekać aż 5 lat. Something To Give Each Other wydaje się być tą erą w karierze, która (w końcu) przyniesie artyście rozgłos, na jaki zasługuje. I chociaż wydanie albumu chwilę po emisji The Idol (w którym Troye zagrał obok Lily Rose-Depp i Abela Tesfaye) było PR-owym strzałem w dziesiątkę, to krążek tak naprawdę broni się sam. W porównywanym do Melodramy albumie Sivana pot miesza się ze łzami, a ja mam ochotę rozpłakać się na środku imprezy. Kawałki oddające hołd muzycznym początkom Troye (Still Got It, One of Your Girls), choć przywołujące nostalgię i zamknięte w formule ballady, nadal pozostają świeże. Tak samo świeżo – wbrew moim myślom, że to przecież nie może się udać – wypada Got Me Started, samplująca znane z memów Shooting Stars od Bag Raiders. Artysta rozgrywa sample game na swoich zasadach. Na albumie (oprócz memowych wstawek) znalazła się też między innymi Jessica Pratt ze swoim utworem Back, Baby, który niedawno mogliśmy usłyszeć w trzecim sezonie Atlanty. Something To Give Each Other, choć nie jest albumem idealnym, to bez wątpienia przynosi dawkę przeróżnych pop-emocji, które po prostu rezonują. „I sent you a postcard from being gay in his twenties”, podpisano: Troye Sivan. (Bartek Możdżeń)

Przeczytaj również:  w0rldtr33 – bezpieczeństwo dzieci w sieci [RECENZJA]


The Cassino – Prześwit | indie rock

Okładka płyty The Cassino – Prześwit

Polska scena indie rocka ma się ostatnio znakomicie, co udowadnialiśmy już wielokrotnie, polecając liczne albumy z rodzimego podwórka. Tym razem reprezentowana jest przez trio The Cassino, których album Prześwit ukazał się w połowie października. EPkę rozpoczyna bardzo nastrojowy utwór Zero, po którym całość nieco przyspiesza, wciąż jednak utrzymując zrównoważone brzmienie. Tym samym, choć na Prześwicie słyszymy indierockową, lekką zadziorność, to wybrzmiewa ona zdecydowanie delikatniej, niż na przestrzeni lat przyzwyczaili nas do tego muzycy z The Cassino. Album znakomicie puentuje Jesień – nieco balladyczny utwór kończący album, znakomicie wybrzmiewający w tej właśnie, trwającej obecnie porze roku.

Ciekawą oprawę muzyczną uzupełnia charakterystyczny, dość melancholijny wokal Huberta Wiśniewskiego. Interesujące brzmienie tego zaledwie niespełna 20-minutowego albumu sprawia, że słucha się go bardzo dynamicznie. I to jedynie ten krótki format stanowi wyraźną wadę Prześwitu – chciałoby się tego po prostu znacznie więcej. Zwłaszcza, że tak stonowane, spokojniejsze utwory doskonale pasują do zespołu, kontrastując nieco z jego poprzednimi wydawnictwami. Tym samym mam szczerą nadzieję, że kolejny album The Cassino ukaże się w nieco dłuższym formacie. (Bartłomiej Rusek)


Mrozu Mrozu. MTV Unplugged | blues, rock’n’roll, pop

Okładka płyty Mrozu – Mrozu. MTV Unplugged

Serce raduje mi się, kiedy widzę, jak świetny czas ma ostatnio Mrozu. Budowana od lat krok po kroku kariera, dążenie do celu w zgodzie z samym sobą, skrupulatna podróż na szczyt. „Wszystko było po coś”, można rzec. Tym czymś zdecydowanie był wspaniały wieczór na gali rozdania Fryderyków (Mrozu zgarnął aż PIĘĆ statuetek) czy udział w Orkiestrze Męskiego Grania. No i jeszcze MTV Unplugged – swoiste ukoronowanie trwającej kilkanaście lat podróży. Koncerty z tej serii rządzą się oczywiście swoimi prawami, ale ciężko wyobrazić sobie kogoś, kto pasowałby tam bardziej niż Mrozu ze swoim luźnym, bluesowo-rock’n’rollowym materiałem. Czternaście kawałków z dyskografii wrocławianina przeszło mniejszą lub większą przebudowę, które, biorąc pod uwagę koncept MTV Unplugged, zostały praktycznie wyciśnięte w 101%. Każdy, kto miał już okazję widzieć Mroza na żywo, z pewnością zgodzi się ze mną, że vibe bijący od artysty i jego zespołu jest prześwietny. Nie chcę popadać w banały pisząc o energii, ale w tym przypadku inaczej się nie da. Myślę, że fakt, iż udało się to wszystko przekuć w ramy Unplugged, świetnie definiuje Mroza oraz zespół jako artystów. Gitary przenoszą nas gdzieś do motelu przy pustej, amerykańskiej drodze stanowej, a przeżycie wzmacniają klawisze à la lata 70. Warto zwrócić też uwagę na udział instrumentów dętych w tych konkretnych aranżacjach. Chylę czoła przed każdym, kto przyłożył cegiełkę do koncertu, którego możemy słuchać na tym krążku. Bije z tego wydawnictwa luz, beztroska i ciepłe, prażące słońce. Coś, co pewnie przyda nam się w nadchodzących tygodniach, kiedy wskaźniki na termometrach będą opadać coraz niżej. (Daniel Łojko)


korekta: Anna Czerwińska

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.