Zestawienia

Najlepsze filmy 2023 roku. Ranking Filmawki

Redakcja Filmawki
Kolaż, autorka: Marysia Posiadało
Kolaż, autorka: Marysia Posiadało

Rok 2023 w polskich kinach stanął przede wszystkim pod znakiem wakacyjnego starcia między Barbie Oppenheimerem – i zapewne to zostanie zapamiętane przez box-office’owe szkiełko i oko. Przy sporządzaniu tegorocznego zestawienia nasza redakcja nie kierowała się jednak rachunkiem przychodów i budżetów, ale, jak zawsze, wykazem zachwytów, zaskoczeń oraz popędów rozumu. Mamy zatem premiery z ubiegłego sezonu nagród, wciąż zachwycające blockbustery, niesłusznie pominięte hollywodzkie kolosy (a właściwie to jeden kolos), festiwalowe hity, cudowne animacje, a także polski akcent, choć pewnie spodziewacie się jaki.

Możemy zdradzić nieco kulis: rywalizacja w peletonie była niezwykle wyrównana, ale mało kto mógł zbliżyć się do grupy ucieczkowej z dwóch pierwszych miejsc. A co do nich jesteśmy wyjątkowo zgodni i dumni, bo to rzeczywiście najlepsze filmy, które mogliśmy oglądać w zeszłym roku w kinach.


10. Strażnicy Galaktyki: Volume 3, reż. James Gunn

fot. „Strażnicy Galaktyki: Volume 3”
fot. „Strażnicy Galaktyki: Volume 3” / mat. prasowe Disney

Strażnicy Galaktyki: Volume 3 to obraz infantylnej beztroski w obliczu niepojmowalnego okrucieństwa. Obraz beztroski koniecznej, by sobie z tym okrucieństwem poradzić.

Finał serii Jamesa Gunna operuje kontrastami. Jego kreatywność wizualna objawia się w kolorowych, kampowych scenografiach i osobliwościach kosmicznych zakątków, ale i w przerażających projektach okaleczonych, zmodyfikowanych zwierząt. Siła przyjacielskiej miłości zestawiona jest z przygnębiającą świadomością, że niektóre nasze cechy nigdy nie przestaną być źródłem irytacji dla naszych bliskich. Lekki i autentycznie zabawny humor dialogów to mechanizm obronny w nieustającej walce ze złamanymi sercami, kryzysami tożsamości i nieustającą tęsknotą. Ukochana, świetnie rozwinięta charakterologicznie ekipa Strażników mierzy się z jednym z najlepszych antagonistów kina superbohaterskiego, Wielkim Ewolucjonistą – ucieleśnieniem apatii i wzgardy wobec wszystkiego, co w jego niby-boskich oczach nieidealne.

Dlatego do seansu wypada podchodzić z pewną dozą świadomości. Z jednej strony jest to czystej krwi kino rozrywkowe, przystępne, pełne humoru i ciepłe. Z drugiej zaś – mroczne, inspirowanym body horrorem science fiction, które nie szczędzi bólu oglądającym i oglądanym. To niejednoznaczne, różnorodne dzieło, którego po stajni Marvel nie sposób się było spodziewać. Mój film roku.

Gdy już wszystko rozpadnie się w drobny mak, a kurz wojenny opadnie, pozostanie złapać się za ręce i zatańczyć jeszcze ten jeden raz. Jak w pochodzie cyrkowym Felliniego i na powierzchni Knowhere.

Rafał Skwarek

Nasza recenzja: „Strażnicy Galaktyki: Volume 3” – Ostatni taniec [RECENZJA]


9. Całe to piękno i krew, reż. Laura Poitras

fot. „Całe to piękno i krew”
fot. „Całe to piękno i krew” / mat. prasowe Against Gravity

Całe to piękno i krew, film Laury Poitras o życiu wybitnej amerykańskiej fotografki Nan Golding, wychodzi poza ramy dokumentu biograficznego. Intymna rozmowa z artystką przeprowadzana jest bez znieczulenia – jednak taka jest cena autentyzmu, a ścieżka artystyczna Golding to właśnie, rewolucyjna wręcz, walka o szczerość i prawdziwość. Sztuka Golding w filmie Poitras nie jest wykorzystywana jako ilustracja, a stapia się z wydarzeniami z życia artystki na równych prawach. 

Jednak prawdziwie unikalną cechą tego dokumentu jest ukazanie historii nietuzinkowego życia fotografki w kontekście epidemii AIDS i kryzysu opioidowego. Intuicja Poitras i głębia spojrzenia kamery ucieka od banału chronologii, a efektem tego jest prawdziwie pogłębiona refleksja obejmująca więcej niż biografia jednej osoby. Najmocniejszym punktem filmu jest bowiem klamra, która spina wszystkie poruszane tematy, wszystkie pojawiające się osoby, wszystkie fotografie, emocje, relacje. Jest nią to, do czego odwołuje się każde wielkie dzieło: miłość. Otwierająca film reminiscencja traumatycznego wydarzenia związanego z siostrą Goldin w toku filmu powraca jako ledwo szept. Ze zdwojoną siłą uderza widzów na zakończenie i nadaje całości nowy, głęboko humanistyczny sens.

Irena Kołtun

Nasza recenzja: Recenzujemy “Całe to piękno i krew”, laureata Złotego Lwa


8. Poprzednie życie, reż. Celina Song

fot. „Poprzednie życie”
fot. „Poprzednie życie” / mat. prasowe Gutek Film

„Uważasz, że ten film jest o tobie, ale tak naprawdę jest o mnie”. Greta Lee, odtwórczyni głównej roli w Poprzednim życiu, przywołuje słowa swojej matki, które, doskonale ujmują złożoność odbioru debiutu Celine Song. Past Lives można bowiem odczytywać na kilku poziomach, w zależności od czego film będzie zyskiwał lub tracił na uniwersalności. Łatwo utożsamić się z protagonistką, jej żalem, jakby tęsknotą za niezaistniałym, ale potencjalnie możliwym innym życiem. Jednak przy pławieniu się w tym uczuciu podczas seansu – czego sama jestem winna – zbyt często wymazuje się uwikłanie tej historii w międzykulturowe doświadczenie migracyjne. 

Poprzednie życie jest opowieścią o trójkącie miłosnym, tyle że nie w sensie romantycznym, a tożsamościowym. Dwóch mężczyzn w życiu Nory ucieleśnia jej wewnętrzne rozdarcie między Ameryką a Koreą. Stawki całego filmu nie stanowi więc wybór jednego z nich, lecz pogodzenie się z kompleksowością poczucia przynależności kulturowej. To, co zostaje porzucone, nie musi być utracone na zawsze, a to, co uzyskane, nie oznacza wieczności. Jednak płynne kategorie mają to do siebie, że nie dają jednoznacznej odpowiedzi przez pozostawiają cierpki posmak w ustach – w tym przypadku zarówno głównej bohaterki, jak i widzów. 

Joanna Stachnik

Nasza recenzja: Najpiękniejsze love story roku? “Poprzednie życie” [RECENZJA]


7. Czas krwawego księżyca, reż. Martin Scorsese

fot. „Czas krwawego księżyca”
fot. „Czas krwawego księżyca” / mat. prasowe Apple Studios

Kino w wykonaniu Martina Scorsese przez lata przyjmowało różne oblicza. I choć wielu wciąż kojarzy reżysera przede wszystkim z brawurowych filmów gangsterskich, to przez lata jego produkcje reprezentowały różne nurty. W Czasie krwawego księżyca otrzymujemy wypadkową tego, co u niego najlepsze. Mamy stale obecne w jego filmach gwiazdy mowa oczywiście o Leonardzie DiCaprio i Robercie De Niro, jednak w tym przypadku całe show skradła niesamowita Lily Gladstone. Jest także dość długi metraż i znakomicie przemyślana narracja, które idealnie ze sobą współgrają, z biegiem czasu budując napięcie. Wreszcie pojawia się niezwykle klimatyczna i znakomicie dobrana ścieżka dźwiękowa skomponowana przez stałego współpracownika Scorsesego Robbiego Robertsona.

W swojej najnowszej produkcji reżyser postanowił rozliczyć się z historią Ameryki lat 20., przedstawiając jej krwawy, nieco przemilczany epizod, którym były morderstwa na ludności należącej do plemienia Osagów. Celem zbrodni było przejęcie w formie spadków ogromnych majątków, które otrzymała tubylcza ludność, gdy na ich ziemiach znaleziono źródła ropy naftowej. Umiejscawiając akcję w takich realiach, reżyser wykorzystał życiorysy prawdziwych postaci, zaangażowanych w wydarzenia, w pełni korzystając przy tym z całego czasu trwania filmu (a są to trzy i pół godziny widowiska), by dokładnie nakreślić ich motywy i działania. Sam scenariusz został zresztą oparty na reportażu Davida Granna o tym samym tytule. W efekcie Czas krwawego księżyca to po prostu film, obok którego nie przejdzie się obojętnie. Oprócz wartości czysto rozrywkowej otrzymujemy znakomicie przedstawiony kawałek historii, która angażuje widza w takim stopniu, że nie jest on w stanie oderwać wzroku od ekranu.

Bartek Rusek

Nasza recenzja: „Czas krwawego księżyca” – Przerażająca bezradność [RECENZJA]


6. Oppenheimer, reż. Christopher Nolan

fot. „Oppenheimer”
fot. „Oppenheimer” / mat. prasowe Universal Pictures

Gdyby Robert J. Oppenheimer nie istniał, to Christoper Nolan najpewniej wymyśliłby jego postać, żeby nakręcić ten film. Samego Oppenheimera reżyser określił mianem „najważniejszej osoby, która żyła na świecie. Chociaż Brytyjczyk w tym stwierdzeniu może przesadził, ale cóż tego, skoro dowiózł jeden z najlepszych, a może i najlepszy film w swojej karierze. Fantastycznie obsadzony i zagrany, (Cillian Murphy, Robert Downey Jr., Matt Damon, Emily Blunt, etc.), ze świetnie poprowadzoną historią i reżyserskim sznytem Nolana. W trwającym trzy godziny Oppenheimerze Nolan dostarczył kilka scen, które na zawsze zostaną w pamięci – test bomby atomowej, przesłuchanie tytułowego bohatera z cudownie szarżującym Jasonem Clarkiem, wizualizacja skutków wybuchu bomby w czasie świętowania w Los Alamos czy widziana chyba przez każdego (bo utrwalona w memach) rozmowa Oppenheimera z Albertem Einsteinem z końcówki filmu.

Oppenheimer w box office’ie zarobił prawie miliard dolarów, ale nie można w tym kontekście zapomnieć o całym fenomenie zjawiska „Barbenheimer. W tym samym czasie premierę miały filmy Nolana i Grety Gerwig, co pozwoliło wytworzyć swoisty fenomen kulturowy. Ciemno-różowe stylizacje, podwójne seanse w kinach, mnogość dyskusji na temat tego, która produkcja jest lepsza. Bez Barbie biograficzny film o Oppenheimerze pewnie nie zawojowałby kin tak, jak to ostatecznie zrobił. Oppenheimer z jednej strony okazał się ogromnym sukcesem kasowym i artystycznym, a z drugiej najdojrzalszą produkcją Nolana, w której jego kunszt reżyserski i popisy aktorskie składają się na jeden z lepszych filmów biograficznych ostatnich lat. A opowiedziana w nim historia pod względem obaw związanych z bronią jądrową czy nadużyciami władzy jest ciągle boleśnie aktualna.

Jakub Trochimowicz

Nasza recenzja: „Oppenheimer” – Jak zacząłem się martwić i pokochałem swoje życie [RECENZJA]

Przeczytaj również:  W mroku antologii – Detektyw: Kraina nocy [RECENZJA]

5. ex aequo: Chłopi, reż. DK Welchman, Hugh Welchman

fot. „Chłopi”
fot. „Chłopi” / mat. prasowe Next Film

Po pierwszym seansie Chłopów nie spodziewałem się, że film ten określę moim ulubionym tytułem roku. Oglądałem go wówczas podczas mojego pierwszego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a uciesze ze spełnionego marzenia towarzyszyła wspaniała atmosfera w Teatrze Muzycznym. Wzruszeni malarze, tłumnie zapełniający pierwsze rzędy. Publiczność, która podczas napisów końcowych wstała z krzeseł, by skandować i klaskać w rytm utworu Jesień – Tańcuj. Poczucie zbiorowej ekscytacji i długie dyskusje po seansie. Obejrzałem ten film jeszcze trzykrotnie, a z każdym kolejnym seansem wzrastała liczba łez, które spływały po moich policzkach. Kilka miesięcy później, pisząc tą notkę, nucę pod nosem piosenki Jagna i Miłosny opętaniec z poczuciem słodkiej melancholii. I mam ochotę przeżyć te emocje po raz kolejny.

Nowa animacja duetu reżyserskiego Welchmanów uzupełnia to, czego brakowało ich poprzedniemu filmowi: to nie tylko piękny obraz, wykonany techniką malarską, lecz przede wszystkim wspaniała historia. Świat Reymonta nadal tętni życiem, a twórcy w pełni wykorzystali plastyczne pióro pisarza. W filmowym dziele pulsuje miłość do pierwowzoru, któremu nadano współczesnych rysów, szczególnie w kreacji postaci Jagny. Niemal dosłownie pulsuje również ekran, gdy deszcz zamienia pola w bagno, jesienne liście przyprósza gęsty śnieg, a między bohaterami dochodzi do dynamicznych potyczek. W pamięć zapadają zachwycające sceny tańca, chyba najlepsze w historii polskiego kina, które ukazują porywy wielkich namiętności. To właśnie one władają postaciami i doprowadzają do napięć, znajdujących ujście w finale filmu. Zakończenie to z jednej strony szokuje brutalnością, z drugiej natomiast symbolizuje wyzwolenie, nadzieję oraz wiąże się z poczuciem głębokiego katharsis

Co istotne, warstwy farby nie zasłaniają uczuć na twarzach aktorskich, a uwydatniają mimiczne niuanse. Dostrzegamy najmniejsze drgnienia warg Kamili Urzędowskiej. Każdy błysk w oku Mirosława Baki. Dzięki tym subtelnym zabiegom postać starego Boryny nie staje się jednoznacznie złowroga. Każdego bohatera da się tu bowiem wybronić. Mimo wszystkich krzywd, które wyrządzają w imię swoich racji, jesteśmy w stanie pojąć ich rozumowanie. Welchmanowie darzą ich empatią i miłością, a uczucia te nakładają pędzlem na ekran w najpiękniejszych barwach. To wszystko sprawia, że choć za oknem już zima, w moim sercu nadal tańcuje dziki jesienny wiatr.

Jakub Nowociński

Nasza recenzja: „Chłopi” – Nie nam sądzić Jagnę [RECENZJA]


5. ex aequo: Spider-Man: Poprzez multiwersum, reż. Joaquim Dos Santos, Justin K. Thompson, Kemp Powers

fot. „Spider-Man: Poprzez multiwersum”
fot. „Spider-Man: Poprzez multiwersum” / mat. prasowe UIP

Czy da się w ogóle dorównać animacji, obwołanej kultową już w momencie premiery? Across the Spiderverse udowadnia, że jeszcze jak. Zeszłoroczna produkcja nie tylko dorównała stronie realizacyjnej poprzedniej części, ale zaoferowała znacznie więcej. Wieloświat, który będziemy odkrywać z Milesem Moralesem, to nieustannie zmieniająca się feeria barw, form, dźwięków i zjawisk, stopniowo nabierajaca sensu i ładu. To tętniący życiem artystyczny kosmos, którego każdy element zaprezentowano z niezwykłą finezją i zróżnicowaniem, przez co ani przez chwilę nie odczujemy zmęczenia materiału. Do samej animacji dodać należy również fantastyczną obsadę głosową, przepiękny soundtrack czy liczne nawiązania do pajęczej historii i mitologii, które dodatkowo ucieszą wieloletnich fanów.

Spider-Man: Poprzez multiwersum jest filmem pełnym serca nie tylko do marki Człowieka-Pająka, ale także postaci noszących jego alias. Wszechobecny jest tu wątek wytyczania swojej własnej ścieżki, bez względu na przeciwności i przeciwników, co pasuje idealnie do opowieści o „tym drugim” Spider-Manie. Miles staje się tutaj pełnoprawnym protagonistą własnej historii, co, jak wiemy z poprzedniej części, nie jest tak oczywiste ani tym bardziej łatwe. A droga do celu wytyczonego w kolejnej części będzie jeszcze trudniejsza do pokonania. Do dziś wspominam zakończenie z ogromną dawką emocji, które mi wtedy towarzyszyły, a dwukrotna powtórka filmu nie osłabiła ich ani odrobinę.

Norbert Kaczała

Nasza recenzja: Recenzujemy „Spider-Man: Poprzez multiwersum”


4. Babilon, reż. Damien Chazelle

fot. „Babilon”
fot. „Babilon” / mat. prasowe UIP

Trzy godziny czystego szaleństwa i jazdy bez trzymanki. Wydawać się mogło, że to nie ma prawa się udać, ale Damien Chazelle stwierdził „Ta? To patrzcie teraz” i dostarczył monumentalną, hollywoodzką epopeję. Babilon jest pełen kolorów, pięknych kostiumów czy scenografii oraz świetnych kreacji aktorskich. Najlepsza rola Margot Robbie w karierze? Na pewno ścisła topka. Do tego czarujący Diego Calva oraz nieco przygaszony, ale nadal czarujący Brad Pitt.

Pomimo niewątpliwie trudnej tematyki, jaką jest samo kino oraz jego ujęcie historyczne, Chazelle zbudował pomnik. Pomnik, który nie bombarduje nas datami i nazwiskami, a który możemy bardzo łatwo odczytać. W całym tym chaosie, jaki wylewa się z ekranu podczas seansu, wyłania się jeszcze jeden obraz – Chazelle po prostu kocha kino, co pokazuje chociażby ostatnia scena, przedstawiająca ewolucję filmu, kiedy twórca przemawia przez postać Manny’ego. Babilon jest łącznikiem pomiędzy nami a reżyserem. Nie jest to sztuka dla sztuki, którą ktoś wymyślił sobie jako formę hołdu dla kinematografii. Bardziej zaproszenie, aby wspólnie z reżyserem odbyć tę nostalgiczno-szaleńczą podróż w czasie i razem móc przeżywać to, co tak wszyscy uwielbiamy. No, może za wyjątkiem spotkania z tajemniczym właścicielem kasyna i zakończonej strzelaniną wizyty w tunelu, który jest miejscem pracy dla człowieka jedzącego żywe szczury dla pieniędzy czy domem krokodyla.

Po seansie nasuwa się z kolei jedno pytanie: czy Justin Hurwitz zadzwonił na policję? Akademia ewidentnie, w biały dzień, okradła go z Oscara za najlepszą muzykę. Blisko pięćdziesiąt utworów z pogranicza jazzu i współczesnej muzyki klasycznej to zdecydowanie jeden z najlepszych soundtracków ostatniej dekady.

Daniel Łojko

3. Godzilla Minus One, reż. Takashi Yamazaki

fot. „Godzilla: Minus One”
fot. „Godzilla: Minus One” / mat. prasowe Piece of Magic Entertainment

Rzadki przypadek filmu, który do zachodniej dystrybucji wchodzi w ciszy, by pokazać hollywoodzkim molochom jak przy niewielkim budżecie stworzyć blockbuster kompletny. Godzilla Minus One to kino idealnych proporcji, ale też zwodniczych paradoksów: jednocześnie intymne i spektakularne, wywrotowe i zakorzenione w tradycji. Dramat jednostki w końcu angażuje tu nie mniej niż widok jaszczura obracającego w pył miejski krajobraz. U Takashiego Yamazakiego spektakl zniszczenia rozgrywa się przede wszystkim w odmętach ludzkiej psychiki, a tytułowe monstrum służy za materializację narodowego poczucia winy po działaniach w czasie wojny.

Dekonstrukcji ulega wciąż pokutujący mit romantycznej śmierci na rzecz kraju. Nowe zagrożenie przypomina bohaterom, że ważniejsza od aktów heroizmu jest jedność rodziny, wzajemna obecność, która w dobie kryzysu jako jedyna może stać się dla społeczeństwa moralnym drogowskazem. Imponuje ogrom symboliki, jaką Yamazuki wtłacza w figurę kaijū: od wspomnienia broni atomowej przez niemożność przepracowania powojennej hańby po koreedowski z ducha namysł nad niejednoznacznością pojęcia rodziny i konfrontację z własnymi słabościami. Dochodzi do tego krzyk niezgody wobec systemowego okrucieństwa, krytyka wielopoziomowej ułomności japońskiego aparatu władzy. A kiedy już potwór wychodzi z ukrycia, serce podchodzi do samego gardła – to przerażająca jak nigdy wcześniej biologiczna hybryda, owładnięta żądzą zniszczenia i terroru. 

Minus One stanowi zresztą popis kreatywności w dyrygowaniu napięciem, wyraz inscenizacyjnego kunsztu, a także dowód na to, że emocjonalnie złożone postaci nie muszą przeczyć narracyjnej dynamice. I choć dla niektórych jeszcze zbyt wcześnie na koronowanie dzieła Yamazukiego mianem najlepszego filmu z udziałem Godzilli, na pewno jest tym najbardziej spełnionym.

Wiktor Szymurski

Nasza recenzja: „Godzilla: Minus One” – Moja wojna wciąż trwa [RECENZJA]

Przeczytaj również:  Trochę zbyt piano – „Pianoforte” [RECENZJA]

2. Duchy Inisherin, reż. Martin McDonagh

fot. „Duchy Inisherin”
fot. „Duchy Inisherin” / mat. prasowe Disney

Znacie ten moment w trakcie dorastania, kiedy dochodzi do was, że przyjaciele, którzy mieli pozostać nimi na całe życie, gdzieś przepadli? Oglądacie zdjęcia z przeszłości i przypominacie sobie o bliskich wam ludziach, a potem ogarniacie, że nie rozmawialiście już od kilku lat. Z dnia na dzień ktoś przestał odpisywać, ale nie przypominacie sobie, jak do tego doszło. To pewnie naturalny etap dojrzewania – człowiek wyjeżdża z domu, znajduje  zupełnie nowe towarzystwo, odkrywa, że w sumie się zmienił. Może to zmiana samoistna, może pod wpływem tych nowych kontaktów. Ze starymi znajomymi łączy nas coraz mniej, a przypadkowe spotkanie pewnie skończyłoby się na wspominaniu dawnych czasów. To, co was łączyło, już przepadło – a może i tak było to tylko zrządzenie losu, które sprawiło, że urodziliście się i wychowaliście w tym samym miejscu. 

Bohaterowie Duchów Inisherin nigdy nie mogli się przekonać, jak by to było poznać innych ludzi. Uwięzieni na irlandzkiej wysepce na początku XX wieku od zawsze byli na siebie skazani. Kiedy Colm mówi Pádraicowi, że nie ma zamiaru już z nim się zadawać, wydaje się to desperackim aktem zwrócenia na siebie uwagi. Kto kończy przyjaźń ot tak, z dnia na dzień? Historia, którą przedstawia w swoim filmie Martin McDonagh jest tym bardziej tragiczna, że przez Colma przemawia depresja. Ma on poczucie, że jego czas dobiega końca, więc nie ma zamiaru marnować go na zadawanie się z człowiekiem, który w żaden sposób go nie wzbogaca. Trochę jak w tych poradach coachów z LinkedIna, namawiających nas do odpulenia starych znajomości i skupienia się na samorozwoju lub przebywaniu z ludźmi sukcesu, żeby samemu stać się jednym z nich. 

Odbiór Duchów Inisherin zależy też od tego, po której stronie się znajdowaliśmy. Czy to my opuszczaliśmy naszych przyjaciół, aby szukać innych, czy to nas pozostawiano na lodzie, pomimo że próbowaliśmy te relacje ocalić. Z jednej strony żal Colma – przez jego działania przemawia wyniszczająca go choroba. Z drugiej – postać Pádraica, który dowiaduje się, że jest przez wszystkich uważany za pociesznego głupka, a nie godnego partnera do rozmowy to jeden z najsmutniejszych portretów w kinie w 2023 roku. Na szczęście McDonagh nigdy nie przelewa czary goryczy   i dba o to, żeby jego film był czymś więcej niż zaledwie portretem końca przyjaźni. Sporo w Duchach Inisherin (dość czarnego) poczucia humoru, atmosferycznej muzyki i pocztówkowych kadrów, pozwalających ukoić nerwy, a nawet pewnego rodzaju komentarzy na temat sztuki jako takiej. Kiedy bowiem w jednej ze scen Colm dochodzi do wniosku, że pijąc i bawiąc się w pubie jedynie odwleka nieuniknione, ciężko nie pomyśleć, że właśnie sami to robimy. Oglądamy perypetie dwóch smutnych facetów na irlandzkiej wyspie.

Wiktor Małolepszy

Nasza recenzja: „Duchy Inisherin” – Sami swoi, sami inni [RECENZJA]


1. Aftersun, reż. Charlotte Wells

fot. „Aftersun”
fot. „Aftersun” / mat. prasowe M2 Films

Ciepłe promienie słońca, smak bezalkoholowych drinków, odciski po kolorowych, plastikowych opaskach i wszystkie inne uroki wakacji all inclusive stają się – całkowicie niespodziewanie – oprawą opowieści o relacji dziecka ze swoim rodzicem; historii,  która, chociaż niesamowicie kameralna, absolutnie miażdży swoim emocjonalnym ciężarem.

Rodzice to w kinie temat bardzo wdzięczny. Uosabiają dobro absolutne albo są prawdziwymi potworami – pamiętamy macochy-wiedźmy czy nieobecnych ojców. Wells jednak w swoim debiucie pokazuje obraz ojca dużo bardziej niejednoznaczny. To portret złożony, wolny od konwencji, gdzie rodzic definiowany jest jedynie przez relację względem swojego dziecka.

I chociaż w Aftersun dominują nuty słodkie, gdzieś pomiędzy tymi strzępkami wspomnień, uśmiechami i ogólną sielanką przemykają niepokój i melancholia. Córka i ojciec wspólnie spędzają wakacje w tanim, tureckim resorcie. Z kurortu czynią swoją arkadię, miejsce gdzie nie ma miejsca na żadne zmartwienia czy trudy – można udawać, że problemy finansowe nie istnieją czy że zostanie rodzicem w wieku dwudziestu lat wcale nie jest niczym trudnym. Tyle że żadne z nich w to udawanie do końca nie wierzy. 

Narracja podzielona jest na dwie płaszczyzny – część dzieje się na rajskich wakacjami z dzieciństwa, część we współczesności, gdzie Sophie przegląda zrobione wówczas amatorską kamerą nagrania. Powraca też motyw imprezy, dziwacznego mikroplanu, gdzie ojciec i córka – tym razem już jako jego rówieśniczka – znajdują się na gigantycznym urojonym rave’ie, wiecznie rozdzieleni tłumem ciał. Trudno jest dotknąć rodzica, kiedy jego postać zbudowana jest na iluzjach i licznych drobnych, pchanych rodzicielską troską przekłamaniach.

Aftersun nie przejmuje się fabularnością – delikatnie popycha nas przez zabarwione niebem i chlorowaną wodą wspomnienia. Otula widza nostalgią i tęsknotą. Na horyzoncie pojawiają się też chmury – w końcu jednym z najstraszniejszych doświadczeń jest zrozumienie, że twoi rodzice to po prostu ludzie.

Od razu po powrocie z kina zadzwoniłem do swoich rodziców. A przez resztę wieczoru płakałem. Ale tego już im nie powiem.

Łukasz al-Darawsheh

Nasza recenzja: Powrót do tamtych dni. Recenzujemy “Aftersun”


korekta: Kamil Walczak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.