48. Festiwal Polskich Filmów FabularnychZestawienia

Nasz wybór filmów z ostatnich lat FPFF w Gdyni [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
Kolaż zdjęć stworzony przez Jakuba Kozłowskiego

Już dziś rozpoczyna się 48. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Dlatego postanowiliśmy podzielić się z Wami naszymi ulubionymi filmami z ostatnich 5 edycji. Ale postawiliśmy na nieco mniej oczywiste wybory. Nie laureatów Złotych czy Srebrnych Lwów, ale pozycje, które zdecydowanie zasługują na zapamiętanie, a o których często zapominamy. Niech to będzie dowód, że w polskim kinie dobrze się dzieje!


Fuga, reż. Agnieszka Smoczyńska [KONKURS GŁÓWNY 2018]

fot. „Fuga”
fot. „Fuga” / mat. prasowe Kino Świat

Po swoim ekstrawaganckim debiucie Córki dancingu Agnieszka Smoczyńska wzięła się za projekt zupełnie odmienny minimalistyczną opowieść o kobiecie, która przez fugę dysocjacyjną utraciła swoją tożsamość. Po dwóch latach od zaginięcia Alicji (w tej roli fenomenalna Gabriela Muskała), kobieta powraca do domu rodzinnego, lecz okazuje się, że wolałaby odciąć się od swojego dawnego, zapomnianego życia. Kobieta nie wie, co robiła przez ostatnie miesiące. Nie poznaje najbliższych członków rodziny: matki, męża, syna. Czuje się obco we własnym łóżku, podczas gdy rodzina oczekuje od niej szybkiej rekonwalescencji i powrotu do starej rzeczywistości.

Za scenariusz do filmu odpowiada sama odtwórczyni głównej roli. Aktorkę-scenarzystkę zainspirowała ujrzana w telewizji historia kobiety chorej na amnezję, która prosiła o pomoc w odzyskaniu utraconej tożsamości. W efekcie powstał film niezwykły cicha psychodrama, która może być traktowana jako studium psychologiczne lub esej filozoficzny na temat odnajdywania własnego ja” i odzyskiwania autonomii nad swoim życiem. To historia szalenie bliska człowieka. Alicję odkrywamy razem z nią samą, konstruujemy ją od podstaw. Fantastycznej roli Muskały dotrzymuje kroku Łukasz Simlat, który portretuje postać męża protagonistki. Gdy atmosfera między małżonkami gęstnieje, aktorzy wspinają się na swoje wyżyny, pokazując niezwykle barwną paletę emocji.

Neony i szaleństwo barw Córek dancingu zostały zamienione na monochromatyczne, przyblakłe kolory. Muzykę disco zastąpiła głucha cisza i szum, które niemiłosiernie brzęczą w uszach. Zamiast syrenich pląsów, dostaliśmy mroczną rewizję historii kobiety zagubionej w labiryncie poszlak i wskazówek na temat własnego życia. Kontrast między nowym dziełem Smoczyńskiej a jej debiutem pokazało skalę jej umiejętności i sprawiło, że reżyserka stała się niemożliwa do zaszufladkowania. Tym samym stała się jedną z najbardziej intrygujących twórczyń młodego pokolenia.

Jakub Nowociński

7 uczuć, reż. Marek Koterski [KONKURS GŁÓWNY 2018]

fot. „7 uczuć”
fot. „7 uczuć” / mat. prasowe Kino Świat

Marek Koterski to pewnie jeden z najbardziej konsekwentnych polskich twórców filmowych. I nie chodzi tu tylko o to, że uparcie kręci wciąż ten sam film z Adasiem Miauczyńskim jako protagonistą. Mam na myśli bardziej to, że z godną podziwu stałością uczuć rozwija obsesyjno-kompulsywny język postaci oraz Miauczyńskie lęki i zmartwienia. Doskonali styl, dzięki któremu żaden dialog, żadne natręctwo ani żaden lapsus nie jest przypadkowy. Można by nazwać go, przy całej obrazoburczości tego porównania, zastępcą Gombrowicza – z tym, że w późnonowoczesnej, stale zestresowanej i znerwicowanej wersji. Porównanie to przywołuję głównie ze względu na 7 uczuć.

W swoim ostatnim filmie Koterski wykorzystał zabieg znany z Ferdydurke: w role dziecięce wcielili się dorośli ludzie. Z jednej strony to sytuacja pastiszowa, bo oglądamy tuzy polskiego aktorstwa (Chyra, Figura, Dorociński, Muskała, Więckiewicz) w infantylnych sytuacjach, podstawówkowych przepychankach, bawiących się przednio na podwórku i przy trzepaku. Z drugiej strony Koterskiemu udaje się osiągnąć „dziecinnie” prosty efekt: dotrzeć do perspektywy dziecka i nadać jej brakującą podmiotowość. W końcu punktem wyjścia dla narracji jest terapia dorosłego Adasia, który ma problem z nazywaniem własnych emocji. Powrót do przeszłości to okazja, by, na szczęście bez nadmiernej psychoanalizy, zmierzyć się z fundamentalnym niezrozumieniem swoich potrzeb przez dorosłych. Pozwolić sobie na błędy, zauroczenia i inne słabości, bez krytycznego rewidowania: „ale byliśmy głupi”.

Kamil Walczak

Wszystko dla mojej matki, reż. Małgorzata Imielska [KONKURS GŁÓWNY 2019]

fot. „Wszystko dla mojej matki”
fot. „Wszystko dla mojej matki” / mat. prasowe Dystrybucja Kinowa TVP

Nie wiem jakich apeli było więcej. Czy tych o polskie kino gatunkowe, czy może tych o polskie kino społeczne, zaangażowane. Wiem natomiast jak wstrząsającym seansem, prawie na początku mojej pierwszej Gdyni, był film Małgorzaty Imielskiej. Nie znając szerzej jej dokumentalnej twórczości (a należy podkreślić, że jest ona wyjątkowa, zwłaszcza “Miłość i puste słowa”), nie spodziewałem się tak wnikliwejgo, przeszywającego spojrzenia na zakład poprawczy, relacje wewnątrz niego, a wreszcie też dokumentlaną czułość z jaką reżyserskim okiem patrzy Imielska na Olę. 

Nagrodzona za profesjonalny debiut aktorski Zofia Domalik niesie na barkach całość opowieści, kamera nie spuszcza jej z oka; w wielkim wyzwaniu aktorskim musi ogrywać mrok poszukujący choć odrobiny światła. I było to niewątpliwie wielkie objawienie; zarówno jeśli chodzi o dokonanie reżyserskie jak i obsadowe –  obok Domalik świetne role wykreowały także choćby Maria Sobocińska, Jowita Budnik czy Magdalena Celmer. 

Wracając jednak do początkowej refleksji. Poszukiwanie kina społecznego, zaangażowanego, walecznego, towarzyszy mi rok rocznie jako bagaż podróży na Festiwal. Zdarzają się jednak edycje, gdy udaje się je znaleźć; w 2019 roku w “Wszystko dla mojej matki”, w 2022 w “Śubuku”. Oby tym razem było podobnie. 

Maciej Kędziora

Supernova, reż. Bartosz Kruhlik [KONKURS GŁÓWNY 2019]

fot. „Supernova”
fot. “Supernova” / mat. prasowe Forum Film Poland

Debiut fabularny Bartosza Kruhlika to niezwykle cenny obraz polskiej lokalności. Znany z gazet polityk krajowy staje się sprawcą wypadku. W jego wyniku ginie matka i córka. Całość akcji rozgrywa się na krajowej, przywiejskiej drodze „alejkowej” z drzewami po obu stronach jezdni. Gdy przyjeżdża policja, okazuje się, że funkcjonariusz jest powiązany z ofiarą, a sprawca panicznie umknął do lasu, planując z przełożonymi, jak wywinąć się od odpowiedzialności. To przykład sprawy, którą znamy bardzo dobrze: chowanie się za immunitetem, opieszałość władz publicznych i piętrząca się frustracja lokalnej społeczności.

Supernova uchwytuje społeczny wkurw na polityków, dla których władza stała się redundantną grą o wpływy i przywileje. Kruhlik nie ucieka na szczęście w populizm, ale korzysta z motywów klasowych nierówności i dyskursu postkomunizmu, żeby jak w soczewce przedstawić rozczarowanie ludu, poczucie systemowej niesprawiedliwości i bezradności. Eskalacja politycznej przemocy, przeplatanej personalnymi utarczkami – to portret zawodu III RP, jej instytucjami i marazmem.

Kamil Walczak

Sweat, reż. Magnus von Horn [KONKURS GŁÓWNY 2020]

fot. „Sweat”
fot. „Sweat” / mat. prasowe Gutek Film

Sylwię Zając zna niemal każdy. Ma setki tysięcy followersów, pojawia się na okładkach magazynów, wydaje DVD z ćwiczeniami fitness. Uśmiech nie schodzi z jej ust. Wstawia selfie z treningu, zdjęcie obiadu z cateringu dietetycznego, a następnie wrzuca kolejny blok reklamowy, składający się z prezentów, które kurier zostawił jej na wycieraczce. Próbuje zmotywować całą Polskę do dbania o formę i bycia „najlepszą wersją siebie”, a ludzie ją za to uwielbiają. Proszą o autografy i mówią, że odmieniła ich życie. I choć w internecie zawsze jest szczęśliwa, jej prywatne życie nie przypomina tego instagramowego. Gdy kobieta wraca do domu, słychać odbijającą się od ścian głuchą ciszę. Jeśli wyłączy telefon, zostanie z tą ciszą zupełnie sama. Towarzyszy jej jedynie pies. Za performowaną pewnością siebie i ekshibicjonizmem skrywa się głęboka samotność. 

Sylwia decyduje się na odważny krok przyznaje się swoim obserwatorom, że nie jest szczęśliwa i brakuje jej bliskości. Mówiąc to, płacze. Burzy wizję perfekcyjnej siebie, co nie podoba się światu. Jej historię Magnus von Horn opowiada w sposób niezwykle czuły. Twórca wpadł na pomysł na scenariusz podczas przeglądania profili celebrytek fitness dokładnie takich, jak protagonistka. Obserwując je, zauważył w sobie emocje, które mu się nie spodobały: pogardę, poczucie wyższości, niesmak. Zaczął się zastanawiać, skąd się pojawiły. Uznał, że są one jego lustrzanym odbiciem. Mówią więcej o nim samym niż o oglądanych w telefonie kobietach. W konsekwencji dokonał czegoś, co rzadko wcześniej się udawało zrobił z influencerki pełnoprawną, kompleksową postać z rozbudowanym rysem psychologicznym; człowieka z krwi i kości. Podszedł do niej z ogromną wrażliwością, dzięki czemu pozbawił siebie oraz widza wszystkich uprzedzeń.

Wyjątkowo doceniam Sweat również za fakt, że przedstawił mi Magdalenę Koleśnik – jedno z największych aktorskich odkryć ostatnich lat. Z nieprawdopodobną charyzmą tworzy bohaterkę naturalną do granic możliwości. To postać, którą dobrze znamy z mediów społecznościowych. Tym razem bariera, którą stawia między sobą a odbiorcą zostaje zburzona. Możemy się w całej okazałości przejrzeć w jej emocjach. Również Aleksandra Konieczna błyszczy w epizodycznej roli matki głównej bohaterki – poprzez niuanse pokazuje się nam relację, która budowała i wyniszczała Sylwię. To wspaniałe kreacje aktorskie, które w połączeniu ze scenariuszem von Horna tworzą piękną całość – jeden z moich ulubionych polskich filmów ostatnich kilku lat.

Jakub Nowociński

Ostatni komers, reż. Dawid Nickel [MIKROBUDŻETY 2020]

fot. „Ostatni komers”
fot. „Ostatni komers” / mat. prasowe Galapagos Films

Był to premierowy rok dla filmów ukończonych w ramach priorytetu mikrobudżetowego, utworzonego przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Celem projektu było ułatwienie filmowcom stworzenia pierwszego filmu. Ostatni komers okazał się pierwszym zwycięzcą podczas gdyńskiego konkursu prezentującego owe dzieła. Film Dawida Nickla od samego początku rozpalał moją wyobraźnię – nostalgiczny filtr, tętniący rytm duchologii i imprezy (których w rodzimym kinie zawsze za mało). Nie spodziewałem się jednak poruszenia, jakie wywoła we mnie opowieść inspirowana literaturą Anny Cieplak. 

Nickel bawi się formą. Proponuje nam mastershot, Explosion, pastelowy filtr na basenie, złotą poświatę okalającą obraz. A także pełną brawury, drapieżną narrację. Z jednej strony to historia pełna lekkości Z drugiej – wyciszona, potrafiąca grać na czułych nutach, jak wtedy, gdy Nickel odkrywa przed nami najpiękniejszą scenę coming outu w historii rodzimej kinematografii. Proces czytania listu, niepewności, młodzieńczego porywu serca: to wszystko tu jest. Zaprasza nas do świata; nawet jeśli na koniec pozostaje nam gorycz odrzucenia. 

Wreszcie Ostatni komers udowodnił, że w priorytecie tkwi ogromny potencjał na zrobienie czegoś wyjątkowego. Nie zawsze ten potencjał udaje się spełnić – tylko kilka filmów w moim przekonaniu wyszło naprawdę dobrze, ale dzięki Nicklowi można było uwierzyć, że da się. I oby udawało się to jak najczęściej. 

Maciej Kędziora

Piosenki o miłości, reż. Tomasz Habowski [MIKROBUDŻETY 2021]

fot. „Piosenki o miłości”
fot. „Piosenki o miłości” / mat. prasowe Gutek Film

Większość ludzi na irytujące czy rozczarowujące zachowania Roberta reaguje wzruszeniem ramionami i mruknięciem pod nosem: „cały on”. Syn znanego aktora. Chłopak o dużych ambicjach dotyczących kariery w branży muzycznej, ale znacznie mniejszych umiejętnościach. Z jednej strony pragnie odciąć się od własnego nazwiska, lecz z drugiej chętnie je wykorzystuje w dogodnych dla siebie momentach. Mimo to wzbudza powszechną sympatię – przecież jest taki czarujący (w końcu gra go Tomasz Włosok), no może trochę pogubiony… wyrośnie z tego.

Robert stanowi jednak tylko pozorne centrum Piosenek o miłości. On, jak i cały film orbituje wokół Alicji (debiutancka rola Justyny Święs), kelnerki o pięknym głosie. Jednak śpiew, przede wszystkim ze względów ekonomicznych, traktuje wyłącznie w kategorii pasji. Wszystko zmienia się, kiedy zaczepia ją jeden z klientów, rzeczony Robert, i namawia do podjęcia muzycznej współpracy.

Trop stary jak świat – dwójka ludzi z zupełnie innych światów. Lecz w filmie Tomasza Habowskiego historia relacji to jedynie punkt wyjścia do sportretowania bezwzględności świata artystycznego. Wykorzystując różne pozycje swoich bohaterów, pokazuje jak niewiele zależy od samego talentu, a muzyczna oryginalność jest podrzędna względem wykalkulowanej mainstreamowości.  

Joanna Stachnik

Powrót do tamtych dni, reż. Konrad Aksinowicz [KONKURS GŁÓWNY 2021]

fot. „Powrót do tamtych dni”
fot. „Powrót do tamtych dni” / mat. prasowe Kino Świat

Ostatnio coraz więcej w polskim kinie narracji osadzonych w latach 90. Wciąż jednak czuję, że ten ciekawy historycznie okres ma o wiele więcej do zaoferowania niż nieustannie na nowo eksplorowane czasy wojenne. Najntisy nad Wisłą były momentem, gdy wzrastała w narodzie nadzieja, a postsowieckie blokowiska rozświetliły kolorowe ortaliony. Jednak tak szybko, jak zakwitł entuzjazm narodu, tak szybko pojawiły się nowe problemy, częściowo eksplorowane chociażby w bardzo udanym Najmro – nie każdego było stać na to, żeby przeżyć w tej nowej rzeczywistości, szczególnie biorąc pod uwagę galopującą inflację i rosnące bezrobocie. 

Częściowo opowiada o tym jeden z moich ulubionych polskich filmów ostatnich lat – Powrót do tamtych dni Konrada Aksinowicza. Reżyser i scenarzysta opowiada historię, która mocno oparta była na jego własnych wspomnieniach, ale stanowi też część wspólnego doświadczenia wielu millenialsów. Powracający z zagranicy ojciec powraca nie tylko z pieniędzmi, ale też chorobą alkoholową, bardzo realistyczne pokazywaną przez Aksinowicza. Alkoholizm ukazywany jest przez niego momentami wręcz w kluczu horroru. Zmienia najwspanialsze osoby w potwory, które nie mają nic wspólnego z ludźmi, którymi wcześniej byli. Sprawia, że zarówno dni, jak i noce przepełnione są strachem. Wielka w tym również zasługa niesamowitej roli Macieja Stuhra, któremu udaje się wetknąć resztki upadłego człowieczeństwa w swojego pochłoniętego delirium bohatera. Tak łatwo byłoby przedstawić go jako podłego i niegodnego litości, lecz ostatecznie jest nam go po prostu żal. To wielki sukces tego niezwykle smutnego filmu.

Wiktor Małolepszy

Kobieta na dachu, reż. Anna Jadowska [KONKURS GŁÓWNY 2022]

fot. „Kobieta na dachu”
fot. „Kobieta na dachu” / mat. prasowe Kino Świat

Kobieta na dachu w reżyserii Anny Jadowskiej rozpoczyna się najbardziej osobliwą sceną napadu na bank, jakiej doświadczyłem w kinie. Sześćdziesięcioletnia Mira (wspaniała Dorota Pomykała), na co dzień spokojna położna, wychodzi z mieszkania i niepewnym krokiem sunie do pobliskiego banku. W akcie desperacji wyjmuje z torebki mały kuchenny nóż i mówi do kasjerki: „Proszę pani, to jest napad”. Próba wyłudzenia pieniędzy kończy się jednak porażką. Zawiadomiona zostaje policja, a zażenowana swoją nieporadnością bohaterka wychodzi z budynku i idzie do pracy. 

Mira była do tej pory kobietą niewidzialną. Nikt nie zastanawiał się, jak się czuje ani jakie są jej potrzeby. Takie osoby dobrze znamy – to nasze ciotki, ekspedientki w sklepie, kobiety mijane na ulicy. Nie zwracamy na nie uwagi, przez co one również przestają zwracać uwagę na same siebie. Protagonistka mówi wiecznie ściszonym głosem, jak gdyby wstydziła się odezwać, zmieszana uwagą, którą właśnie dostała.

Każdy element filmu obrazuje marazm życia Miry. Akcja ma miejsce w mieście z betonu, którego przygnębiające osiedla pamiętają czasy PRL-u. Za pensję położnej nie da się wyremontować starego mieszkania. W jego pokojach rządzą mężczyźni: w jednym nieporadny i zobojętniały syn, a w drugim milczący mąż, którego pochłonął ekran telewizora. Ona czuje się stłamszona we własnym domu, pogrąża się w monotonii życia, nad wiaderkiem ziemniaków. To wszystko składa się na pełen zrozumienia i empatii obraz kobiety-widma, a rola Pomykały na długo zostaje w głowie.

Jakub Nowociński

Apokawixa, reż. Xawery Żuławski [KONKURS GŁÓWNY 2022]

fot. „Apokawixa”
fot. „Apokawixa” / mat. prasowe Next Film

A po maturach… zorganizowaliśmy największą imprezę na wybrzeżu, podczas której nasi znajomi zamienili się w zombie. Już tak okrojony opis Apokawixy sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z kinem gatunkowym, na które w Polsce – z różnych względów – niechętnie przyznaje się adekwatny budżet. Jednak komu zaufać, jeśli nie Xaweremu Żuławskiemu, który udowodnił, że doskonale radzi sobie z narracyjnym obłędem, tym na podstawie prozy Masłowskiej (Wojna polsko-ruska), jak i autorskiego scenariusza ojca (Mowa ptaków).

Apokawixę trudno przypisać do jednego gatunku filmowego. Łączy ze sobą elementy horroru (przywołaną apokalipsę zombie), produkcji coming-of-age (mierzenie się z policealną rzeczywistością przez grupę nastolatków) i kina społecznego (konsekwencje chemicznego zanieczyszczania wód w kraju). Wszystko to spaja charakterystyczny styl reżysera oparty na zabawie słowami i hipnotycznych inscenizacjach. Daje również przestrzeń do aktorskiego szaleństwa – tym razem mniej opatrzonym twarzom młodego pokolenia (Kubacki, Pitry, Stalmierska), ale także weteranom polskiego ekranu (Pazura, Kot, Damięcka).

Czas akcji obejmuje okres pandemicznego apogeum. Żuławskiego mniej jednak interesują prawne obostrzenia, a wynikające z nich samotność, melancholia i znudzenie. Dla młodzieży szczególnie trudne, gdyż wiążące się z poczuciem odbierania im najlepszych lat życia. Stąd dochodzi do pomaturalnej imprezy w nadmorskiej rezydencji rodziców jednego z absolwentów. Imprezy, która kończy się walką o przetrwanie.  

Joanna Stachnik

korekta: Kamil Walczak, Jakub Nowociński

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.