KulturaMuzykaPublicystykaZestawienia

Czego słuchaliśmy w 2023 roku? Muzyczne rekomendacje Filmawki

Redakcja Filmawki

2023 rok przyniósł nam ogrom znakomitej muzyki, czego efektem były regularne zestawienia polecanych albumów, publikowane przez naszą redakcję. I choć od kwietnia ukazywały się one regularnie, tak przez przytłaczającą ilość ukazujących się świetnych wydawnictw, nie byliśmy w stanie napisać o wszystkim, czego w tym czasie słuchaliśmy. Dlatego też w naszym podsumowaniu rocznym znajdą się jedynie te albumy, o których nie zdołaliśmy napisać wcześniej – zarówno z grudnia 2023 roku, jak i wszystkich poprzednich miesięcy. Tradycyjnie więc zapraszamy Was do lektury i, przede wszystkim, do słuchania!


Łowcy Nostalgii – Marzyciel | folk, poezja śpiewana | grudzień 2023

Okładka płyty Łowcy Nostalgii – Marzyciel

Wydana pierwszego dnia grudnia debiutancka płyta łódzkiej formacji Łowcy Nostalgii stanowi niesamowicie sentymentalną podróż do przeszłości. Choć na pozór zespół korzysta ze skromnej liczby instrumentów (wokalowi Piotra Jachuły towarzyszy jego akordeon i w jednym utworze gitara klasyczna, a przez cały album wtóruje mu Daniel Jarzębski na gitarze elektroakustycznej i Paweł Zawierucha wybijający rytm na cajonie), tak muzycy w trakcie gry wykorzystują ich pełen potencjał, racząc nas często mocno nieszablonowymi zagrywkami. A wszystko to do tekstów – niesamowitych i nawiązujących do tego, czego obecnie, po upływie lat, już nie uświadczymy.

Tytułowa nostalgia, wybrzmiewająca w nazwie zespołu, nie wynika bowiem jedynie z użycia wspomnianych instrumentów. Przejawia się przede wszystkim w sferze lirycznej albumu, który w mocno sentymentalny sposób opowiada o przeszłości. I choć teksty Łowców Nostalgii dotyczą także prywatnych historii (jak utrzymana w pozornie poważnym tonie zabawna ballada o… kurze Marzenie), tak większość opowiada o tym, co niektórzy z nas wciąż doskonale pamiętają. Na Marzycielu usłyszymy bowiem o znikających już z dworców kolejowych tablicach paletowych, czasach analogowych fotografii czy dawnych bohaterach filmowych – Leszku Góreckim z Daleko od Szosy i doktorze Wilczurze ze Znachora. Album stanowi jedyną w swoim rodzaju podróż do nostalgicznej przeszłości, którą niczym w śnie przemierzamy wspólnie z zespołem. (Bartłomiej Rusek)


Pezet – Abstrakt EP | rap | grudzień 2023

Okładka płyty Pezet – Abstrakt EP

W 2023 roku kolejny polski raper świętował 25-lecie swojej kariery muzycznej. Mowa oczywiście o Pezecie. Zaczynający w 1998 roku w grupie Płomień 81, Paweł z Ursynowa w połowie grudnia ubiegłego roku wydał krążek Abstrakt EP. Przypieczętowując ćwierćwiecze raperskiej działalności, Pezet zaprezentował sześć nowych utworów. Promocję epki rozpoczęło wydanie kawałka Tamtego lata (radiowy). Była to również zapowiedź konceptu płyty, zwiastun jej wyjątkowej chronologii.

Każdy z utworów stanowi odniesienie do konkretnego albumu Pezeta – do Muzyki klasycznej, Muzyki poważnej, Muzyki rozrywkowej, Radia Pezet, Muzyki współczesnej i wreszcie Muzyki komercyjnej. Nawiązanie to odbywa się zarówno poprzez teksy, jak i warstwę muzyczną. Poszczególne brzmienia urastają momentami do ogromnej nostalgii – przede wszystkim w Pożegnaniu (poważny). Jednoznacznie da się również wytypować, bez podglądania tytułów utworów, że Tokyo (współczesny) to wspomnienie Muzyki współczesnej.

Raper w kolejnych kawałkach odwołuje się do swoich muzycznych inspiracji, powtarza wykorzystywane już wcześniej wersy, nawiązuje do konkretnych, kontrowersyjnych momentów w swoim życiu. Po wydaniu epki Pezet pytał w swoich social mediach, który kawałek według fanów najbardziej oddaje klimat danej płyty. Dla mnie jest to wspomniane już wyżej Pożegnanie (poważny). Choć epka nie jest idealna i nie trzyma równego poziomu, z pewnością rzuca wierniejszych słuchaczy w wir wspomnień. Ja ponowiłam odsłuch wszystkich wymienionych płyt Pezeta i przypomniałam sobie, dlaczego od lat Kapliński plasuje się u mnie na podium polskich raperów. (Anna Czerwińska)


Julie Byrne – The Greater Wings | indie folk | lipiec 2023

Okładka płyty Julie Byrne – The Greater Wings

The Greater Wings to album powstały w wyniku zderzenia miłości z niespodziewanym smutkiem, gdzie zachwyt nad doświadczaniem życia otacza aura bolesnej tęsknoty za zmarłym partnerem muzycznym i życiowym Ericem Littmannem – producentem współodpowiedzialnym za brzmienie najnowszego i poprzedniego krążka (Not Even Happiness, 2017). Julie Byrne w najnowszym wydawnictwie podąża śladem minimalistycznych, neofolkowych kompozycji, lecz tym razem wzbogaca ich brzmienie o subtelne decyzje, które nie tylko znacząco wpływają na finalny kształt materiału, ale także pozwalają songwriterce na stworzenie transowego, niebiańskiego świata.

Charakterystyczny dla Byrne fingerpicking nastraja dzięki nałożonej warstwie reverbu, dramaturgii nadają partie smyczkowe, a senne uniesienie projektują migoczące dźwięki harfy oraz ambientalne syntezatory. Nagła śmierć Littmanna pozostawiła produkcję w procesie, jednak artystka w ramach przepracowania żałoby kontynuowała prace nad albumem, a miejsce producenta zajął współpracujący z Sigur Rós, Julienne Barwick i A.G. Cookiem Alex Somers.

Czuły, niski głos Byrne opowiada o ułamkach chwil, które pozostaną w jej pamięci na zawsze (I watch each particle move / Easy to say, it’s taking everything to do / I watch each particle move / Pools of a moment widen through the air to you). Oddaje słowem ciepło promieni słonecznych padających na jej twarz, wzniosłość niebieskiego nieba nad głową, jak i ból związany ze stratą, naprzemiennie z wszechogarniającym uczuciem miłości. The Greater Wings to oniryczna pocztówka z przeszłości, która koi, wzrusza, przytula i, mimo wszystko, nie smuci.  (Magdalena Wołowska)


Sufjan Stevens – Javelin | indie | październik 2023

Okładka płyty Sufjan Stevens – Javelin

Nie byłoby zestawienia najlepszych albumów z 2023 roku bez wspomnienia poruszającego dokonania Sufjana Stevensa. Amerykański multiinstrumentalista, niegdyś typowany na nowego narodowego barda Stanów, który wybrał śpiewanie o Bogu i swoich smutkach, miał niezwykle przykry ostatni rok. Pożegnał swojego wieloletniego partnera, jednocześnie oficjalnie ogłaszając swój coming out oraz sam otarł się o śmierć, kiedy został hospitalizowany z powodu rzadkiej choroby autoimmunologicznej. W tle tych przykrych wydarzeń premierę miał najnowszy album Sufjana – Javelin – którego treść dotkliwie pogłębiła emocjonalnie intensywność przeżyć artysty. Na nowej płycie Sufjan brzmi ciężko. Pomimo, że aranże wciąż są bogate, pełno jest słodkich melodii i pięknych harmonii, to jego głosowi brakuje już tej zwiewności, która była charakterystyczną cechą wokalisty. Z jednej strony jest to ewidentnym sygnałem starzenia się artysty, który w lipcu obchodził 48 urodziny. Z drugiej – odzwierciedleniem ciężaru ostatnich lat.

Na So You Are Tired Sufjan zauważa, że jego partner jest zmęczony, więc pozwala mu odejść – ale to tak naprawdę on brzmi na najbardziej wyczerpanego. Wybrzmiewają tu też jedne z najsmutniejszych wersów w karierze artysty, który przecież z opowiadania o smutku uczynił swój znak rozpoznawalny. Kiedy więc śpiewa „I was the man still in love with you / When I already knew it was done”, można jednocześnie widzieć tu wyznanie kogoś, kto godzi się z końcem odwzajemnionej miłości, własną chorobą (choć, oczywiście, gdy Sufjan pisał te słowa to nie wiedział, że wyląduje w szpitalu) jak i śmiercią partnera.

Javelin to też kolejny w dyskografii Subaru Sedansa przykład perfekcyjnego segmentowania treści. Utwory zbudowane są wokół podobnych schematów – cichy początek, rozdzierający, epicki trzeci akt i spokojne rozwiązanie – podobnie jak sama płyta, która ewoluuje od przybijających pożegnań, wspomnień miłości do wyznań tęsknoty i ostatecznie – pogodzenia się z nieuchronnością przemijania. Płytę zamyka utwór, którego jednak Sufjan nie napisał. To niepierwszy raz, gdy korzysta z tego zabiegu – w wersji live Carrie and Lowell, płycie poświęconej zmarłej matce, na końcu śpiewał radośnie Hotline Bling Drake’a. Wtedy, jak pisał Shawn Cooke, był on „epilogiem przetrwania”. Dowodem, że przeżył żałobę i dalej potrafi cieszyć się życiem. Gdy więc na końcu Javelin śpiewa There’s a World Neila Younga, przetwarza nihilizm oryginału w wyraz pogodzenia się z tym, że wszystkie bolesne doświadczenia czynią nas tymi, kim jesteśmy. Z ust kogoś, kto przeżył tyle, co Sufjan – to poruszające wyznanie. (Wiktor Małolepszy)


Lana Del Rey – Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd? | pop | marzec 2023

Przeczytaj również:  Nasze ulubione soundtracki do gier – zestawienie Filmawki
Okładka płyty Lana Del Rey – Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd?

Niektórzy zarzucają Lanie Del Rey brak artystycznej ewolucji, jeszcze inni postrzegają jej ostatnie poczynania jako zbyt stonowane i pozbawione instrumentalnej wielopłaszczyznowości. Choć do niedawna absolutnie nie zgadzałem się z żadną z tych opinii, postrzegając każdy rozdział muzycznej podróży artystki jako odrębną historię i dogłębnie identyfikując się z nim na poziomie emocjonalnym, Blue Banisters sprawiło, że zacząłem w pewnym stopniu zgadzać się z krytycznymi głosami. Był to album stworzony na szybko, sklejony po części ze starych niewydanych utworów i choć zawierał kilka wspaniałych utworów, całość nie była wystarczająco spójna. Tym razem jest zupełnie inaczej, a Lana powróciła z płytą stworzoną w całości od podstaw. W promującym ją tytułowym utworze na nowo odkrywa emocje, z którymi dzieliła się ze swoimi fanami już wielokrotnie: snuje melancholijną kontemplację o samotności i poczuciu porzucenia; porównuje siebie i swoje ciało do opuszczonego tunelu pod Ocean Boulevard na Florydzie. Jeśli miałbym obrazem wyrazić brzmienie dziewiątego krążka Amerykanki, opisałbym go jako połać spokojnie szumiącego, samotnego oceanu, a pośród niego silną, dojrzałą kobietę, która uczy się żyć z tym, co bezpowrotnie utraciła.

Jak wyalienowana syrena, śpiewa o żałobie, zawodach miłosnych oraz rozprawia się ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Wszystko to w klimacie noir, okraszone gitarą i pianinem, a w kilku momentach zaskakujące słuchacza trapowym bitem lub kompletną zmianą brzmienia w samym środku utworu. Del Rey w jednym momencie serwuje epickie refreny, w drugim redukuje instrumenty do absolutnego minimum i ogranicza się do poezji śpiewanej. Są tu utwory, które docenić można jedynie za liryzm, są też hipnotyzujące melodie, z których tak znana jest artystka (Candy Necklaces i Paris, Texas zawierają jedne z najpiękniejszych linii melodyjnych w jej karierze). To zdecydowanie album wabiący oparami klimatu, wzbogacanym przez tajemnicze interludia. Przeznaczony do słuchania od deski do deski, a w obecnych czasach to nie lada wyczyn, aby wygospodarować aż 87 minut na odsłuch w pełnym skupieniu. Del Rey zdecydowanie warto poświęcić jednak swój cenny czas. Spędzić go nie tylko na artystycznych doznaniach, lecz na medytacji i głębokiej refleksji, gdy w jej emocjach odnajdziemy lustrzane odbicie. (Jakub Nowociński)


Metro Boomin – METRO BOOMIN PRESENTS SPIDER-MAN: ACROSS THE SPIDER-VERSE (Soundtrack from and Inspired by the Motion Picture) | hip-hop | czerwiec 2023

Okładka płyty Metro Boomin – METRO BOOMIN PRESENTS SPIDER-MAN: ACROSS THE SPIDER-VERSE

Pierwszy film o Milesie Moralesie był świetnie zaopatrzony w muzykę. To właśnie z tej produkcji pochodzi chociażby Sunflower Post Malone’a i Swae Lee czy świetne What’s Up Danger? i Home. Podobnie, jak w przypadku Pembertona i przy założeniu „więcej, bardziej, głośniej”, twórcy zatrudnili jednego z największych obecnie producentów muzycznych. Metro objął pieczę nad płytą, zapraszając na nią między innymi Nasa, Lil Wayne’a, Jamesa Blake’a, JIDa, Lil Uzi Verta, Future’a czy A$AP Rocky’ego. Ekipa absolutnie mistrzowska i taki jest z resztą ten album.

Metro zaserwował zróżnicowany zestaw hip-hopowych bitów oraz wielu jego podgatunków. Kojarzony z charakterystycznym, nieco mrocznym stylem producent wykorzystał oczywiście swoją najlepszą kartę między innymi w Annihilate. Bity na płycie idą znacznie dalej: afrobeatowe Silk & Cologne, delikatne Self Love czy absolutna perła w koronie – Am I Dreaming, zbudowane na oryginalnej skrzypcowej kompozycji amerykańskiego skrzypka Petera Lee Johnsona. Wszyscy goście wykonali na albumie świetną robotę, ale absolutną wygraną może czuć się raperka i wokalistka Roisee, która do spółki z Rockym stworzyła ostatni z wymienionych przeze mnie utworów, kradnąc kawałek dla siebie. Absolutne ukłony dla Metro i każdego, kto przyczynił się do powstania jednej z najlepszych płyt 2023 roku. (Daniel Łojko)


Laibach – Love Is Still Alive | muzyka elektroniczna, dance, country | styczeń 2023

Przeczytaj również:  “Opowieści Grabarza” - tak się powoli żyje na tej wsi [RECENZJA]
Okładka płyty Laibach – Love Is Still Alive

Love Is Still Alive jest jednym z czterech wydanych w zeszłym roku albumów słoweńskiej grupy. I o ile dwa z nich to kolejno remaster jednej z pierwszych płyt zespołu (Nova Akropola) i wydany z lekkim opóźnieniem soundtrack z filmu Iron Sky: Inwazja, tak dwa pozostałe krążki stanowią zupełnie odmienny materiał. Dla fanów Laibacha nie jest to nic nowego – choć pierwotnie zespół obracał się w typowo industrialnych i awangardowych rytmach, czasami podążając w kierunku mocniejszych brzmień, tak każdy współczesny album znacznie odbiega stylem od kolejnego. Jest to szczególnie imponujące, gdy weźmiemy pod uwagę dyskografię – zespół ma już na koncie mocno powyżej dwudziestu wydawnictw, z czego większość ukazała się powielając te mocno eksperymentalne założenia.

Czym więc jest Love Is Still Alive i jaki koncept mu przyświeca? Już po pierwszym rzucie oka na listę utworów wyraźnie widać, że płytę należy rozpatrywać i przesłuchiwać jako całość. Album rozpoczyna się w rytmach country tytułową piosenką Love Is Still Alive, którą możemy znać chociażby z przywołanego już soundtracku filmu Iron Sky: Inwazja. Opowiada o rozpoczęciu podróży międzygwiezdnej po zniszczeniu Ziemi i księżyca – wyruszając stamtąd, narrator przemierza bezkres galaktyki w poszukiwaniu nowej planety, którą można zasiedlić. A wszystko w imię miłości, która wciąż istnieje i póki to się nie zmieni, poszukiwania wciąż mają sens.

Każdy utwór na płycie to reinterpretacja spinającego go motywu. Ale nie byle jaka – poddana odpowiedniej dozie efektów, przechodząc z country, przez dance, country aż po wzniosłe brzmienia, przywodzące na myśl hymn nowo skolonizowanego świata. To, co najbardziej zachwyca w Love Is Still Alive to swoboda w improwizacji w poddawaniu tego samego motywu kolejnym efektom, dodawaniu dodatkowych syntezatorów, zmienianiu jego tempa, czy modulowaniu wokalu i gitary (która w pewnym momencie grana jest smyczkiem). Wszystko to zgodnie z emocjami i wpływem substancji i hormonów, opisanych w podtytule każdego kolejnego utworu (od euforii, przez skoki dopaminy i bezsenność, aż po stany lękowe, gniew i smutek). Muzycy ze słoweńskiej grupy po raz kolejny bawią się formą, pokazując, że nie ma artystycznych granic, których nie przekroczą – robiąc to, jak zawsze, w najlepszym możliwym stylu. (Bartłomiej Rusek)


Sofia Kourtesis – Madres | house, elektronika | październik 2023

Okładka płyty Sofia Kourtesis – Madres

Debiutancki album Sofii Kourtesis był jednym z tych, na który najbardziej czekałam. Wydany późną jesienią krążek wyparł szarugę za oknem i wstawił w jej miejsce gorącą euforię tanecznych dźwięków – za ich beatem kryje się wspomnienie gwaru protestujących społeczności krajów Ameryki Południowej, parkietów berlińskich klubów oraz strachu przed śmiercią matki. Madres to ekstatyczny kolaż skrajnych kontekstów i kulturowa fuzja o uzdrawiającej energii, której nie da się oprzeć.

Salsa electronica – tak peruwiańska DJ-ka z Berlina podsumowuje swoją twórczość, która oprócz autorskiego stylu proponuje także nową jakość wśród klubowej społeczności. Kourtesis tka na konsolecie osobiste historie, a także stara się uwiecznić dynamiczny, polityczny krajobraz z rodzimego regionu. W trakcie tańca niejednokrotnie da się usłyszeć okrzyki z demonstracji na ulicach Ameryki Łacińskiej, zasłyszane kłótnie, wpływy lokalnej muzyki huayno, czy też UK garage, który szczególnie wybrzmiewa w ekscytującym How Music Makes You Feel Better – numerze świetnie podsumowującym przeznaczenie albumu. A wszystko to w rytmie odświeżającego house’u i kojącej perspektywie na lepsze jutro. (Magdalena Wołowska)


Daniel Pemberton – Spider-Man: Across The Spider-Verse (Original Score) | muzyka filmowa | czerwiec 2023

Okładka płyty Daniel Pemberton – Spider-Man: Across The Spider-Verse (Original Score)

Więcej, bardziej, głośniej. Tak chyba można opisać zarówno film Spider-Man: Poprzez multiwersum, jak i samą ścieżkę dźwiękową Daniela Pembertona. Brytyjczyk pracował również przy poprzedniej odsłonie przygód Milesa Moralesa i już wtedy (a także np. przy Kryptonimie U.N.C.L.E. czy Królu Arturze: Legendzie miecza) pokazał, na co go stać. Tym razem wskoczył jeszcze wyżej i zaprezentował swój talent. Mamy tu naprawdę wiele: poprockowy, awanturniczy, przygodowy motyw muzyczny Gwen Stacey, futurystyczny, złowieszczy (i okrutnie przeorany przez TikToka) kawałek Miguela O’Hary, gitarowe riffy zwiastujące obecność Hobiego Browna czy wreszcie upiorny, apokaliptyczny temat Spota.

Znajdziemy tu sporo smaczków, a Pemberton miał mocne, hip-hopowe ciągoty, często korzystając ze scratchy – nieważne czy przy klasycznych, orkiestrowych kompozycjach czy przy orientalno-kreskówkowym przedstawieniu Mumbattanu. Dużo tu też żywych instrumentów, czego przykładem jest chociażby outro, niejako zbierające wszystko, co słyszeliśmy w całym filmie. Nie wiem, jak to zadziałało, ale się udało. Utwory Pembertona mają jeszcze jedną zaletę: brzmią po prostu jak zwykłe piosenki, których słuchamy na co dzień. (Daniel Łojko)


Mariusz Duda – AFR AI D | art rock, muzyka elektroniczna | listopad 2023

Okładka płyty Mariusz Duda – AFR AI D

Lęk przed nagłym rozwojem sztucznej inteligencji jest obecnie powodem wielu dyskusji w przestrzeni publicznej. Również artyści nie pozostają obojętni wobec tego tematu, czego przykładem jest znany z Riverside wokalista, a jednocześnie multiinstrumentalista Mariusz Duda. Poza swoimi głównymi projektami, a więc wspomnianym zespołem i Lunatic Soul, jest on bardzo aktywny na scenie muzycznej również solowo, co udowadnia wydając kolejne albumy. Najnowszym z nich jest AFR AI D, całkowicie instrumentalny krążek, uzewnętrzniający tytułową obawę przed rozwojem sztucznej inteligencji.

Album zawiera 8 kompozycji, które utrzymane są w głównej mierze w nastroju ogólnego niepokoju. Choć całość jest instrumentalna, Duda swoją muzyką jest w stanie przekazać niezwykle spektrum emocji, a bezpośrednie odwołania do poszczególnych zjawisk wynikają głównie z tytułów konkretnych utworów. Tym samym, na albumie znalazło się między innymi miejsce na piosenki nawiązujące do tematu deepfake’ów, chatu GPT, botów i wielu innych tematów. Płyta zawiera również elektroniczną balladę miłosną której wydaniu towarzyszył teledysk (I Love to Chat With You). Całościowo krążek stanowi niezwykle interesującą muzycznie propozycje, obok której nie sposób przejść obojętnie, niezależnie od znajomości wcześniejszej twórczości muzyka. (Bartłomiej Rusek)


Korekta: Daniel Łojko, Jakub Nowociński

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.