PublicystykaZestawienia

Wybraliśmy 10 naszych ulubionych guilty pleasures

Redakcja Filmawki
Koty
fot. Kadr z filmu "Koty"

Spytaliśmy naszych Liderów Fanów na facebookowym fanpage’u, o jakim temacie chcieliby poczytać na łamach Filmawki. Najwięcej głosów otrzymał temat dotyczący naszych ulubionych guilty pleasures, więc zgodnie z umową podzielimy się teraz z Wami naszymi wstydliwymi sekretami.

Guilty pleasures to są filmy sprawiające przyjemność, choć tak być wcale nie powinno. Możemy wiedzieć, że dany film jest źle zrealizowany, podskórnie czujemy, że mamy do czynienia z tandetą, a jednak jest coś takiego w produkcji, co windują ją w naszych oczach na znacznie wyższy poziom. Wstydzimy się tego, nie potrafimy się zawsze do tego przyznać, ale miłość bywa ślepa. Nie wystarczy artystyczna wzniosłość i biegłość formalna, czasami wystarczy obejrzenie filmu w odpowiednim momencie, by stał się on częścią naszego życia. Sprawdźcie, jakie są ulubione guilty pleasures członków Filmawki!


“Wojna światów” (2005, Steven Spielberg)


Wojna światów Spielberg
fot. kadr z filmu “Wojna światów”

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem żadnym “apokaliptycznym sezonowcem”, a filmy o wszechobecnej katastrofie od zawsze miały komfortowe miejsce w moim serduszku. Gdyby jednak kazano mi wybrać jeden film, który uosabia moją miłość, byłby to artystyczny niewypał Stevena Spielberga. Luźno oparty na kultowej powieści H. G. Wellsa film dokumentuje inwazję kosmitów na Ziemię, którzy postanawiają wyeliminować całą ludzkość, przed czym próbuje uciec czołowy sprinter Hollywood – Tom Cruise z rodziną.

Jestem doskonale świadom niekonsekwentnych zachowań obcych, przejmująco irytującej postaci Dakoty Fanning i tego drugiego typa oraz niezbyt pasującej końcówki… Ale do dzisiaj, mimo masy filmów na karku, groza apokalipsy kojarzy mi się nieodzownie ze scenami z tego właśnie filmu. Płonący pociąg, wytrzepywanie popiołu z włosów, walka o miejsce na promie czy rzeka pełna trupów. Spielberg pozwala sobie tu na tworzenie kilkusekundowych arcydzieł, które niestety giną w ogromie reszty przeciętnego filmu science-fiction. Poza tym, sam Morgan Freeman motywuje tu ludzi do działania i wiary we własny potencjał. A komu zaufać jak nie jemu? (Norbert Kaczała)

–> Film obejrzycie m.in. na Amazon Prime


“Mortal Kombat” (1995, Paul W.S. Anderson)


Mortal Kombat 1995
fot. kadr z filmu “Mortal Kombat”

Film Mortal Kombat i jego ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie moje największe guilty pleasure. Kiczowate połączenie fantasy i wschodnich sztuk walki chwyta mnie za serce, odkąd pamiętam. Słabiutka fabuła, śmieszne dialogi i aktorstwo, za którym ciągnie się swąd amatorszczyzny – to wszystko składa się na twór mający dla mnie ogromną wartość sentymentalną. Pamiętam, jak dawniej oglądałam go z bratem, zaśmiewając się do łez. Teraz wracam do Mortal Kombat, po kryjomu urządzając sobie seanse przy zasuniętych zasłonach.

Niechętnie przyznaję się do tego, że uwielbiam tę okropną (a zarazem świetną) adaptację kultowej gry wideo. Mam też problem z namówieniem znajomych do wspólnego seansu. Doskonale zdaję sobie sprawę z kiepskości filmu. Nie mogłabym jednak wyprzeć się ciepłych uczuć, jakimi go darzę. Akrobatyczne walki przy wtórze wykrzykiwanego „Mooor-taal Kombaaaat!” oglądam z dziką radością. Mnóstwo przyjemności sprawiają mi też efekty specjalne rodem z teledysku „Tunak Tunak Tun” i charakterystyczne odgłosy ciosów wymierzanych przeciwnikom.

Film Paula W. S. Andersona jest naiwny, płytki i tandetny. Zarazem stanowi jednak kwintesencję czystej rozrywki. Ma w sobie akcję, widowiskową przemoc i ciekawe lokacje. Kreuje też niecodzienny świat wypełniony fantastycznymi elementami. Chociaż Mortal Kombat wydaje się reliktem minionej epoki, wciąż pozostaje jednym z rzadkich przypadków tak udanego uchwycenia ducha swojego pierwowzoru. Film zachowuje klimat serii gier, a jednocześnie dostosowuje go do nowego medium. Choć nie powielił sukcesu pierwowzoru, zdecydowanie wzmocnił jego lore. W dodatku mimo kiczowatości i wszelkich niedostatków, wciąż jest jedną z nielicznych adaptacji gier, które można oglądać z przyjemnością, nawet jeśli wstydzimy się do tego przyznać. (Marcelina Kulig) 


“Zmierzch” (2008, Catherine Hardwicke)


Zmierzch
fot. kadr z filmu “Zmierzch”

Długo się zastanawiałam, co może być dla mnie guilty pleasure, oj długo. W końcu wahałam się między dwoma produkcjami; jedna z nich to niedawny film Power Rangers. Głównie dlatego, że moje wczesne dzieciństwo to pierwsza seria nastolatków walczących w kolorowych zbrojach z kitowcami i Ritą oraz Pokemonów. Szale jednak przeważyły na korzyść innego filmu, z którego sama teraz się czasami podśmiewam. Ale co poradzić. Moim filmem guilty pleasure jest… Zmierzch.

Pierwsza część z 2008 roku długo trzymała mnie w swoich ryzach. Tak, byłam fanką powieści Stephanie Meyer przez jakieś 2-3 lata. Ten film jednak dalej pozostaje pozycją, do której wracam, jeśli nadarzy się okazja. Głównie dzięki oprawie muzycznej i warstwie wizualnej. Soundtracki to coś, co jest najlepszą częścią wszystkich filmów z tej sagi, a pierwszy zdecydowanie trafił w moje ówczesne gusta muzyczne. Mamy tam Muse i Paramore, Linkin Park i nawet utwory wykonane na pianinie (jeden wykonany przez samego Pattinsona). Niesamowicie wpływają one na klimat całej produkcji, i dzięki którym pierwszy Zmierzch dalej jest na mojej liście filmów, za którymi przepadam.

I jeszcze ta warstwa wizualna! Catherine Hardwick wiedziała, co robi, decydując się na zimne, przydymione zielenie i odcienie niebieskiego. Jeśli muzyka dużo robiła dla klimatu filmu, to te barwy jeszcze bardziej go pogłębiały. Ujęcia okolicy z lotu ptaka były, nadal są, przepiękne i nie ukrywam, że dla mnie naprawdę dobrze odzwierciedlały to, co przeczytałam w książce Meyer.

Przeczytaj również:  Harry Potter i 20 Najlepszych Filmowych Scen - [ZESTAWIENIE, cz. II]

Lubię Zmierzch i nie wstydzę się tego. (Maja Rybak)


“Wilk wojny 2” (2017, Jing Wu)


Wilk wojny
fot. kadr z filmu “Wilk wojny 2”

Kiedy zachodnie kino akcji podbijane jest przez kolejne tytuły z serii Szybcy i wściekli, czy filmy o Johnie Wicku, Chiny podbijane są przez domowych twórców. Wu Jing, będący sam sobie sterem, żeglarzem, stworzył sequel, którego nie wiedziałem, że potrzebuję.

Wilk Wojny 2 kumuluje w sobie cechy każdego podgatunku kina akcji. Kung fu, pościgi, wybuchy, Frank Grillo. Jest tu też pakiet 2 w 1, czyli profesjonalny wrestler grający rosyjskiego osiłka. Dodatkowo akcja dzieje się, oczywiście, w Afryce, a główny bohater ma osobistą wendettę w tle. Tak, wiem. To brzmi jak największa klisza w historii klisz od czasów zejścia się razem Jasona Stathama i Sylvestra Stallone. Ale to jeszcze nie koniec. Dodajmy do tego kulejące czasami efekty komputerowe i wcale nie tak subtelne pochwały dla Chińskiej Republiki Ludowej i otrzymujemy coś, co z kiczu transformuje się w pięknego motyla guilty pleasure. Arcydzieło kinematografii, nie tylko chińskiej, ale światowej. Nie dziwota, że był to chiński kandydat do Oscara. Oprócz tego, są fragmenty, w których naprawdę błyszczy – choreografia scen walki i montaż sprawiają, że zachód ze swoimi wszechobecnymi cięciami, dublerami i kaskaderami może się schować. To kino stworzone z prawdziwą pasją i czuć to w każdej minucie.

Na sam koniec nadmienię, że wcale nie musicie bawić się w długie poszukiwania, by go obejrzeć. Zhan Lang 2 jest dostępny na polskim Netflixie. (Mikołaj Krebs)


“Junior” (1994, Ivan Reitman)


Junior
fot. kadr z filmu “Junior”

Zawsze czułem, tak jak miliony obywateli tej planety, ze szczególnym podkreśleniem mieszkańców Kalifornii, masę sympatii do Arnolda Schwarzeneggera. Gigantyczny siłacz o chropowatym akcencie, w przeciwieństwie do innych legend kina akcji jak Sly Stallone lub Seagal, nigdy nie bał się ryzykownych ról, które wymykały się z hipermaskulinistycznych toposów i ukazywały jego wrażliwszą twarz. Wiecie, ktoś taki jak Jean-Claude raczej nie nakręciłby w latach 80 sceny, na której wraz z córeczką karmią sarenki i opychają się lodami (tuż po ścięciu gigantycznego drzewa niemalże gołymi łapskami, ale still).

Skrajnym przykładem takiej roli jest Dr Alex Hesse, w którego Arnie wcielił się w Juniorze, czyli prawdopodobnie jednym z najbardziej surrealistycznych, bzdurnych filmów, w których sympatyczny Austriak zagrał. Wciela się w naukowca, który w ramach eksperymentu sam się zapładnia, zachodzi w ciążę i… rodzi dziecko. Chociaż początkowo planował dokonać aborcji, to po dostrzeżeniu piękna stanu błogosławionego i dzięki wsparciu swojego przyjaciela – Danny’ego DeVito – podjął decyzję o wydaniu na świat potomka. W międzyczasie nawiązuje też romans z Emmą Thompson. Tak, w komedii o tak idiotycznej fabule zagrał nie tylko Arnie, ale też DeVito i Emma Thompson, i dają z siebie wszystko, a to i tak nie działa, bo cała produkcja jest tak idiotyczna, że jedyne, co się da zrobić to załamywać ręce w konfuzji, że na takie rzeczy kiedyś przeznaczano budżety. Nigdy nie spodziewałbym się, że pro-life film o ciężarnym Schwarzeneggerze może powstać – i być tak rozrywkowym. Definicja guilty pleasure. (Wiktor Małolepszy)

–> Film obejrzycie m.in. na Chili


Seria “Niezgodna” (2014-2016)


Niezgodna
fot. kadr z filmu “Niezgodna”

Chociaż od premiery ostatniego filmu minęły zaledwie 4 lata, raczej nigdy nie otrzymamy zamknięcia tej trylogii, którą finalnie podzielono na tetralogię. Skok na nasze portfele jednak nie udał się tak jak powinien – klapą finansową, porażką pod względem jakości oraz najgorszym CGI jakie można dostrzec w filmie za grube miliony od czasu Mrocznego Widma.

Ale co mi tam. Miłością dziwną i niezrozumiałą obdarowałem dystopijny świat Chicago podzielonego na frakcje. Z zapartym tchem przyglądałem się dojrzewaniu papierowych bohaterów. Wraz z nimi wypowiadałem drętwe dialogi pozbawione sensu, mocy i jakiegokolwiek naturalizmu. Z radością przyglądałem się temu jak Miles Teller jest pomiatany, bo chociaż z całej obsady aktorskiej jako jedyny miał jakiś potencjał – nigdy za nim nie przepadałem.

I to chyba największa zaleta tej całej męczącej zabawy. Jeśli szukasz filmu, w którym każdy bohater obrzydza, odrzuca albo kompletnie usypia – Niezgodna jest tym, czego musisz doświadczyć. (Martin Reszkie)

–> Serię obejrzycie na Netflixie


“Trash Humpers” (2009, Harmony Korine)


Trash Humpers
fot. kadr z filmu “Trash Humpers”

W moim przypadku wybór “winnej przyjemności” nie należał do najłatwiejszych z tego powodu, że każdy, potencjalnie pojmowany w tej kategorii film, jestem w stanie objaśnić sobie poprzez pryzmat konwencji, która w ostateczności z tego filmu czyni obiektywnie dobre dzieło. W ten sposób z listy wypadł np. Atak klonów Lucasa, mother! Aronofsky’ego, czy Dzieci triady Woo. Selekcja była więc intensywna, wielu kandydatów musiało obejść się smakiem, ale wtedy przypomniałem sobie o TYM filmie.

Ludovic “Famine” Van Alst, założyciel francuskiej formacji awangardowo-blackmetalowej Peste Noire, mawia, że jego celem jako muzyka jest sprawianie, by słuchacz przestał chcieć słuchać muzyki. Zdaje mi się, że to samo, ale w kontekście filmu, mógłby o Trash Humpers powiedzieć Harmony Korine – oczywiście przy założeniu, że za takowy go w ogóle uznamy. Ciężko wszak doszukiwać się w nim jakiejkolwiek struktury czy narracji, świadczącej o filmie jako formule opowiadania, a znaczenia, jeśli w ogóle powstaną, to raczej w drodze a posteriorycznych ustaleń niż logicznej dedukcji. To w końcu niemal 80-minutowy ciąg obskurnych obrazów bezdomnych w przedziwnych maskach, którzy “posuwają” drzewa, śmietniki, przedmioty codziennego użytku i… asfalt.

Przeczytaj również:  Prezentujemy fragment "Misji Greyhound"

Korine przyznawał w wywiadach, że jest to dla niego film typowo amerykański. Miał zapewne na myśli fakt, że wszystko, co produkują Amerykanie, nadaje się do śmieci, choć znam takich, co takie przeznaczenie zadedykują wyłącznie jemu. Ja natomiast bawiłem się przednio i do dzisiaj lubię wstukiwać sobie w YouTube scenę z rudym chłopcem, który “zabija” lalkę siekierą, ciesząc i śmiejąc się przy tym, jakby co najmniej korzystał z uroków skoku na bungee. Nie patrzcie tak na mnie, to nie ja wymyśliłem ten temat. (Tomasz Małecki)


“Keith” (2008, Todd Kessler)


Keith
fot. kadr z filmu “Keith”

Ona jest najpopularniejszą uczennicą w szkole, on jest nielubianym wyrzutkiem. Jej wszyscy zazdroszczą, z nim nie chce nikt rozmawiać. Ona kreśli dalekosiężne plany na przyszłość, on szlaja się bez celu po ulicach. Ona i on, ludzie z kompletnie innych światów, w pewnym momencie ich ścieżki nagle się przecinają, powstaje zalążek poważniejszego uczucia, a jednocześnie okazuje się, że jedno z nich jest śmiertelnie chore… Czy może być bardziej sztampowy pomysł na młodzieżowy melodramat?

Nie, a mimo to Keith Todda Kesslera zdobył moje serce. To na swój sposób wstydliwe, że film skonstruowany tylko na podstawie stereotypowego spojrzenia na kobiecość, męskość i istotę filmowego gatunku mógł tak mną wstrząsnąć. Nie wiem, na czym to polega, ale po trzykrotnym obejrzeniu tej produkcji upewniłem się, że jest to moje guilty pleasure. Seans romansu dwóch kompletnie innych postaci ciągle dostarczał mi mnóstwo emocji, mimo że to wszystko było tak przewidywalne. Może to para aktorów – Elizabeth Harnois i Jesse’ego McCartneya (tak, tego wokalisty) – a może to kwestia niezwykle urokliwej ścieżki dźwiękowej sprawiły, że kolejne seanse Keitha upływały mi pod znakiem odczuwanej boleści, wynikającej zarówno z tego, co się dzieje na ekranie, jak i poczucia zażenowania, że może mi się coś takiego podobać. Bodaj żaden inny film czy serial młodzieżowy (wyjątkiem jest Szukając Alaski) nie targnął mną tak emocjonalnie, co omawiany film.

Zapewne już po opisie domyślacie się, jak to dzieło się kończy, ale nie ma to znaczenia. Obejrzycie Keitha, a przekonacie się, że nawet niezależne, do bólu przewidywalne melodramaty o parze zagubionych nastolatków mogą zapewnić poczucie oczyszczenia. (Marcin Kempisty)


“Zęby” (2007, Mitchell Lichtenstein)


Zęby
fot. kadr z filmu “Zęby”

Moją ulubioną “winną przyjemność” udało mi się poznać stosunkowo niedawno, przed rokiem, w czasie pisania pracy zaliczeniowej na feministyczną teorię filmową. Próbowałem znaleźć wtedy towarzysza do analizy Córek dancingu Agnieszki Smoczyńskiej, szukałem filmu, który w nieszablonowy, brzydki sposób podejmie się tematu, jakim jest potworność połączona z przyjemnością emancypacji. Udało mi się wtedy znaleźć film Lichtensteina, czyli opowieść o żyjącej w dziwnym świecie dziewczynie, która odkrywa że jej wagina posiada uzębienie.

Zęby to do tej pory to najważniejszy film wykorzystujący estetykę campu jaki obejrzałem. Najpierw eksponuje role płciowe w społeczeństwie patriarchalnym, pokazując główną bohaterkę jako dopiero dorastającą do swojej seksualności, zaangażowaną przeciwniczkę przedmałżeńskiego seksu. Następnie wywraca kino rewanżu, czyniąc z protagonistki potwora, ale takiego, z którym widz ma się utożsamiać bardziej, niż z (pun intended) członkami otaczającego ją normatywnego społeczeństwa. Lichtenstein w ten sposób redefiniuje terminy sprawcy i ofiary, tworząc jednocześnie bardzo udany coming of age. (Szymon Pietrzak)


“Koty” (2019, Tom Hooper)


Koty
fot. Kadr z filmu “Koty”

Oryginalne przedstawienie o Kotach (z 1981 roku)  było wielką kontrowersją. Jego autorzy chodzili od drzwi do drzwi i słuchali kolejnych odmów. Nikt nie chciał wyłożyć pieniędzy na opowieść o kotach. W końcu jednak, w tym całym szaleństwie następne i następne głowy zaczęły się twierdząco kiwać. Aktorzy wyszli na deski teatru, by kręcić ogonami i wyśpiewać Memory, tak mielone przez popkulturę (swoją wersję nagrała nawet Barbra Streisand).

Aktorzy z kocim makijażem, w cętki i z ogonami zaczęli hipnotyzować tłumy, a Koty stały się przedstawieniem na które się wraca. Krytycy zarzucali twórcom, że to spektakl rozseksualizowany. Inni chwalili całość za magię. Spoglądając na publikę obserwowaliśmy rozstrzał opinii. Byli tacy, którzy mówili, że Koty pomogły im odkryć swoją seksualność. Byli tacy, którym nie podobało się jak bardzo koty wyrwały ich ze strefy komfortu.

Te wszystkie wady i niemalże identyczną historię widzę też w tegorocznej, filmowej wersji Kotów. Tom Hooper jakimś cudem przekonał producentów do swojego spojrzenia na ten klasyczny musical i jeszcze większym cudem przeniósł spektakl niemalże 1:1 na greenscreeny. Koty to triumf technologii. Pokaz tego, jak dziś twórcy mogą przenieść magię swojego dzieciństwa na duży ekran.

Uwielbiam ten film I co więcej, nie czuję się szczególnie guilty za miłość do niego. Nie uważam też, że to produkcja zła. Koty przecież wyglądają i brzmią tak dobrze. Nie mogę w tej sympatii być osamotniona, prawda?

Prawda? (Maja Głogowska)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.