Advertisement
AktualnościPublicystykaZestawienia

Galeria Pominiętych, czyli zestawienie filmów, których zabrakło w redakcyjnej topce 2025

Redakcja Filmawki
Grafika autorstwa Norberta Kaczały
Grafika autorstwa Norberta Kaczały

Każdy może coś pokochać, ale nie wszystko pokochać może każdy. By umilić wam oczekiwanie na wyniki naszego plebiscytu na dwadzieścia najlepszych produkcji 2025 roku, proponujemy wizytę w Galerii Pominiętych. Znajdziecie tu filmy, wyróżnione w prywatnych listach redaktorów, które nie znalazły sobie miejsca na szczytach Filmawkowego rankingu. Kto wie, może w poniższych zapisach znajdziecie swoją bratnią, redakcyjną duszę?


Rafał Skwarek – Gaucho Gaucho, reż. Michael Dweck, Gregory Kershaw

gaucho gaucho
fot. „Gaucho, Gaucho” / materiały prasowe M2 Films

Ech, drugi rok z rzędu mój film roku nawet nie ociera się o czołową dwudziestkę. No ale cóż, uroki demokracji. Sam ten nasz system głosowania wymyśliłem.

Co sprawiło, że Gaucho Gaucho wygospodarowało sobie miejsce w moim sercu? Znalazłem w nim inspirację. Ale taką spokojną, wstrzemięźliwą, nienarzucającą się. 

Michael Dweck i Gregory Kershaw stworzyli obraz, od którego bije miłość do świata obserwowanego. Wybitne, czarno-białe kadry przedstawiają prowincję Salta w sposób majestatyczny i prawdziwie piękny. Jej mieszkańcy stanowią zaś żywe świadectwa innego życia, życia bliższego prostocie i naturze. I tu pojawia się najważniejszy aspekt poetyki filmu operatorskiego duetu. Gaucho Gaucho to nie pocztówka, nie reklama argentyńskich wakacji, nie poradnik szczęścia. To uprzejme uchylenie drzwi, przy czym próżno czekać na zaproszenie do przejścia przez próg. Nikt z nas nie ma przywdziewać płaskiego kapelusza i siodłać konia.

Gauchowie wiedzą, kim są i czego potrzebują. Spokojne, szerokie, obserwacyjne ujęcia sprawiają, że im dłużej wpatruje się w ich świat, tym głębiej spogląda się we własny. Może kluczem do lepszego życia jest zatrzymanie wzroku i głęboki oddech. Może teraz potrzeba inspiracji właśnie do tego.


Krzysztof Kurdziej – Zwierzogród 2, reż. Jared Bush, Byron Howard

kadr z filmu „Zwierzogród 2”
fot. „Zwierzogród 2” / materiały prasowe Disney

To był wyjątkowo udany Rok Węża. Azjatycki rynek już dawno nie przyjął zagranicznej produkcji tak pozytywnie, jak w przypadku kontynuacji Zwierzogrodu. A ja sam muszę przyznać, że gdybym miał dostać złotówkę za każdą wątpliwość, która pojawiła się w mojej głowie przez te dziewięć lat oczekiwania na drugą część jednej z najlepszych animacji Disneya, to zapewne przegoniłbym w rankingu box office obydwie części naraz. 

Zwierzogród 2 to jeden z tych miłych wyjątków, gdy Disney nie tylko trafił z sukcesem finansowym, ale też całkiem zgrabnie rozpisał historię i zaprezentował udany sequel własnej animacji. Judy Hopps i Nick Bajer tym razem gonią za pewnym wężem, jednocześnie starając się nie dać złapać ścigającym ich na każdym kroku uprzedzeniom. Wszystko to w świetle latarni miasta, które nigdy nie śpi, czego doświadczamy w trakcie seansu w każdym kolejnym kadrze. Skala animacji świata przedstawionego jest godna podziwu, choć stanowi zaledwie tło dla rozwijającej się relacji i konfliktu dwójki głównych bohaterów, kompletnie zagubionych w miejskiej dżungli i własnych motywacjach. 

Gdy będący motorem napędowym fabuły wątek kryminalny w pewnym momencie zwalnia, pojawia się miejsce na oddech i szczerą rozmowę. Bohaterowie zaczynają rozmawiać ze sobą o uczuciach, których my jako widzowie doskonale jesteśmy świadomi. Ale w tym właśnie tkwi piękno, że rozmawiają. I właśnie za tę jedną scenę – choć sam film w wielu aspektach jedynie powtarza udane schematy swojego poprzednika i kroczy utartym szlakiem – należy mu się wyróżnienie. Bo czasami najciężej jest powiedzieć na głos te najbardziej oczywiste rzeczy. 


Marta Tychowska – Dziewczyna z igłą, reż. Magnus von Horn 

kadr z filmu dziewczyna z igłą
fot. „Dziewczyna z igłą” / materiały prasowe Gutek Film

Dziewczyna z igłą to film typu: „genialny, ale nie chcę go oglądać drugi raz”. 

Polsko-duńsko-szwedzka produkcja, nominowana do Oscara w kategorii najlepszego filmu międzynarodowego, jest trzecim i jednocześnie najlepszym, pełnym metrażem w dorobku Magnusa von Horna. Dziewczyna z igłą oferuje dojrzałą, w pełni świadomą, precyzyjną narrację i konsekwentną formę, w której najbardziej i niezaprzeczalnie zachwycają zdjęcia Michała Dymka. To mroczna baśń, oparta na prawdziwej historii Dagmar Overbye, osadzona na początku XX wieku w Danii, ale przytłaczająco uniwersalna i rezonująca, zwłaszcza w kontekście praw reprodukcyjnych. To kino o opresyjnym, patriarchalnym społeczeństwie i o tym, co dzieje się, gdy kobieta nie ma prawa wyboru. Von Horn pokazuje, jak rozpacz i brak wsparcia potrafią uformować zło, a społeczna hipokryzja dostarcza mu warunków do wzrostu. Ale im mniej wie się o tym filmie i o historii, która za nim stoi, tym lepiej. Zaboli bardziej. Więc nie czytajcie, oglądajcie.


Natalia Sańko – Ameba, reż. Siyou Tan

fot. „Ameba” / materiały prasowe Festiwalu Filmów Azjatyckich Pięć Smaków
fot. „Ameba” / materiały prasowe Festiwalu Filmów Azjatyckich Pięć Smaków

Czy w gatunku coming-of-age jest jeszcze coś, co może nas zaskoczyć? I tak, i nie – w końcu nie bez powodu lubimy wracać do komfortowych klisz, które od lat napędzają filmowe opowieści o dojrzewaniu. Ameba, zaprezentowana po raz pierwszy na ubiegłorocznym Toronto International Film Festival, to intymna kartka z pamiętnika czwórki dziewczyn uczęszczających do elitarnego żeńskiego gimnazjum. W akcie buntu wobec opresyjnej rzeczywistości szkolnej i społecznej grupa przyjaciółek decyduje się założyć gang, którego barwne poczynania dokumentuje na dysku przenośnej kamerki.

W swoim na poły autobiograficznym debiucie Siyou Tan bezlitośnie obnaża hipokryzję świata dorosłych, jednocześnie oferując błyskotliwą polemikę z mitem założycielskim rodzinnego Singapuru. A poza tym, bądźmy szczerzy – ile znacie filmów, w których jako realna groźba pada zdanie: „zrobię ci z dupy origami”?


Michał Skrzyński – Flow, reż. Gints Zilbalodis

Flow
fot. „Flow” / materiały prasowe So FILMS

Flow, jaki jest, każdy widzi – piękny. Najłatwiej mówić o tym film właśnie w odniesieniu do wizualiów, bo nie dość, że trudno się od nich oderwać, to są przy tym całkiem oryginalne, zwłaszcza dla pełnego metrażu. Jednak pierwszy łotewski zdobywca Oscara ma przecież równie czarującą historię. Kotek i jego przypadkowo stworzona drużyna, mierząca się z właśnie trwającą apokalipsą, poruszają ważne tematy bez wypowiedzenia ani jednego słowa. Postawienie na “zwierzęce” metody komunikacji sprawiły, że Flow to niesamowicie uniwersalne kino. Młodszych rozbawi zbierająca fidrygałki małpa, czy entuzjastyczny psiak. Dorośli docenią pomysł i jego realizację niezależnie od tego, jakim językiem na co dzień się posługują.

Łatwo ten film polubić, jeszcze łatwiej do niego wracać, by jeszcze raz wybrać się w łódce kapibary na koniec świata.


Maciej Kulbat – Miedziaki, reż. RaMell Ross

miedziaki
fot. „Miedziaki” / materiały prasowe EnergaCAMERIMAGE

Trauma i języki jej reprezentacji w filmie, to naprawdę przepastny odcinek historii kina. Można by się kłócić, że tak naprawdę temat ten w kinie narodził się niemalże wraz z początkiem X muzy. Dlatego to naprawdę niesamowite, że pełnometrażowy debiut RaMella Rossa, przynajmniej pod pewnymi względami, redefiniuje sposób, w jaki kino mierzy się z traumą historyczną. Bowiem Nickel Boys, to nie tylko adaptacja nagrodzonej Pulitzerem powieści Colsona Whiteheada, to przede wszystkim radykalny manifest wizualny, który przekształca akt patrzenia w etyczną odpowiedzialność świadka. 

Ross, wywodzący się z kina dokumentalnego, odrzuca tradycyjne ramy dramatu na rzecz języka opartego na wizualnych i audytywnych redukcjach. Najbardziej uderzającym wyborem narracyjnym, jest niemal całkowite oparcie opowieści na fokalizacji dwójki bohaterów, Elwooda i Turnera, wyrażanej w formie filmowej za pomocą subiektywnych ujęć POV, które zamykają widza w polu widzenia bohaterów. Dzięki temu nie tyle oglądamy ich losy w poprawczaku Nickel Academy (inspirowanym realną, brutalną historią Dozier School), co dosłownie współdzielimy z nimi fizyczną i psychologiczną przestrzeń osaczenia. Twórcy po mistrzowsku operują ciszą, niemal całkowicie rezygnując z ilustracyjnej muzyki. To świadome wyciszenie zmusza nas do wsłuchania się w audiosferę miejsca: skrzypienie drzwi, szum wiatru czy echo kroków w korytarzach, co buduje niemal sensoryczne doświadczenie „przestrzeni pamięci”. W centrum tej opowieści stoi konflikt postaw: moralnego idealizmu Elwooda, ukształtowanego przez retorykę Martina Luthera Kinga oraz surowego realizmu Turnera, który opanował „strategie przetrwania” w systemie, gdzie samo istnienie czarnego dziecka jest postrzegane jako polityczne przewinienie. 

Z perspektywy czasu, najbardziej doceniam to, że Ross uniknął pułapki prezentowania tzw. trauma porn. W niezwykle istotnej pod względem dramaturgicznym i narracyjnym scenie chłosty, kamera nie rejestruje bezpośrednio przemocy, lecz zamiast tego wyświetla na ekranie archiwalne, często zamazane twarze ofiar, co nadaje jednostkowemu cierpieniu wymiar kolektywnej, historycznej traumy. Kluczowym konceptem, który tu wybrzmiewa, jest „podwójna świadomość” W.E.B. Du Boisa. Subiektywne ujęcia sprawiają, że tożsamości Elwooda i Turnera stają się wymienne – patrzą na siebie nawzajem, stając się dla siebie jedynym lustrem w systemie, który dąży do ich całkowitego uniewidocznienia. Finałowy twist, to poruszająca realizacja idei „post-pamięci” traumy, którą dziedziczy się i niesie w sobie jako moralny obowiązek, czyniąc ze swojego ciała archiwum zbiorowej historii. Bell Hooks w jednej ze swoich książek określiła to mianem „re-pamięci” – aktywnego i bolesnego procesu transformacji cierpienia w fundament społecznej tożsamości. 

Reżyser konstruuje Nickel Academy nie tylko jako placówkę reformatorską, ale jako systemowy panoptykon i specyficzną nekropolię, w której Ameryka usiłowała pogrzebać swoją brutalną przeszłość, czyniąc z opuszczonych budynków i nieoznakowanych grobów fundament oporu przeciwko zapomnieniu. Zamiast linearności, film celebruje fragmentaryczność czasu, a statyczne ujęcia i kamera utrzymana na poziomie wzroku bohaterów przywołują benjaminowską metaforę historyka spoglądającego na ruiny przeszłości, w których zamrożona prawda czeka na ocalenie. 

Zdaje sobie sprawę, że Nickel Boys z racji na swoją rygorystyczną formę i polityczną głębię, która stoi w opozycji do popkulturowych przedstawień traumy, może być filmem percepcyjnie męczącym. Mimo to naprawdę namawiam wszystkich do zapoznania się z dziełem, które nie szuka łatwego katharsis, lecz konfrontuje nas z moralną odpowiedzialnością za to, co pozostaje niewidoczne i niesłyszalne. To kino jako etyczny imperatyw, wymuszający na widzu rolę aktywnego świadka w procesie odzyskiwania wymazanej historii.


Daniel Łojko – Sirât, reż. Oliver Laxe

sirat
fot. „Sirât” / materiały prasowe MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty

Ledwie czterech punktów zabrakło filmowi Olivera Laxe, aby znaleźć się w naszym rankingu. 

Wielki przegrany? W pewnym stopniu. I tak, jak krytyka filmowa w kontekście The Brutalist ochoczo nadużywa stwierdzenia „monumentalny”, tak do Sirât szybko przypięto łatkę Mad Maxa. Ciężko się z tym nie zgodzić (sam taką łatkę przypinałem), jednak postapokaliptycznej serii daleko do duchowości, psychozy i pulsu canneńskiego hitu.

Pozwolę sobie zacytować fragment mojej recenzji i zachęcić Was do lektury całego tekstu: „Laxe unika min w postaci przeintelektualizowanych dialogów, onirycznych i pseudonarkotycznych sekwencji z przekombinowanym montażem. Zamiast tego oferuje angażujące połączenie kina drogi i wymyślonego na potrzeby tego zdania kina parkingu, w którym przepiękne zdjęcia oraz trudna w odbiorze muzyka kreślą historię w takim samym stopniu jak pióro scenarzysty. I robią to dobrze.”. Tekst z Cannes znajdziecie tutaj.


Norbert Kaczała – Jak być normalną i osobliwości innego świata, reż. Florian Pochlatko

Jak być normalną i osobliwości innego świata
fot. „Jak być normalną i osobliwości innego świata” / materiały prasowe MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty

Jeśli tak jak ja, próbowaliście kiedyś odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w pierwszej części powyższego tytułu, film Floriana Pochlatko będzie dobrym miejscem na szukanie odpowiedzi. Ten eklektyczny w formie, odważny w treści i zaskakujący w fabule austriacki debiut jest jednym z moich najciekawszych kinowych doświadczeń ostatnich lat. Powracająca do rodzinnego domu Pia, świeżo po opuszczeniu zakładu psychiatrycznego nadal nie do końca poukładała wszystkie elementy swojej codzienności, a sfrustrowani domownicy ani myślą jej to ułatwić. Rozpoczyna się zatem filmowa jazda bez trzymanki, gdzie nudności będą wywołane nie tylko przez efekciarskie turbulencje, ale i emocjonalny dyskomfort. 

Jak być normalną… to film o konieczności ucieczki przed trudnościami, ale i multiplikowaniu ich. Kolażowa i tripowa estetyka działa jak używka, która choć w małych dawkach miała nam pomóc osiągnąć inny stan świadomości, po wydaleniu z organizmu pozostawia gorzki posmak w ustach. To film, który chłonie się całym sobą w ogromnych ilościach i stężeniu, pod warunkiem, że godzimy się na kaca, jaki zostanie z nami po seansie. Pia jest każdą z nas, nawet jeśli będzie temu zaprzeczać równie silnie jak my, patrząc na to, co wyczynia ta “nienormalna”.


Wiktor Małolepszy – Miłość, reż. Dag Johan Haugerud

miłość
fot. „Miłość” / materiały prasowe MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty

Spośród wszystkich filmów, które obejrzałem w ubiegłym roku, żaden nie dał mi takiego wzruszenia, jak ostatnia pod względem daty premiery część cyklu Sex, Dreams, Love Daga Johana Haugeruda. Miłość mieści w sobie tak wiele. To hołd złożony Oslo – jego architekturze, historii, geologii i, jak zawsze u Norwega, jego ludziom. Mieszkańców tego miasta łączy zrozumienie wzajemnej różnorodności i tolerancja na odmienność.

Ową otwartość widać również w miejscach, które Miłość portretuje. Oslo to nie tylko piękne zabytki czy nowoczesne muzea – sporo czasu Haugerud każe nam spędzać w szpitalu czy też na promie łączącym miasto z jego setkami wysepek, czyli w obiektach użyteczności publicznej. Stolicę, miasto ukazuje on jako stworzoną dla ludzi – a nie na odwrót. Lubię myśleć o Miłości – i w zasadzie o całej twórczości Norwega – jako o takim filmowym obiekcie użyteczności publicznej. Niejedną osobę, szczególnie wyznawców przykazania, że kino powinno pokazywać, a nie mówić, może odrzucić rozgadanie jego bohaterów. Dla mnie jednak Haugerud to twórca, który swoimi miłosnymi i seksualnymi opowieściami, niebojącymi się pokazywania skomplikowanych zagadnień z otwarciem i wyrozumiałością, próbuje jedynie pokazać, że to wszystko to są ludzkie sprawy. Rzeczy, o których można porozmawiać, unikając pruderii i sensacji. W pewnym momencie jeden z bohaterów Miłości mówi, że dla niego nie istnieje coś takiego, jak „kink”, bo jeśli sprawia to przyjemność jemu i jego partnerowi, to dlaczego miałoby to być coś dziwnego? Wydaje mi się, że w tym zdaniu zamyka się cała wrażliwość Haugeruda – czasem lekko dydaktyczna, ale zawsze nastawiona na pełne zrozumienie i życzliwość względem innych ludzi.


Jakub Nowociński – Zgiń kochanie, reż. Lynne Ramsay

Zgiń, kochanie
fot. „Zgiń, kochanie” / materiały prasowe British Film Festival

Kino Lynne Ramsay nie opowiada historii wprost – działa na poziomie zmysłów i emocji. W Zgiń, kochanie reżyserka rezygnuje z klasycznej narracji na rzecz subiektywnego strumienia obrazów, dźwięków i gestów, który oddaje stan wewnętrzny bohaterki – kobiety zmagającej się z depresją poporodową.

Źródłem napięcia nie są dramatyczne wydarzenia, lecz nadmiar bodźców. Prześwietlone, ziarniste zdjęcia, klaustrofobiczny format i precyzyjnie skonstruowana warstwa dźwiękowa wprowadzają widza w percepcję Grace, bez możliwości bezpiecznego dystansu. Te reżyserskie decyzje działają skutecznie, ponieważ pozwalają poczuć świat bohaterki tak, jak ona sama go doświadcza – intensywnie i przytłaczająco, co doprowadza ją do nerwowego przeciążenia. 

Jennifer Lawrence jest tu bezbłędna – zawsze intensywna, dzika, ale nigdy banalna. Potrafi jednym spojrzeniem oddać całe skomplikowanie, podskórne lęki, i nieokiełznaną wściekłość, które rozrywają jej postać od środka. Zgiń, kochanie to kino bezkompromisowe, które nie stara się podobać, lecz wgryza się pod skórę i pozostaje na długo w pamięci.


Arek Koziorowski – Zasób ludzki, reż. Nawapol Thamrongrattanarit

zasób ludzki
fot. „Zasób ludzki” / materiały prasowe Festiwalu Filmów Azjatyckich Pięć Smaków

Zasób ludzki to przykład filmu, który raczej nie będzie cieszył się szczególną popularnością w szerokiej dystrybucji, ale na wszystkich festiwalach wypełnił sale po brzegi. Jego reżyser, Nawapol Thamrongrattanarit, zasłynął zarówno jako twórca filmów gatunkowych, jak i slow cinema. A tutaj zdecydowanie mamy do czynienia z tym drugim wariantem. Radykalny minimalizm przywodzi na myśl klasyki powolnego kina (a zwłaszcza podobny w swym egzystencjalnym zacięciu Smak wiśni).

Bolączki, które pokazuje Nawapol, są dość uniwersalne dla klasy średniej na całym świecie: monotonia korporacyjnego życia i docierające zewsząd informacje o zanieczyszczeniu jedzenia, rosnących nierównościach i katastrofie klimatycznej. Główna bohaterka po zajściu w ciążę zaczyna się zastanawiać, czy faktycznie powinna sprowadzać dziecko na ten świat. W tych długich minimalistycznych ujęciach możemy wraz z nią, poszukiwać odpowiedzi na fundamentalne pytania. To zdecydowanie jeden z najbardziej przygnębiających filmów ubiegłego roku, ale może czasem warto zatrzymać się i spojrzeć na wszystko z pewnego dystansu.

Przeczytaj również:  „Wpatrując się w słońce” – Migawki przeszłości | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025

Jakub Trochimowicz – Akta Bibiego, reż. Alexis Bloom

akta bibiego
fot. „Akta Bibiego” / materiały prasowe Against Gravity

Politycy są cyniczni i dla utrzymania władzy mogą zrobić naprawdę wiele, może nawet wszystko. To wydaje się dosyć oczywistym stwierdzeniem. Jednak co innego sama myśl, a co innego dowody na to, że tak faktycznie jest. A te przedstawione są w Aktach Bibiego, dokumencie o premierze Izraela Benjaminie Netanjahu. Nie ma pewnie osoby, która w ostatnich dwóch latach by o nim nie słyszała w kontekście konfliktu palestyńsko-izraelskiego. A tenże konflikt od lat jest jedną z głównych osi polityki Netanjahu, co doskonale pokazują Akta…, odsłaniając m.in. kulisy polityki prowadzonej przez tytułowego bohatera i jego sponsorowanie Hamasu. Być może dla osób siedzących w temacie były to rzeczy oczywiste, ale dla mnie – niedzielnego obserwatora – z jednej strony hipnotyzująca, a z drugiej porażająca jest historia człowieka, który o 180 stopni zmienił na przestrzeni lat swoje poglądy, ideały i otacza się coraz to bardziej wątpliwymi moralnie osobami. Tylko i wyłącznie dlatego, żeby uniknąć odpowiedzialności za korupcję oraz za wszelką cenę pozostać przy władzy.

Akta Bibiego są dokumentem ważnym, dotykającym przeszłości Izraela, ale też aktualnych czasów i wydarzeń. Twórcy odrobili lekcje – przedstawiają otoczenie premiera, jego działania, kłamstwa, manipulacje i absolutną bezwzględność oraz brak skrupułów w prowadzeniu polityki. To film, który powinien być puszczany razem z Nie chcemy innej ziemi. Nie byłyby to przyjemne seanse, ale takie, które poszerzają wiedzę i dają spojrzenie na to, co dzieje się od lat na Bliskim Wschodzie.


Anna Czerwińska – The Ballad of Wallis Island, reż. James Griffiths

the ballad of wallis island
fot. „The Ballad of Wallis Island” / materiały prasowe British Film Festival

The Ballad of Wallis Island okazała się największym zaskoczeniem drugiej edycji British Film Festivalu. Potwierdziło się moje wieloletnie prawidło, że najlepsze filmy odkrywa się przypadkowo, najczęściej wrzucając je do swojego programu przez brak lepszego pomysłu.

Film zaczyna się jak kameralna opowieść o samotności i ekscentrycznym bohaterze żyjącym na uboczu świata, ale bardzo szybko okazuje się, że ma się do czynienia z dziełem o znacznie większym ciężarze emocjonalnym. Fabuła jest prosta: spotkanie, powrót do przeszłości, niewypowiedziane żale. Twórcy i aktorzy grają tu w tonie pozornej lekkości, balansując na granicy humoru i melancholii, co sprawia, że film ani przez moment nie popada w sentymentalizm. The Ballad of Wallis Island ujmuje przy tym brytyjskim humorem, którego jest tu idealna ilość, idealny jego wycinek, naprawdę perfekcyjnie korespondujący z resztą scenariusza.

Największa siła filmu tkwi właśnie w precyzji jego tonu – śmieszność i smutek często przecież wyrastają z tego samego miejsca. Każda scena zdaje się mówić o tym, jak trudno jest wrócić do wersji siebie sprzed lat i jak bardzo pamięć fałszuje to, co uznaliśmy za utracone szczęście. Pewne relacje kończą się bowiem nie dlatego, że ktoś zawinił, ale dlatego, że czas zmienia ludzi w nieprzewidywalny sposób. 

The Ballad of Wallis Island świadoma jest swojej czułości przeplatanej celnie goryczą. Choć na sali mnóstwo osób roniło łzy, wszyscy też zgodnie oklaskiwali to, co właśnie zobaczyli. Rekordzistka natomiast wyszła po zakończonej projekcji i od razu kupiła bilet na kolejny seans.


Igor Kuśmierski – Sny o pociągach, reż. Clint Bentley

Sny o pociągach
fot. „Sny o pociągach” / materiały prasowe Netflix

Clint Bentley stworzył jeden z najpiękniejszych filmów roku i trudno mi znaleźć słowa, by oddać to doświadczenie. 

Sny o pociągach to czyste kino. 

W każdym kadrze czuć miłość do medium, szacunek dla czasu i przestrzeni. Adolpho Veloso operuje kamerą jak malarz pędzlem; jego niemal kwadratowe proporcje obrazu sprawiają, że patrzy się na ekran jak na stare, wyblakłe fotografie. Każde ujęcie mogłoby wisieć w galerii. To powolne i medytacyjne dzieło opowiadające o majestatyczności i potędze zwykłego życia. Powolne ujęcia zostawiają dużo miejsca na ciszę, a stonowane barwy filmu wprowadzają w zadumę. Kreacja Joela Edgertona to świetna lekcja aktorstwa aktor bawi się gestami i spojrzeniami, które mówią więcej niż tysiąc słów, a jego stoicka postać pięknie komponuje się z narracją, która nadaje filmowi prawie że oniryczny wymiar. Jest to kino kontemplacyjne w najlepszym wydaniu powolne, ale nigdy nudne.


Jarek Kowal – Brzydka siostra, reż. Emilie Blichfeldt

brzydka siostra
fot. „Brzydka siostra”/ materiały prasowe Best Film

Podobnie jak Disney w ostatnich latach ochoczo odwraca role i opowiada o swoich czarnych charakterach z innej perspektywy, tak też debiutująca w pełnym metrażu Emilie Blichfeldt postanowiła wziąć na warsztat Kopciuszka i uczynić główną bohaterką jedną z przyrodnich sióstr przyszłej królowej balu. Włodarze Disneya nigdy nie odważyliby się jednak na aż tak śmiałą interpretację.

Cel jest podobny: ukazać zło, tradycyjnie przedstawiane jako jednowymiarowe, w jego bardziej złożonej, wciąż nieusprawiedliwionej, ale uzasadnionej formie. Ludzie na ogół schodzą na drogę okrucieństwa po doświadczeniu go na własnej skórze i nie inaczej jest z Elvirą (w tej roli znakomita Lea Myren, która po raz pierwszy wystąpiła w filmie). Społeczna presja spotęgowana rodzicielskim autorytetem zmusza młodą dziewczynę, by dążyła do osiągnięcia wyidealizowanych standardów piękna za wszelką cenę i każdą dostępną metodą. A Blichfeldt w swych obrazach, nie przebiera w środkach i sięga po konwencję fascynującego swoją szpetotą body horroru.

Nietrudno po seansie wysnuć wniosek, że pomiędzy osiemnastowiecznymi balami, gdzie życie przedstawiane było w krzywym zwierciadle faworyzującym okupione wielkim cierpieniem fałszywe piękno, a instagramową i tiktokową fikcją nie ma aż tak dużej różnicy.


Opracowanie i korekta: Rafał Skwarek

+ pozostałe teksty

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.