Loża krytyków dzień 1: Pasażerowie nocy, Anatomia, Szalony Piotruś, Silent Twins
Festiwal Kamera Akcja nie powstałby, gdyby nie miłość do krytyki filmowej, którą organizatorzy uznają za odrębną dziedzinę sztuki. Stąd pomysł, by podczas trwania festiwalu wszystkie osoby działające na tym polu zebrać w jedno, ogólnodostępne miejsce. Loża krytyków już drugi rok zbiera wokół siebie ludzi piszących lub mówiących o filmie. Nie brak w niej autorów klasycznych tekstów, takich jak recenzje czy felietony, ale znalazło się miejsce także dla influencerów, podcasterów, blogerów i videoblogerów. W tym roku gościmy Lożę krytyków na Filmawce. Codziennie na naszych łamach będą ukazywały się oceny filmów prezentowanych w ramach festiwalu.
1. Pasażerowie nocy (2022)

Sympatyczne, retro-nostalgiczne smuty
Francja, tak dla odmiany, radiowa, że aż chce się rzucić wszystko i pogadać w samotni do mikrofonu.



Porywający w swej niespieszności portret ludzi zamkniętych w sobie i uśmiechów z trudem się z nich wydobywających. Seans to miłe doświadczenie, ale obawiam się, że szybko uleci z mej pamięci.
2. Anatomia, reż. Ola Jankowska


Mi film skojarzył się ze „Spotkaniami Anny” Akerman, reżyserka zaś wskazała na Edwarda Yanga i Tsai Ming-lianga – to pierwsza podpowiedź, dla jakich widzów to film. Na spotkaniu padło, że jest to film o rodzinie i chorobie, w której nikt się nie poświęca dla nikogo – to podpowiedź druga. Obraz kawałka Warszawy za Dworcem Centralnym w stronę Dzikiego Zachodu bardzo ciekawy, będzie mi wracał.

Bardzo ciekawa i niejednoznaczna opowieść o tożsamości, naszym równorzędnym zakorzenieniu w przeszłości, teraźniejszości i obietnicy przyszłości jednocześnie. Ola Jankowska to z pewnością nowy autorski głos w panoramie najnowszego polskiego kina. Wielkie brawa!

Anatomia jest jak polski przysłowiowy film rodem ze słynnego Rejsu. Bohaterowie patrzą w lewo, patrzą w prawo, patrzą do przodu i nic…. z tego nie wynika. Kamera zachowuje się tak jakby przykleiła się co krzesła albo operator włączył kamerę, zapomniał i poszedł na kawę. Tak jak przez 2 minuty obserwujemy jadącą autobusem po mieście smętną bohaterkę. Najlepsza scena w tym filmie to widok ze szpitala przez okno na las, bo nie ma tam nijakich ludzi – tylko piękno natury. A do tego jeszcze mamy tu jakiś miszmasz w stylu nagrania imprezy rodzinnej ze zjechanego VHS, archiwalne kroniki przemarszów z lat powojennych, a nawet Rota podczas jakiegoś patriotycznego współczesnego marszu… Wygląda to jak jakaś reżyserska wprawka do szkoły filmowej. Na ironię zakrawa fakt, że film jest wyświetlany… w szkole filmowej. ;) Nazwałbym ten film „dramatem”, ale dramatu akurat w tym filmie najbardziej brakuje. I jeszcze ten pretensjonalny tytuł oddający charakter filmu…

3. Szalony Piotruś, reż. Jean Luc-Godard

Kocham ten film miłością najczystszą, każdy seans utwierdza mnie w przekonaniu, że Nouvelle Vague to – obok neorealizmu – największe dobro jakie przytrafiło się X muzie w XX wieku. Jean-Paul Belmondo i Anna Karina tworzą swój świat według własnych zasad, a forma filmowa pięknie tuli ich żywiołowość i szaleństwo. Godard mistrz !

Nowofalowy surfing Godarda po filmowych (czy szerzej: kulturowych) tropach, które go kształtowały. Miłości, namiętności i fascynacje zapisane na taśmie filmowej w pozornym nieładzie. Brawurowy, może wręcz nonszalancki pokaz erudycji, ale też artystycznej wrażliwości i samoświadomości.


Jean Luc-Godard Forever.


Surrealistyczny romantyzm czy romantyczność surrealistyczna? Odzyskanie wolności wiąże się z koniecznością ponownego zdefiniowania tego z czego składa się francuska kultura, relacje męsko-damskie czy historia związku Francja-USA. Piękny slapstick, stylowe over the top muśnięcie surealizmem.

Godard w pełnej krasie – dekonstruujący wszystkie filmowe konwencje i nie biorący jeńców. Każda, nawet najkrótsza historia kina musi go uwzględniać

Fajne, widowiskowe, jakbym miał 19 lat to bym się jarał, ale mam więcej i mnie te Godardowskie igraszki (pozdrawiam fanpage) niestety nie przekonują. Ale grzywkę bym sobie chętnie obciął i chodziłbym po torach z kiepem w ustach, aż by mi zęby zżółkły.
4. Silent Twins, reż. Agnieszka Smoczyńska

Mrok tego filmu nie rozjaśnia się w żadnej z jego warstw. To mieszanka gatunkowa naładowana emocjami. Kilkakrotnie przeszły mnie dreszcze.



Agnieszka Smoczyńska unika w swoim filmie oczywistych klisz opowiadania o osobach, które zamykają się przed światem. Zamiast tego tworzy żywy obraz wrażliwych bohaterek, żyjących obok rzeczywistości. Dzięki wykorzystaniu różnych technik – w tym animacji, nie tyle przyglądamy się bliźniaczkom z boku co zostajemy wciągnięci w ich rządzony bogatą wyobraźnią świat. To właśnie dzięki temu kontrapunkt osadzenia w szpitalu psychiatrycznym działa tak mocno.

Kocham ten film! Jestem pod ogromnym wrażeniem jak Agnieszka Smoczyńska zinterpretowała historię sióstr Gibbons, jakich użyła w obrazie i dźwięku ekwiwalentów. Dla mnie jest to seans największej wrażliwości i filmowej magii, seans hipnotyzujący. Chapeux bas!

Emancypacyjna baja z figurami zamiast bohaterów i efektowną formą zamiast efektywnego gadania. Nie omamiło wizualkami, ale też nie uśpiło.


„Silent Twins” wygrał polskie Złote Lwy w Gdyni, a jedyne co polskie w tym filmie to fakt, że to film o… bliźniętach. ;) Na szczęście nie jest to film polityczny o dwóch takich, co ukradli Księżyc, ale o siostrach, które były jak papużki nierozłączki. Główną zaletą filmu jest fakt, że nie jest to klasyczny, nudny bios, a film jest atrakcyjny wizualnie – Agnieszka Smoczyńska używa swojego nietuzinkowego wizualnego talentu (vide Córki dancingu). Fantastyczna jest m.in. scena z lustrem i wstawki animacyjne. Niestety film ciągnie trochę w dół nieskupiony, scenariusz, który ślizga się po arcyciekawym i niepokojącym temacie splątania. Nie ma tu rozbudowanej historii, która angażuje, są wyrafinowane wizualnie sceny, ale to tylko sceny. Na szczęście film ciągną dobre aktorskie kreacje sióstr. Silent Twins trochę zawodzi, bo po seansie budzi lekką obojętność. Film ma świetny początek, ale szkoda, że finał nie dotrzymuje poziomu – jest trochę taki jak ta fałszywa łza na policzku odchodzącej Jenny…

„Silent Twins” tematem i formą ma wiele wspólnego z „Córkami dancingu”. Znowu dostajemy film Smoczyńskiej pełny energii, nowatorskich rozwiązań, formalnego powiewu świeżości i przestrzeni dla ogromnej wyobraźni. Cieszę się, że ta niebanalna historia trafiła w ręce niebanalnych twórczyń.

Świat widziany oczyma hiperwrażliwości, której nie trzeba tłumaczyć, i której Smoczyńska na szczęście nie tłumaczy.


Najgłośniej jest tam, gdzie najmniej słychać. Ekspresjonistyczny biopic, powiew świeżości w tym dusznym gatunku. Smoczyńska ma imponująco eklektyczny styl i tak pewną rękę, że nawet ckliwym momentom trudno odmówić wizualnej siły.
Smoczyńska niewątpliwie ma swój własny charakter pisma, co tylko udowadniała w „Silent Twins”. Problem w tym, że nie wszystkim ten charakter się spodoba. Mnie na szczęście pasuje.

Najpiękniejsza w filmie Smoczyńskiej jest zabawa z formą, która idealnie odzwierciedla stan emocjonalny głównych bohaterek. Uwielbiam filmy artystyczne, po których każdy widz może mieć inną interpretację – taki jest Silent Twins, który zostaje w pamięci na długo po seansie.

Film hipnotyzujący nie tylko kreatywną formą wizualną, nie tylko doskonałym aktorstwem, ale przede wszystkim aurą nieskrępowanej wyobraźni. „Silent Twins” jednocześnie inspiruje i przygnębia, ale przede wszystkim nie pozwala o sobie zapomnieć. Po obejrzeniu miałem ochotę natychmiast zafundować sobie kolejny seans.

„Amerykańskie niebo” na koniec jest jak uderzenie w twarz po bardzo dobrym filmie (nie mogę o nim zapomnieć…), ale Smoczyńska opowiada w taki sposób, że można jej wiele wybaczyć. Dzięki bliźniaczkom i ich twórczości jest bardzo świeżo, a kapitalne animacje i obrazowanie rzeczy wyobrażonych są dopełnieniem tego, co w bohaterkach najbardziej intrygujące – ich własny świat, do którego na moment możemy wejść.

Tragiczna historia relacji równie silnej, co toksycznej. A24 nie powstydziłoby się takiego dzieła w portfolio. Fenomenalne animacje lalkowe.
Film jest bolesną konfrontacją z innym. Bolesną, bo pozostawia widza zagubionym i bezradnym

Jest to prawdopodobnie najbardziej udany polski bricolage filmowy – gęsty od emocji i wizualnej rozkoszy – od, nie wiem, przynajmniej dekady, może nawet w ogóle. Mrok, psychoza, miłość, baśń, troska, fakty, fantazje, musicale, horrory – każdy z tych hasztagów czy słów-kluczy pasuje tutaj równie dobrze, a Smoczyńska potrafi spiąć je w fascynującą, wciągającą całość. Plus wspaniałe wykorzystanie animacji Barbary Rupik w estetyce voodoo, które, zupełnie nieoczekiwanie, zbliżają „Silent Twins” do filmów Wesa Andersona czy kukiełkowych teledysków zespołu Tool.

Styl Agnieszki Smoczyńskiej jest tyleż unikalny, co dla mnie mało strawny. A jej historie zupełnie mnie omijają emocjonalnie. Szkoda.

Krok do przodu, dwa kroki wstecz – Smoczyńska produkcyjnie wskakuje na wyższy level, ale moim zdaniem traci nieco na wyczuciu, rytmie i spójności filmu. Brak wyrazistej dramaturgii sprawił, że dość szybko przestałem przejmować się losami tytułowych sióstr.

Coś tam się narracyjnie rozjeżdża w drugiej połowie przez co traci impet i zaczyna zwyczajnie nudzić. Piękna muzyka, piękne zdjęcia, zagrane to też luksja, ale jak scenariusz kuleje to nic się nie wyczaruje.
