Advertisement
PublicystykaZestawienia

Filmy, które ogrzeją wasze serduszka [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
'Graphic design is my passion'

The Beach Bum / Plażowy haj (2019)


Fot. kadr z filmu The Beach Bum.

I mean, fuck, we’re here to have a good time. I just wanna have a good time. 

Czy jest coś bardziej wholesome niż szczera, niepohamowana radość z życia? Weźmy na tapet scenę, otwierającą The Beach Bum. Czy jest coś bardziej urokliwego niż spacerujący nocą po Key West, upalony Moondog, który spotyka bezdomne kocię, przytula je i zabiera ze sobą, aby po chwili usiąść z nim w ramionach i wpatrywać się w swoje ukochane miejsce na Ziemi?

Korine dba o to, abyśmy w trakcie seansu tego filmu, na postawione przeze mnie pytania, nie potrafili odpowiedzieć “tak”. Rzeczywistość, którą udało mu się wykreować jest tak piękna i tak beztroska, że łudząco przypomina sen. Sen pełen słońca, alkoholu, dobrej zabawy i jointów wielkości cygara. Sen, w którym konsekwencje działań są albo nieistniejące, albo niezbyt znaczące. Moondog spędza cały czas robiąc właściwie tylko to, na co akurat ma ochotę. Bez większych zahamowań marnuje swój talent poetycki na rzecz wszelkich dostępnych mu przyjemności. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko pusty hedonizm, że nie ma w tym nic wholesome i tutaj muszę wspomnieć o tym, co u Korinego zachwyca mnie chyba najbardziej, a mianowicie o empatii. Empatii, którą pokazywał już w 95’, pisząc scenariusz do Dzieciaków

Ta cecha sprawia, że nawet pisząc stonerską komedię, przedstawia bohaterów z taką czułością, że w efekcie możemy zżymać się, że Moondog zachowuje się jak duże dziecko, ale tak naprawdę kochamy go. Bo Korine stworzył go osobą, której trudno nie kochać. Życie wyciska do suchej nitki, rzeczywistość traktuje z dystansem, a z jego twarzy nie schodzi uśmiech. Jest zwyczajnie szczęśliwy. A my? Bądźmy szczerzy. Zazdrościmy mu trochę. Bo chcielibyśmy choć na chwilę uciec do tego kolorowego świata, gdzie wszystko jawi się jako tak cudownie proste. Niestety mamy jedynie szansę na półtoragodzinną dezercję, ale w tym krótkim czasie dostajemy nadzwyczajną dawkę czystej afirmacji życia, która zostaje z nami na dłużej. Każdy seans Beach Bum dogłębnie mnie wzrusza i sprawia, że wszystko wydaje się nieco lepsze niż jest. To bardzo wyjątkowe uczucie, pod wpływem którego mogę jedynie otrzeć łezkę, skierować dłoń z puszką piwa w stronę Florydy i powiedzieć – „Twoje zdrowie Moondog.”

(Kuba Małaszuk)

Chef (2014)


Fot. kadr z filmu Chef.

Kiedy myślę o rzeczach podnoszących na duchu, myślę o rzeczach prostych. O dobrym posiłku, dzielonym z osobami, które się kocha; o szczerej rozmowie z przyjacielem lub czasie spędzonym z rodziną. Prostota jest piękna i też dlatego jako drugą propozycję wybrałem właśnie ten film. Chef to idealne kino, kiedy mamy ochotę na luźniejszy seans, który sprawi, że w brzuchu poczujemy przyjemne ciepełko… i równie nieprzyjemne uczucie głodu.

Favreau na pewno kocha jedzenie, ponieważ przedstawił je z niezwykłą miłością, udzielającą się widzowi. Same sceny gotowania powodują, że człowiek czuje się dobrze, ale kiedy dodamy do tego poruszająca pasję, którą chef Carl ma do swojej pracy, otrzymamy chwytającą za serce, niezwykle smaczną opowieść o marzeniach i oddaniu się temu, co kocha się robić. Istotę tego Favreau oddał w jednej z moich ulubionych scen, w której padają słowa: I get to touch people’s lives with what I do and I love it.

Mimo wszystko, Chef to nie tylko film o jedzeniu, czy podążaniu za marzeniami. To także film o wadze więzów rodzinnych, a przede wszystkim o budowaniu relacji ojciec-syn. Kwitnącą między Carlem, a Percym przyjaźń ogląda się z rozpływającym serduszkiem i z minuty na minutę powiększającym się uśmiechem na twarzy. Naprawdę mało znam filmów równie uroczych i ciepłych co Chef, a na dodatek, jest to dzieło, które – i mówię to z pełnym przekonaniem – trafi do absolutnie każdego. Favreau zaserwował tonę zabawy, wzruszeń i pięknych widoków. Jedzenie, miłość, muzyka i słońce. Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia?

(Kuba Małaszuk)

Czas na miłość (2013)


Fot. kadr z filmu Czas na miłość.

Komedie romantyczne to zawsze dobry wybór na poprawę humoru, kiedy tylko nie są wypełnione dużą ilością żenady, którą trzeba potem rozchodzić robiąc cztery rundki wokół salonu. Jeśli dodamy do nich fantasy, może być jeszcze gorzej, ale całe szczęście w tym przypadku tak nie jest i to mimo tego, że wątek podróży w czasie może wydawać się tandetny, a korzystanie z tej supermocy by ostatecznie „dorwać” dziewczynę rodzi istotne pytania etyczne.

Bo nie o dziewczynę w tym wszystkim chodzi, a o budowanie stabilnej i zdrowej relacji. I to nie tylko z nią, ale również z rodziną oraz najbliższymi znajomymi. Chodzi przede wszystkim o bycie dobrą osobą i robienie dobrych rzeczy, dla dobrych osób. I jeśli Domnhall Gleeson, z którego każdego gestu bije nieskrępowane ciepło was w tym nie przekona, to nie wiem, kto mógłby.

Wśród wielu głupotek, ckliwych chwil i rozmów o życiu, dostajemy pstryczek w nos. Mówi on nam, że nie ważne jakie działania podejmiemy, nie zawsze będziemy w stu procentach zadowoleni z rezultatów. Lepiej myśleć co możemy zrobić, niż myśleć nad tym, co mogliśmy.
Carpe diem i bądźcie dobrymi ludźmi – to wiadomość, pod którą się podpisuję i z którą odsyłam was do obejrzenia tego tytułu jak najszybciej, gdyż nie znam nawet jednej osoby, która by tego żałowała.

(Mikołaj Krebs)

Lost & Found (2018)


Lost & Found
Fot. kadr z filmu Lost & Found.

Operujemy w świecie włóczki i waty. Choć dokoła widać, że to rzeczywistość ludzi, pełna ludzkich przedmiotów, to nasza uwaga skupia się na dwojgu wyszydełkowanych zwierzaków: słodkim, lekko niezdarnym dinozaurze i pięknej, gustownej lisicy. Zakochańcy zostają wystawieni na próbę, kiedy ona wpada do gorącego baseniku. Dzielny dinozaur próbuje wydostać swoją ukochaną z opresji, narażając życie – w sposób nad wyraz dosłowny.

Jest coś magicznie urzekającego w tej malutkiej animacji. Twórcy z australijskiego Wabi Sabi Studios opowiadają o miłości, przywiązaniu, poświęceniu, czyli dawaniu siebie za wszelką cenę. Choć działa w prostych terminach i znanymi narzędziami, ta bezsłowna (bo szydełkowane zwierzaczki nie mówią) 7-minutowa historyjka fenomenalnie najpierw wzrusza, a finalnie dodaje otuchy. Pozorowanie smutne zakończenie daje nam nie tyle promyk nadziei, co pełnoprawne uświadczenie uczucia – odwzajemnionego, pragnącego, stęsknionego i zdeterminowanego. Sam seans Lost & Found jest niesłychanie emocjonujący (piszę to bez pompy), a urocza animacja (o której zaraz) wcale nie przysłania animuszu akcji. To kawałek pięknego kina, zesnubbowany przez gildię oscarową.

A teraz chwila na pozachwycanie się: mam nieskrywaną słabość do animacji poklatkowych. Do wydzierganych zwierzaków zresztą też – Wes Anderson potrafi zaszczepić takie afekty dożywotnio. Zatem każdy ruch, każde jęknięcie i mrugnięcie czarnymi jak węgiel ślepiami to także moje jęknięcie i pomrugiwanie z zachwytu. Pięknie się coś takiego ogląda, podobnie jak piękny jest związek zielonego dinozaura z pomarańczową lisicą.

(Kamil Walczak)

LEGO® Batman: Film (2017)


LEGO® BATMAN: FILM
Fot. grafika z filmu LEGO® BATMAN: FILM.

Samoświadome filmy Lego to jedna z najlepszych rzeczy, jakie spotkały animacje. Po Lego. Przygodzie można było pomyśleć, że dawno nikt tak eklektycznie nie bawił się w tym gatunku, torpedując widza nowatorstwem, kreatywnością, logistycznym wszędobylstwem i zaskakującym humorem. Szybko okazało się jednak, że to nie jednorazowy szlauf, ale czyste złoto, które najsprawniej udało się skapitalizować jednemu z głównych reżyserów Robot Chickena. Chris McKay stworzył w 2017 roku Lego Batmana. I poza tym, że to arcydzieło, to idealnie wpisuje się w wholesome kontent tego zestawienia.

Bo to jakiś mokry sen na ciepłe serduszko, że Joker (głosu użyczył Zach Galifianakis) mówi Batmanowi (Will Arnett) wprost, że jedyne, czego od niego oczekuje, to szczypta uwagi, autentycznych uczuć. Wpisując postacie w zakurzone schematy, twórcy wyciskają z nich metawarstwy, pokazują, że między arcywrogiem a przyjacielem są tylko utarte definicje, a bliscy, nieważne, czy antagonistyczni czy nie, potrzebują się wzajemnie. Więź łącząca Batmana i Jokera przypomina tu wręcz związek (sami nazywają to relationship), bohaterowie – jeden narcyz, drugi socjopata – odkrywają, że tak naprawdę głęboko siebie potrzebują, że to ich harmonia napędza Gotham City i trzyma je w jednym miejscu.

Tutaj humor oparty jest albo na popkulturowych gagach, albo na infantylnym obrażaniu się nawzajem, albo na wydawaniu dźwięku pew, albo na charakterze postaci, które, dobrze nam znane, zostają po mistrzowsku przerysowane do ram legokomedii. Wszystko zostaje co prawda sprowadzone do hołubienia wartościom przyjaźni, ale hej, nie ma w tym nic złego. Dziś to przekaz, którego potrzebujemy, a zatwardziali sceptycy i tak znajdą tutaj potężne pokłady dobrej zabawy. Przypominam też dla formalności, jak przeuroczy jest Robin z głosikiem Michaela Cery, Ralph Fiennes z angielską powagą barwi rodzicielskiego Alfreda, a Will Arnett, jako znany już dublażysta, znakomicie trawestuje zwęglony głos Bale’owego Batmana.

Co jest najbardziej wholesome, to przesiąknięcie tematem rodziny. Żaden film z uniwersum nie zmierzył się w takim stopniu z utratą rodziców przez Bruce’a, z jego zdziecinniałym zaszyciem się na wyspie i dysfunkcją emocjonalną. Końcowy obrazek to finalne odnalezienie siebie w rodzinnym ognisku, pośród ludzi, którym darzymy opieką, uwagą i zrozumieniem.

(Kamil Walczak)
Zobaczcie również: 3 filmy od Hirokazu Koreedy, mistrza opowieści rodzinnych
+ pozostałe teksty
Strony: 1 2

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.