Pięć produkcji na SkyShowtime, które zryją wam banię [ZESTAWIENIE]
Egzystowanie we współczesnym internetowym dyskursie filmowym, mocno opartym na social mediach, których główną tubą jest Facebook i zrzeszające tam kinomanów grupki, powoduje, że człowiek szybko orientuje się, jak wtórne są wszelakie polecajki, rekomendacje oraz prośby o nie. Na naszej grupce – Sekcji Filmowej – jedną z najczęściej wyśmiewanych fraz jest prośba o film, który „zryje banię”. Bo tak naprawdę banię może zryć wszystko, w zależności od doświadczeń proszącego o to widza. Brutalność nędznego horroru, dokładność w przestawieniu niedoli węgierskich chłopów, fotorealistyczne CGI, tragicznie napisane dialogi.
Najczęściej jednak osobom, które proszą o ryjące banię tytuły chodzi o coś surrealistycznego. O film lub serial tak odrealniony, że nie tylko wymknie się naszym sposobom postrzegania rzeczywistości, a nawet rzuci na nie inne światło. O dziwaczny, wciągający trip. Przygotowaliśmy dla Was więc zestawienie tego typu produkcji, które obejrzeć można na SkyShowtime!
The Curse, reż. Nathan Fielder, Benny Safdie (2023)

The Curse od zapowiedzi wyglądało na projekt nie mogący się nie udać. Efekt współpracy wybitnego reżysera serialowego (Nathana Fieldera), filmowego (Benny’ego Safdie) i jednej z najlepszych aktorek jej pokolenia (Emmy Stone) – każdego z nich u szczytu popularności i kreatywnej energii, dodatkowo z zapewnioną pełną artystyczną wolnością. Można było mieć pewność, że powstanie coś świeżego, a znając odwagę każdego/każdej z tego tercetu – nietypowego. Ciężko było jednak przewidzieć, że dostaniemy to, czym ostatecznie jest The Curse – polaryzująca, jedyna w swoim rodzaju, drapieżna satyra, którą Christopher Nolan, ekspert od rycia bani niedzielnym widzom, nazwał jednym z najwybitniejszych seriali w historii telewizji.
Twór Safdiego i Fieldera bowiem łączy nerwowy realizm tego pierwszego z neurotyczną niezręcznością tego drugiego tak efektywnie, że każda scena wywołuje wręcz fizyczne uczucie dyskomfortu. Opowiadając o bogatym małżeństwie telewizyjnych gentryfikatorów przyglądają się zarówno rozdzierającym Stany Zjednoczone nierównościom, jak i błyskotliwie rysują portret toksycznego związku, dysfunkcyjnej męskości i temu, jak wzajemnie przenikają się rasa, kultura, tło etniczne i klasa. Niezwykłe jest to, że nie ma w tym podejściu ani krzty intelektualnego nadęcia – obserwacje przekazywane są w nienachalny sposób poprzez interakcje między bohaterami, to co do siebie mówią, jak ze sobą rozmawiają, jakie intencje wobec siebie żywią. To kawał niesamowitej telewizji, której zakończenie jest największym „fuck you” dla wszystkich maniaków snucia teorii na temat postaci i przewidywania ich dalszych losów. Polecam dać się zauroczyć!
Wiktor Małolepszy
Twin Peaks, reż. David Lynch, Mark Frost (1990-1991)

Serial Twin Peaks to nie tylko jedna z najdziwniejszych pozycji na platformie SkyShowtime, ale najbardziej osobliwa w ogóle. Nie jest to historia prosta w odbiorze i lekka w zorientowaniu się na temat symboliki oraz powtarzających się i mrocznych aluzji. Sama do Twin Peaks miałam dwa podejścia – za pierwszym razem byłam chyba za młoda, niedostatecznie skupiona. Szukałam zupełnie innych doznań w filmach oraz serialach. Dopiero drugie podejście – po 10 latach – do arcydzieła Davida Lyncha i Marka Frosta sprawiło, że mikroklimat serialu zawładnął moim sercem.
Jestem skłonna stwierdzić, że znaczna większość moich rówieśników (nie wspominając o osobach jeszcze starszych) zderzyła się z fenomenem Twin Peaks. Czy jest z tych grup wiekowych ktoś, kto nie słyszał pytania „Kto zabił Laurę Palmer”? Mimo tego protagonistka to kropla w fluorescencyjnym oceanie, jakim jest serial Lyncha i Frosta. Okraszona genialną i niepokojącą muzyką autorstwa Angelo Badalamentiego historia miasteczka Twin Peaks od lat zadziwia. Sowy, karły, czerwone zasłony, Bob. Chociaż wszystko zdaje się znajdować dopełnienie w pełnometrażowym filmie Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną (1992 r.) i trzecim sezonie serialu (2017 r.), nie sposób nie odnieść wrażenia, że tajemnice i zagadki malowniczo położonego miasteczka są niemożliwe do całkowitego odkrycia.
Anna Czerwińska
Pearl, reż. Ti West (2022)

Choć początek trylogii Ti’a Westa z Mią Goth w roli głównej nie każdemu przypadł do gustu (w tym niżej podpisanemu), nie zetknąłem się jeszcze z silnie krytycznym głosem wobec części drugiej. Nie bez powodu, gdyż „Pearl” jest jedną z najciekawszych premier zeszłego roku, nie tylko w obrębie swojego gatunku. Nasza tytułowa bohaterka, to żyjąca z apodyktyczną matką i obłożnie chorym ojcem dziewczyna, nie do końca przystająca do realiów początku XX wieku. Urzeczona pięknem wielkiego ekranu marzy o wyrwaniu się z szarego i nudnego świata, aby wreszcie stanąć w blasku reflektorów. A ucieczka ta będzie pełna emocji, krwi, uśmiechów i krzyku. Musicie bowiem wiedzieć, że Mia Goth jest posiadaczką jednego z najpiękniejszych krzyków we współczesnym horrorze. To z jej perspektywy będziemy próbowali ogarnąć realia nieprzyjemnej i skomplikowanej wiejskiej Ameryki, gdzie urocza Pearl jawi się mimo wszystko jako jedna z najnormalniejszych osób w hrabstwie i choć nieraz ubrudzi sobie ręce, nie sposób się na nią gniewać. Chce przecież tylko zostać gwiazdą, tak jak wielu z nas.
Norbert Kaczała
Mother!, reż. Darren Aronofsky (2017)

Amerykański twórca Requiem dla snu (2000 r.) i Czarnego łabędzia (2010 r.) dopiero w 2017 r. nakręcił film, który najbardziej podzielił publiczność. Historia przedstawiona przez Darrena Aronofskiego w Mother! to dwie godziny naszpikowane biblijną symboliką. Samo jednak ujęcie tego, co reżyser pragnie wyartykułować, to przedziwny twór.
Jennifer Lawrence oraz Javier Bardem ścierają się jako zupełnie odmienne postacie. Matka Natura stoi w wyraźnej opozycji do Boga. Wydawać by się mogło, że główni bohaterowie będą ze sobą harmonijnie współgrać, ale Aronofsky przyjął przeciwstawną koncepcję. Matka zaprezentowana zostaje jako cyklicznie odradzająca się, pokładająca nadzieje w ludzkości i pielęgnowaniu Raju. Finalnie poddawana jest nieustannym próbom i testowana do granic swoich możliwości, by mogło nastąpić kolejne odrodzenie. On, czyli Bóg, nie odpowiada wartościom, których można się spodziewać na początku seansu. Być może w oderwaniu od wykreowanej historii spełniłby się archetyp Stwórcy, ale Javier Bardem nadaje swojej roli niespodziewaną surowość, wręcz tyranię. Dla mnie właśnie to okazało się w Mother! najdziwniejsze – nie sama symbolika gości, kamienia z gabinetu, lekarza. Dynamika między Nim a Matką sprawiła, że pierwszy, wyczekany seans pochłonęłam na jednym oddechu.
Anna Czerwińska
Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii, reż. Robert Eggers (2015)

„Większość dialogów pochodzi z historycznych źródeł” podaje Robert Eggers, dla którego Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii okazała się niezwykle udanym debiutem. Plansza na końcu filmu informuje, że fabuła została oparta na podaniach ludowych, baśniach i opisach dawnych guseł, zaczerpniętych z dzienników czy akt sądowych. Purytańska rodzina próbuje ułożyć sobie życie w małym piekle lasów Nowej Anglii. Żyją w imię doktryn duchowej czystości, lecz pewnego dnia nawiedza ich tragedia – zniknięcie niemowlęcego Samuela. Od tej pory zbieramy coraz więcej dowodów na to, że gdzieś pomiędzy zamgloną gęstwiną drzew czyhają nadprzyrodzone siły.
Już punkt wyjściowy jest mroczny: w środku lasu, z dala od ludzi, bohaterowie żyją w skrajnym ubóstwie, głodzie i religijnym ekstremizmie. Reżyserowi oszczędnymi środkami udało się zbudować świat szalenie bogaty w atmosferę i ukryte znaczenia. Przyciemnione kadry, oszczędna scenografia i sound design oparty na dźwiękach złowieszczych szeptów, zapraszają nas do świata, w którym racjonalność wymyka się na rzecz sił wyższych. A może nigdy jej tam nie było. Na kanwie symboli typowych dla horroru, takich jak czarny kozioł czy zgniłe jajko, Eggers stworzył historię, która z każdą sceną staje się coraz mniej oczywista. Gdy liczba ofiar wzrasta, a członkowie rodziny zaczynają wzajemnie oskarżać się o kolejne nieszczęścia, widz sam traci rachubę i zastanawia się, gdzie powinien szukać źródła zła: w siódmym kręgu piekieł czy w nich samych?
Eggers postanowił czerpać ze źródeł dotyczących polowań na czarownice i procesów o czary, które odbywały się licznie między XV a XVII wiekiem. Twórca sprawia, że ciekawi nas nie tylko to, czy filmowy las zamieszkuje wiedźma, ale zadaje pytania: dlaczego się tam znalazła i jaka mogła być jej droga? A być może w ogóle jej tam nie ma i to nadmierna bogobojność sprawia, że bohaterowie stali się ofiarami szatana, którego imię tak często nosili na językach? Może to odizolowanie postradało im zmysły, a natura zebrała żniwa bez pomocy nadnaturalnych mocy? Każdy widz zinterpretuje ten film na własny sposób.
Jakub Nowociński
