Advertisement
AktualnościZestawienia

100 najlepszych filmów ćwierćwiecza (2001-2025) │ 2/4

Redakcja Filmawki
Grafika stworzona przez Marysię Posiadało

Z końcem 2025 roku postanowiliśmy zmierzyć się z wyzwaniem wyłonienia 100 najlepszych filmów pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku (2001–2025). W drugiej części naszego zestawienia kontynuujemy podróż, prezentując miejsca 75–51. To kolejny etap spotkań z twórczyniami i twórcami, którzy odważnie przesuwali granice kina, opowiadali o rzeczywistości z nieoczywistych perspektyw i udowadniali, że film wciąż potrafi inspirować i poruszać. Od wizjonerskich eksperymentów formalnych, przez przenikliwe diagnozy współczesności, aż po historie, które na długo pozostają w pamięci – to dalszy ciąg naszej wędrówki przez dzieła, które współtworzyły oblicze kina ostatnich 25 lat.

Część I – miejsca 100-76


75. Portret kobiety w ogniu (2019), reż. Céline Sciamma

Portret kobiety w ogniu
fot. „Portret kobiety w ogniu” / mat. prasowe Gutek Film

Odkąd w walentynki 2020 roku obejrzałam w poznańskim Kinie Muza Portret kobiety w ogniu, średnio raz w tygodniu próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, które proponuje Google po wpisaniu nazwiska reżyserki „Céline Sciamma” – „Is Céline Sciamma trying to break your heart?”. Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem, ale odpowiedź zdaje się być oczywista. Portret kobiety w ogniu intryguje już na etapie opisu fabuły. W 1760 roku Marianne dostaje zlecenie namalowania portretu młodej kobiety, lecz ta nie może się o tym dowiedzieć. Tak zagadkowe zdanie zwiastuje jeden z najlepszych obrazów rodzącego się uczucia – w kinie ostatniego ćwierćwiecza, a w kinie Francji w ogóle. Najpopularniejszy film Sciammy wpisuje się w jej konwencje opowiadania o pożegnaniach i samotnościMelancholia utraconego uczucia zręcznie tka kostiumy z epoki, a Noémie Merlant w parze z Adèle Haenel nadają zupełnie nowy wymiar koncertowi Lato Vivaldiego.

Anna Czerwińska


74. Nigdy cię tu nie było, reż. Lynne Ramsay (2017)

Nigdy cię tu nie było
fot. „Nigdy cię tu nie było” / mat. prasowe Gutek Film

Tylko ktoś, kto korzysta ze środków filmowych w tak bezkompromisowy sposób jak Ramsay, potrafi wejść w głowę osoby z PTSD i zabrać tam ze sobą widzów. Do tego wrażenia przyczynił się do tego wybitny Joaquin Phoenix, odtwarzający główną rolę. Jednak to miks montażu, mistrzowsko wykorzystanego udźwiękowienia i porażającej fabuły sprawia, że seans Nigdy cię tu nie było to doświadczenie graniczne, pozwalające niemal fizycznie odczuwać psychiczne rozedrganie, impulsywność odruchów, ból i bezradność wobec dysocjacji. Dzięki artystycznej odwadze Ramsay możemy się zmierzyć z brutalnością psychicznego cierpienia, przeżyć je wspólnie z bohaterami w totalności doświadczenia sali kinowej, a następnie wyjść na światło słoneczne odmienieni – a to wszystko w zaledwie półtorej godziny. Na tym właśnie polega kino.

Irena Kołtun


73. Scena zbrodni, reż. Joshua Oppenheimer (2012)

Scena zbrodni
fot. „Scena zbrodni” / mat. prasowe Against Gravity

Jestem skory zaryzykować stwierdzenie, że Scena zbrodni jest najczęściej polecanym przeze mnie prywatnie filmem. Dzieło Joshuy Oppenheimera to jeden z najbardziej pomysłowych, frapujących i przerażających dokumentów, jakie w życiu widziałem. Jak rozmawiać z celebrowanym członkiem indonezyjskiej społeczności, który dekady temu jako dowódca szwadronów śmierci dokonał niewyobrażalnych okrucieństw na niezliczonej grupie osób? Jak wyciągnąć z niego fragment prawdy i  jednocześnie samemu nie stać się celem? Najwyraźniej wystarczy dać zbrodniarzowi nakręcić film. Wychodzi na to, że gdzieś pomiędzy przesłuchaniem w stylu noir, wojennym pogromem i pojednawczym finałem musicalowym istnieje szansa na skruszenie fasady najpierw bestialskiej narracji a potem jej autora. Joshua Oppneheimer to prawdopodobnie geniusz. I to nierozsądnie odważny geniusz.

Rafał Skwarek


72. Auta, reż. John Lasseter (2006)

Auta
fot. „Auta” / mat. prasowe Disney+ Polska

W wieku 7-8 lat ciężko było mi pojąć, dlaczego Zygzak McQueen rezygnuje ze Złotego Tłoka, aby pomóc Królowi po kraksie w ostatnim wyścigu. Dobrych kilka lat i seans później scena ta uderzyła w zupełnie inne rejestry mojego poznania – jedyną niezmienną pozostała nienawiść do Marka Maruchy. Auta to opowieść z tym słynnym serduchem, skonstruowana na najprostszych, czasem banalnych tropach. Pełna wyrazistych bohaterów, ze świetną obsadą (zarówno w oryginale, jak i polskim dubbingu), podlana motorsportową rywalizacją. Ściganie ustępuje jednak historii o pamięci, pielęgnowaniu przeszłości i docenianiu zwykłej codzienności. Przypomina o tym, że czasem warto zjechać z trasy, zatrzymać się na chwilę i rozejrzeć wokół. Choć akcja filmu toczy się na dawno zapomnianej, zakopanej gdzieś w sercu pustyni amerykańskiej prowincji, nie sposób nie przekładać tego na polskie warunki. A dziś, w 2026 roku, pochwała slow life, przyjaźni i istota obecności ważnych ludzi wokół nas zdaje się wracać ze zdwojoną siłą. No i ta muzyka… KACHOW! 

Daniel Łojko


71. Grzesznicy, reż. Ryan Coogler (2025)

Grzesznicy
fot. „Grzesznicy” / mat. prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Tak to już się zdarzyło, że nowy film Ryana Cooglera wdarł się przebojem do naszego zestawienia. Opinie o Grzesznikach są podzielone – także w naszej redakcji. Czy obecność tej produkcji wynika z jej „świeżości”? A może za tymi szesnastoma nominacjami do Oscarów kryje się coś więcej? Świadomy wielu wad tego filmu i biorący rekordową liczbę nominacji za mało śmieszny dowcip, zaliczam się jednak do jego fanów (mój numer 2 z 2025 roku). Bo brakowało mi dobrego i przede wszystkim oryginalnego blockbustera. Mariaż amerykańskiego Południa z elementami nadprzyrodzonymi, irlandzką historią i siłą muzyki zdecydowanie odhacza te oczekiwania. Coogler stworzył film nieoczywisty – pomimo faktu, że z paroma potknięciami trzyma się o własnych siłach, to wielość zawartych w nim kontekstów historycznych jeszcze bardziej pogłębia i uzupełnia fabularne zabiegi. Sam fakt, że łowcy wampirów polujący na Remmicka pochodzą z plemienia Czoktawów, którzy to ochoczo zebrali się do pomocy Irlandczykom w trakcie Wielkiego Głodu, stanowi ironiczne zrządzenie losu. A to tylko jeden z wielu takich motywów. W filmie, gdzie tak dużą rolę odgrywa muzyka, nie mogło oczywiście zabraknąć wspaniałej ścieżki dźwiękowej Ludwiga Göranssona. Żarzący blues miesza się tu z heavy metalem i horrem rodem z seriali o Scoobym Doo. Sekwencja z I Lied To You to z kolei prawdziwa, kinowa transcendencja. 

Daniel Łojko


70. Blade Runner 2049, reż. Denis Villeneuve (2017)

Blade Runner 2049
fot. „Blade Runner 2049” / kadr ze zwiastuna

Blade Runner 2049 od dnia premiery zajmuje niekwestionowane pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu filmowym. Nic nie wskazuje na zmianę. Czy wpływ na to miał fakt, że podczas pierwszych kilkunastu dni od premiery obejrzałam Blade Runnera 2049 w kinie pięć razy? Możliwe; mam bowiem wrażenie, że ten film stał się moją integralną częścią. Na szczególną uwagę zasługują zdjęcia oraz muzyka. Roger Deakins – który otrzymał później za te zdjęcia Oscara – uchwycił ducha postapokaliptycznego sci-fi w niepowtarzalny, wyjątkowo malowniczy sposób. Oglądając kolejne kadry, szczególnie, gdy towarzyszy im ścieżka dźwiękowa autorstwa Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa, można odnieść wrażenie, że w naszym najbliższym otoczeniu ukrywają się Replikanci. Denis Villeneuve godnie poprowadził kontynuację pierwszego Łowcy androidów (1982). Trudno znaleźć składową filmu, która nie pasowałaby do reszty i nie komplementowałaby pozostałych jego elementów.

Anna Czerwińska


69. Wyspa Psów, reż. Wes Anderson (2018)

Wyspa psów
fot. „Wyspa psów” / mat. prasowe Canal+

Wes Anderson udowodnił przy Fantastycznym Panu Lisie, że stop-motion to medium idealne pod jego obsesje. Pozwala kontrolować każdy kadr lub milimetrowy ruch postaci. Wyspa Psów wynosi ten kunszt i wystrzeliwuje go w kosmos. Świat przedstawiony na ekranie jest tak gęsty i precyzyjnie zbudowany, że można by w nim zamieszkać. Historia jest tu prosta, ale nikt chyba nie ogląda filmów Wesa Andersona, by zagłębiać się w meandrach psychologicznych każdej postaci. Cały film jest kwintesencją stylu reżysera, ale bez popadania w przesadne samouwielbienie, które widoczne jest w późniejszych jego filmach. To Anderson w najczystszej postaci – wszystkie elementy wymieszane w takich proporcjach, aby idealnie spełniały swoją rolę. 

Igor Kuśmierski


68. Infiltracja, reż. Martin Scorsese (2006)

Inflitracja
fot. „Inflitracja” / mat. prasowe Prime Video

Kiedyś to była kontrowersyjna opinia; ciekawe, czy wciąż taka jest uważam, że Infiltracja to najlepszy film Martina Scorsese. Scorsese jest mistrzem rozrywkowych konfliktów, które w ramach czarno-białych systemów komponują szerokie gamy szarości i choć jestem pełen szacunku do jego kina klasycznej mafii, wierzę, że to właśnie setting współczesnej zabawy w kryminalnego kotka i myszkę pozwolił mu w pełni rozwinąć skrzydła. Pozbawiony ciężaru legendarnego duetu, który tworzy wraz z De Niro, Scorsese znajduje w sobie młodzieńczą werwę i bezwzględny pazur, a jednocześnie ani na chwilę nie wypuszcza z rąk swojej maestrii filmowej. Czuć, że reżyser uwielbia wszystko, co związane z motywem policjantów i złodziei” i niezwykle pomaga mu to, że tym razem nie każdy uczestnik dramatu traktuje się śmiertelnie poważnie, bo w Infiltracji nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś tak naprawdę jest sobą.

Rafał Skwarek


67. Jojo Rabbit, reż. Taika Waititi (2019)

Jojo Rabbit
fot. „Jojo Rabbit” / mat. prasowe Disney+ Polska

Stworzenie komediodramatu o życiu w III Rzeszy brzmi jak jeden z tych pomysłów, które muszą skończyć się albo wybitnym dziełem, albo katastrofą niszczącą karierę twórcy – nie ma półśrodków. Waititiemu jakimś cudem udało się wymiksować wszystkie ciężkie elementy historyczne z kiczem, typowym dla niego poczuciem humoru i nie stworzyć przy tym groteskowego potworka. Jojo Rabbit jest filmem o tym, jak ideologia wchodzi do głowy dziecka i jak miłość ją stamtąd wyciąga. Brzmi to tandetnie i cukierkowo, ale pod tą warstwą kryje się wspaniała historia o żałobie i o życiu w czasach, które żądają od każdego wyboru między tym, czego go nauczono, a tym co czuje głęboko w sercu. 

Igor Kuśmierski


66. Ukryte, reż. Michael Haneke (2005)

Ukryte
fot. „Ukryte” / mat. prasowe Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi

 

Ukryte Michaela Hanekego to nie tylko jeden z najważniejszych filmów ostatniego ćwierćwiecza, ale przede wszystkim bezlitosna egzekucja wykonana na mieszczańskim sumieniu Francji. W końcu Haneke bierze teorię kina-oka pod lupę i postanawia wykorzystać ją do jawnej gry z widzem. Kamera nie jest obiektywnym świadkiem, lecz agresywnym narzędziem władzy, której spojrzenie reifikuje bohatera – bowiem Georges, dotąd panujący nad swoim wizerunkiem, pod wpływem anonimowego obiektywu zostaje sprowadzony do roli przedmiotu, tracąc status suwerennego podmiotu. W tym kontekście tajemnicze kasety wideo stają się niczym innym jak „aktorami”, którzy brutalnie przerywają dotychczas komfortową egzystencję bohatera i jego rodziny. Reżyser cierpliwie układa wszystkie klocki, tworząc wbrew pozorom dosyć złożoną mozaikę po to, by pokazać, że pod gładką fasadą paryskiej codzienności wciąż pulsuje nieprzepracowana trauma – zarówno ta osobista, jak i zbiorowa, związana z masakrą Algierczyków z 1961 roku. I myślę, że właśnie ten aspekt – obraz, który w Ukryte nie tylko rejestruje rzeczywistość, ale oskarża ją, wyciągając upiory przeszłości przez szczelnie zaciągnięte żaluzje nowoczesnych apartamentów – doceniam najbardziej. To nie zmienia jednak faktu, że zdecydowanie największym osiągnięciem Hanekego w tym filmie pozostaje sposób, w jaki postanowił wykorzystać ideę kina-oka i władzy spojrzenia. Jako widzowie zostajemy złapani w pułapkę voyeuryzmu: obserwujemy człowieka, który rozpada się właśnie dlatego, że jest obserwowany. To kino totalne, w którym technologia staje się ostatecznym sędzią, a media – narzędziem moralnej dekonstrukcji.

Maciej Kulbat


65. Głosy kobiet, reż. Sarah Polley (2022)

Głosy kobiet
fot. „Głosy kobiet” / mat. prasowe Prime Video

Pamiętam, że Głosy kobiet były jedynym filmem, który nie trafił do polskiej dystrybucji przed rozdaniem Oscarów w 2023 roku. Jakim zaskoczeniem okazało się dla mnie odkrycie, że właśnie ten tytuł był w mojej ocenie najlepszym ze wszystkich nominowanych w kategorii Najlepszy film. Można powiedzieć, że Głosy kobiet to synonim umiaru. Film zdradza kolejne rozdziały fabuły (z minuty na minutę coraz bardziej przerażającej) dokładnie wtedy, gdy powinno się to wydarzyć – podczas seansu nie ma ani wrażenia pośpiechu, ani przeciągania wątków. Z reguły dosyć ryzykownym rozwiązaniem jest obsadzanie w jednej produkcji tak wielu znakomitych aktorów; najczęściej takie filmy są przeciętne i przytłaczające. W Głosach kobiet jednak każda osoba wspięła się na wyżyny swojej twórczej wrażliwości, nie dominując nadmiernie ani nie sprawiając wrażenia wymuszonej epizodyczności w swoim występie. Zupełnie, jakby potrzebny był określony układ planet do osiągnięcia tak dobrego zgarnia. Głosy kobiet podejmują bardzo trudną tematykę, ale jest to seans zdecydowanie z kategorii tych obowiązkowych.

Anna Czerwińska


64. Życie na podsłuchu, reż. Florian Henckel von Donnersmarck (2006)

Życie na podsłuchu
fot. „Życie na podsłuchu” / mat. prasowe TVP VOD

Film Floriana Henckla von Donnersmarcka najprościej można by opisać jako wielowarstwowe studium sumienia uwikłanego w tryby totalitarnej machiny NRD. Wszystko to za sprawą niezwykle precyzyjnej narracji, która opowiadając o „idealnym obywatelu” – funkcjonariuszu Stasi – poddaje jego ideologiczną lojalność destrukcyjnej próbie przez kontakt ze światem sztuki i cudzej intymności. Co ciekawe, w odróżnieniu od Ukryte Hanekego tym razem obserwujemy człowieka, który zmienia się właśnie dlatego, że sam staje się obserwatorem. Inwigilacja, pierwotnie pomyślana jako opresyjne narzędzie władzy mające niszczyć jednostkę, paradoksalnie staje się tu katalizatorem przemiany wewnętrznej. Poprzez proces ucieleśnionego poznania akt inwigilacji przestaje być jednostronny – emocje i sensacje obserwowanych „obiektów” nieuchronnie kolonizują wnętrze Wieslera, czyniąc z jego podsłuchu narzędzie ostatecznej kapitulacji systemu przed siłą ludzkiego doświadczenia.

Maciek Kulbat


63. Wyjście przez sklep z pamiątkami reż. Banksy (2010)

Wyjście przez sklep z pamiątkami
fot. „Wyjście przez sklep z pamiątkami” / mat. prasowe Gutek Film

W dyskusji o kinie dokumentalnym nie ma chyba równie istotnego pytania jak to, które dotyczy “prawdziwości” prezentowanych wydarzeń. Jednak czym innym jest selekcja materiału wideo przez autora i zapośredniczenie jego światopoglądu, a czym innym zaplanowana dekonstrukcja sjużetu i realność prezentowanych obrazów. Tę drugą metodę postanowił wykorzystać najpopularniejszy uliczny artysta na świecie, Banksy, kręcąc Wejście przez sklep z pamiątkami. Ten wielopoziomowy eksperyment dokumentalny to film Banksy’ego o człowieku, który kręci film o Banksym i jego sztuce. Laurka dla samego siebie? Komentarz na temat syntetycznego kreowania popytu na sztukę? Świadoma zabawa formą dokumentu? A może artystyczny manifest o kształtowaniu rzeczywistości? Każda z odpowiedzi jest poprawna, ponieważ takie jest podstawowe założenie sztuki. Prowokować do dyskusji, nawet jeśli uważamy ją za kiczowatą i wtórną. 

Norbert Kaczała


62. Spirited Away: W krainie bogów, reż. Hayao Miyazaki (2001) 

Spirited Away: W krainie bogów
fot. „Spirited Away: W krainie bogów” / mat. prasowe Netflix

Zdaje się, że uniwersalnym doświadczeniem z dzieciństwa każdego kinomana jest przypadkowe obejrzenie w telewizji wybitnego dzieła kultury tylko po to, by jego tytuł na lata wypadł nam z głowy. Tak wspominam swój pierwszy seans Spirited away: w krainie bogów. Obraz Miyazakiego, oprócz straumatyzowania kilkuletniej mnie sceną przemiany rodziców głównej bohaterki w świnie, zapisał się w mojej pamięci także z kilku innych względów. Przede wszystkim za sprawą imponującego światotwórstwa, barwnych postaci wymykających się disneyowskim kliszom, czy hipnotyzujących, baśniowych kadrów. Nie sposób nie wspomnieć też o kultowej ścieżce dźwiękowej Joe Hisaishiego. Historia Chihiro – choć głęboko osadzona w lokalnych kontekstach i japońskiej mitologii – podbiła serca widzów na całym świecie, co przypieczętował Oscar w kategorii Najlepszy pełnometrażowy film animowany w 2003 r. Międzynarodowy triumf Spirited away stał się zarazem przepustką do globalnej rozpoznawalności Studia Ghibli, które w historii animacji ostatniego ćwierćwiecza zdecydowanie zapisało się złotymi zgłoskami. 

Natalia Sańko


61. Nić widmo, reż. Paul Thomas Anderson (2017)

Nić widmo
fot. „Nić widmo” / mat. prasowe Prime Video

Nić widmo ogląda się jak partię szachów rozgrywaną przy idealnie nakrytym stole. Za każdym razem, gdy wracam do tego filmu, mam wrażenie, że Paul Thomas Anderson ukrył w nim kolejną warstwę – nowe spojrzenie, kolejne niedopowiedzenie, subtelne przesunięcie pionka. W tej historii każdy szew ma znaczenie, każdy detal jest na swoim miejscu. Choć fabuła wydaje się prosta – linearna opowieść o miłości młodej Almy i chłodnego projektanta mody Reynoldsa Woodcocka – prowadzi widownię po nitce do kłębka do finału, który jest zarówno cichy, jak i piorunujący.  Z czasem widać, że nie jest to portret genialnego tyrana, lecz misternie skonstruowane studium władzy, zależności i perwersyjnie pojmowanej bliskości. Brak tu efektownych popisów typowych dla niektórych filmów z dorobku PTA. Zamiast tego twórca stawia na wizualną elegancję, błyskotliwość scenariusza i subtelne gesty aktorskie. Doskonale pamiętam uczucie, które towarzyszyło mi podczas pierwszego seansu – zobaczenia czegoś absolutnie satysfakcjonującego i dopracowanego do perfekcji. Dla mnie jest to najlepszy film Andersona! 

Jakub Nowociński


60. Dziedzictwo. Hereditary, reż. Ari Aster (2018)

Dziedzictwo. Hereditary
fot. „Dziedzictwo. Hereditary” / mat. prasowe Monolith Films

Ile razy zdarzyło Wam się zostać fanami reżysera już po debiucie? Ja miałem tę przyjemność zaraz po seansie pierwszego pełnego metrażu Ariego Astera, który mimo coraz wyżej zawieszonej poprzeczki kina grozy, przeskoczył ją z gracją lekkoatlety. Eksplorujący rodzinną traumę horror, wykraczający daleko poza przeciętne straszydło umiejętnie myli tropy, wykorzystuje symbolikę i nie boi się przełamywać filmowego tabu. Hereditatry to uczta dla oka, która z każdym kolejnym seansem podsuwa kolejną porcję informacji, aby na nowo poukładać wszystkie części w całość, który wygląda zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. I chociaż Aster po drugim filmie zaliczył kolosalny spadek formy, ciężko znaleźć równie potężny debiut w horrorze XXI wieku. 

Przeczytaj również:  Kristoffer Borgli. Ciemne strony sławy

Norbert Kaczała


59. Potwory i spółka, reż. Pete Docter (2001)

Potwory i spółka
fot. „Potwory i spółka” / mat. prasowe Disney+ Polska

Z filmami animowanymi bywa już tak, że często powtarzają one te same motywy, podając je w różnych formach. Potwory i spółka nie będzie się tu różnić od swoich licznych poprzedników i następców. Będąc produkcją tak skupiającą się na relacjach międzygatunkowych, podświadomie przypomina nam również o dzieciństwie i strachach spod łóżka. Jej rdzeniem jest przyjaźń, akceptacja, ale przede wszystkim pokazanie, że czerpanie z pozytywów w relacji z bliźnim wyjdzie wszystkim na dobre. Śmiech i empatia, zamiast krzyku i strachu. W prostocie tkwi siła, czym zapewne kierował się również zawsze świetny Randy Newman przy ścieżce dźwiękowej. Potwory i spółka posiadają rzecz jasna przekazy skierowane do starszej części publiczności. „Przodownicy pracy”, czerpanie zysków ze strachu dzieci, podupadające przedsiębiorstwa i niezbyt etyczne metody utrzymania się w grze zwanej kapitalizmem. Jak niedawno zauważył jeden z polskich portali, całkiem zabawnym jest fakt, iż główny antagonista-biznesmen zostaje aresztowany, co przypomina o tym, że Potwory i spółka to bajka oderwana od rzeczywistości. Cóż… 

Daniel Łojko


58. Przesilenie zimowe, reż. Alexander Payne (2023)

Przesilenie zimowe
fot. „Przesilenie zimowe” / mat. prasowe United International Pictures

Zima od jakiegoś czasu jest w odwecie. Od teraz, gdy najpewniej pożegnaliśmy już dwucyfrowe mrozy i grube warstwy białego puchu, porcję śnieżnych krajobrazów dostarczać będzie nam mogło jedynie kino. Z pomocą przychodzi Przesilenie zimowe. Debiutujący Dominic Sessa dotrzymuje poziom mistrzowskiej gry Paula Giamattiego. Olśniewa też Da’Vine Joy Randolph, która za rolę otrzymała Oscara. W tej historii mróz jest jedynie pretekstem do opowiedzenia o rodzinnym cieple i niepozornych cudach byle jakiej codzienności.  Na co dzień są niezauważalni. Wszystko zmienia się w trakcie pewnej wyjątkowo malowniczej świątecznej przerwy. Opowieść o losach tej trójki pokrzywdzonych przez system bohaterów wzruszy najtwardszych, a najsmutniejszych ukoi.

Marceli Jasiński


57. La Chimera, reż Alice Rohrwacher (2023)

La chimera
fot. „La chimera” / mat. prasowe Aurora Films

Alice Rohrwacher lubi umieszczać akcję swoich filmów w mitycznym bezczasie. Główny tragiczny konflikt La Chimery związany jest jednak z tym, że czas bezlitośnie przemija – etruskie groby okradane przez bohaterów są wartościowe właśnie dlatego, że pochodzą z innych czasów. Beniamina, ukochana głównego bohatera, jest dlatego dla niego cenna, bo już jej z nim nie ma. Im bardziej upływ czasu daje się we znaki, tym bardziej cenimy przestrzeń mitu, który rozgrywa się zawsze bez względu na daty i terminy. Całość reżyserka ubiera w formę romansu łotrzykowskiego, jednak przenosi akcent z satyry politycznej na refleksję filozoficzną i kulturową – poszukiwanie światów, w których nasze najgłębsze marzenia i tęsknoty są możliwe do spełnienia.

Irena Kołtun


56. La La Land, reż. Damien Chazelle (2016)

La La Land
fot. „La La Land” / mat. prasowe Prime Video

Z Oscarem w kategorii Najlepszy film bądź nie – dla mnie La La Land to najwybitniejsze dzieło 2016 roku. Jednocześnie seans, przed którym się wzbraniałam, bo nie przepadam za musicalami. Gdy jednak obejrzałam go bardziej z przyzwoitości niż faktycznej chęci (na laptopie w moim studenckim pokoju), zrozumiałam, jak ogromnie się myliłam. Fakt, musicale wciąż nie są moim ulubionym gatunkiem filmowym, ale Damien Chazelle, Emma Stone i Ryan Gosling sprawili, że jest to jeden z najlepiej nakręconych musicali kiedykolwiek. Od chemii między aktorami, przez upajający sennym marzeniem klimat Hollywoodu, po gorzki morał na samym końcu. Chazelle ubrał z pozoru banalną historię o uczuciach w hipnotyzujące barwy oraz niepowtarzalne piosenki, oddziałując na wszystkie zmysły widza.

Anna Czerwińska


55. Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore (2016)

Zwierzogród
fot. „Zwierzogród” / mat. prasowe Disney+ Polska

W tym mieście możesz być tym, kim tylko zechcesz! Szkoda, że nie do końca. Przyjeżdżająca do Zwierzogrodu Judy Hopps, tak jak widzowie, zachwyca się metropolią, w której wszystkie gatunki zwierząt żyją w zgodzie i każdy jest równy. Czar pryska, gdy, widząc w niej jedynie naiwnego, słodkiego królika, nikt nie chce potraktować jej poważnie – na czele z żyjącym z drobnych przekrętów szczwanym lisem. I pod samym względem animacji jest to jedna z najbardziej szczegółowych i bogatych w detale produkcji Disney’a, jakie przyszło mi oglądać. Pomysł, aby klasyczny buddy cop movie wrzucić w film dla najmłodszych i połączyć go z alegoriami uprzedzeń rasowych, prześladowań i do bólu prawdziwą wizytą w zarządzanym przez leniwce urzędzie okazał się strzałem w dziesiątkę… i miliardem na koncie. Nic dziwnego, że Zwierzogród już od dekady cieszy się taką popularnością.

Krzysztof Kurdziej


54. Diuna, reż. Denisa Villeneuve (2021)

Diuna
fot. „Diuna” / mat. prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Pierwsze zdjęcie Chalameta, przechadzającego się po plaży w stroju Atrydy zwiastowało początek przygody, na którą fani powieści Herberta i twórczości Denisa Villeneuve’a czekali od lat. Opóźniona przez pandemię Diuna okazała się historią, w której reżyser nie cacka się z brutalnością Harkonnenów i otaczającej Atrydów pustyni. Bohaterowie niczym pionki na planszy poruszają się bardzo szybko, przy okazji często eksponując pewne wady produkcji i dłużący się trzeci akt. Skala produkcji i prezentacja świata przedstawionego jednak to rekompensują. Obsada dobrana w punkt, odziana w jedne z najlepszych kostiumów w historii filmów sci-fi, a to wszystko w rytm dudniącej niskimi tonami muzyce Zimmera. O jakości zdjęć Greiga Frasera nawet nie wspominam, bo to temat na osobny tekst. Jak wskrzeszać kino i blockbustery po pandemii, to tylko za pomocą sunących po pustyniach czerwi. 

Krzysztof Kurdziej


53. Ratatuj, reż. Brad Bird (2007)

Ratatuj
fot. „Ratatuj” / mat. prasowe Disney+ Polska

W kuchni Gusteau liczy się smak, a w Ratatuj klimat. Ta klasyczna już animacja stworzyła w mojej wyobraźni obraz Paryża, który do dzisiaj jest dla mnie punktem odniesienia. Piękna muzyka, otulone miękkim światłem latarni uliczki, ciepło emanujące z (oglądanej przez świetlik) kuchni w jednej z pierwszych scen. To wszystko sprawia, że Ratatuj nie musiałby wiele robić, by zdobyć uznanie, a zrobił przecież więcej. Interesujące postaci, które ewoluują w trakcie historii i muszą podejmować nieoczywiste decyzje. Cenne, nie tylko dla najmłodszych, lekcje i szansa na zakochanie się nie tylko w Paryżu, ale i w gotowaniu. Krótko mówiąc – to co najlepsze w dziełach Pixara i jeden z wielu dowodów, dlaczego to studio, jest tak ważnym punktem amerykańskiego rynku animacji. 

Michał Skrzyński


52. Zodiak, reż. David Fincher (2007)

Zodiak
fot. „Zodiak” / mat. prasowe Prime Video

David Fincher, w ramach thrillera o tropieniu seryjnego mordercy, nie szuka taniej sensacji. Zamiast tego – kreśli prozaiczny, antytabloidowy traktat o sieci wpływów, łączącej zawodowe role bohaterów z ich życiem prywatnym. Uważnie obserwuje mozolny proces gromadzenia informacji, pasmo ślepych zaułków oraz narastającą obsesję, która stopniowo wciąga postacie w wir prowadzący na krawędź wypalenia, a czasami nawet szaleństwa. Przy całym niesensacyjnym naturalizmie pracy policjantów i reporterów, Zodiak otacza gęstym, mrocznym klimatem, który momentami chwyta widza za gardło. Fincher z zadziwiającą wiernością rekonstruuje realia sprzed rewolucji cyfrowej, tworząc swój najbardziej ludzki film, a zarazem osiągając apogeum technicznego kunsztu.

Kuba Zawirski


51. WALL-E, reż. Andrew Stanton (2008)

WALL-E
fot. „WALL-E” / mat. prasowe Disney+ Polska

Sztuką jest zrobić animację dla najmłodszych, w której do połowy nie słyszymy praktycznie żadnych dialogów. Pixar oczywiście potrafi wyczarować wszystko, serwując przy okazji opowieść o wyniszczonej przez ludzkość planecie i konsekwencjach dotychczasowego stylu życia. Wieżowce zbudowane ze śmieci, burze piaskowe i samotność głównego bohatera to wszystko, z czym zostawia się widza przed ekranem. Nic więc dziwnego, że widok małej roślinki w starym bucie potrafi za każdym razem rozbudza we mnie całą gamę pozytywnych emocji. WALL-E to jedna z tych wyjątkowych animacji, niosących za sobą istotne przesłanie. Po latach wciąż ciężko zapomnieć o space operze w wykonaniu dwójki robotów i ich piruetów w przestrzeni kosmicznej, napędzanych zawartością gaśnicy. Prawdziwa „Odyseja Kosmiczna” Pixara. 

Krzysztof Kurdziej


Koordynacja: Jakub Nowociński
Korekta: Magda Wołowska

+ pozostałe teksty

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.