PublicystykaZestawienia

TOP 20: Wybraliśmy najlepsze seriale dekady [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
Seriale
fot. Kolaż stworzony z materiałów prasowych / "Dziewczyny", "Fleabag", "Fargo"

10. Twin Peaks

Powrót, zapowiadany przez legendarnego już tweeta Davida Lyncha, okazał się najbardziej zaskakującym i frapującym dziełem ostatniej dekady. Każdy odcinek wodził nas za nos, z jednej strony pogłębiając i uzupełniając mitologiczne uniwersum Twin Peaks, z drugiej celebrując każda sekundę, każde ujęcie – czasem dla faktu samego celebrowania.

Mówiąc jednak o 3. sezonie trzeba podkreślić jeden, niezaprzeczalny fakt – The Return to prawdziwe dzieło sztuki, przemyślane w każdym calu. Dialogi, pozornie nieskładne, są głęboko metaforyczne, a David Lynch udowadnia, że nikt nie opowiada o metafizyce tak pięknie jak on, szczególnie w telewizyjnym medium.

Artyzm twórcy Blue Velvet połączony z wybitną, trojaką kreacją Kyle’a Maclachlana oraz wybitnym odcinkiem ósmym, tworzą obraz serialu-dzieła sztuki. Obrazu, nadmieńmy, genialnego.

(Maciej Kędziora)
Seriale
fot. Kolaż stworzony z materiałów prasowych
9. The Crown

Powracający po dwóch latach ciszy Peter Morgan dostarcza kontynuację jednego z najlepszych seriali o brytyjskiej koronie. Pomimo wysoko założonej poprzeczki oraz niezwykle trudnej tranzycji pomiędzy aktorami, cała produkcja wychodzi obronną ręką, eksplorując nowe wątki, udanie kontynuując historie zaproponowane już wcześniej, a także pozwalając sobie obrać nieco inny kurs.

Wszystko jednak znajduje swoje miejsce w królewskim szeregu, na czele którego dumnym krokiem idzie Olivia Colman, wspierana przez rewelacyjnego Tobiasa Menziesa. Oboje kreują swoje postaci wedle Morganowych wytycznych oraz ram nakreślonych poprzednimi dwoma sezonami. W żadnym razie nie są jednak sztywnymi i posągowymi postaciami pełnymi nudy i nadęcia – stanowią serce sezonu, nadając mu świeżego charakteru i ducha upływającego czasu. The Crown to wciąż pozycja obowiązkowa dla każdego fana brytyjskiej rodziny królewskiej, ale co najważniejsze, dla każdego miłośnika kina i serialu.

(Martin Reszkie)

8. Fleabag

Serial na podstawie sztuki, którym Phoebe Waller-Bridge udowodniła, że jest jedną z najlepszych obserwatorek życia współczesnych kobiet. Jej Fleabag – postać tak bardzo uniwersalna, jak i unikalna w swoim ostrym poczuciu humoru maskującym społeczne zagubienie – na przestrzeni dwóch króciutkich sezonów przeżywa niesamowitą transformację, jednocześnie wciąż będąc jednostką tragiczną – nieustannie uganiającą się za miłością… Albo po prostu za bliskością i uczuciem drugiego człowieka.

W pierwszym sezonie próbowała pogodzić się ze stratą najlepszej przyjaciółki. Bez przerwy, świadomie lub nie, zakłada na głowę pokutny wór i bezradna unika konfrontacji z własnymi potrzebami. Drugi natomiast staje się obrazem emancypacji owych potrzeb – i ich realizacji w postaci, kultowego już, „seksownego księdza”. Ostatecznie jednak okazuje się, że źródłem szczęścia i spełnienia nie jest wyłącznie inny człowiek. Ich obecność staje się dla Fleabag szansą na pokochanie samej siebie. Spojrzeniem na siebie oczami tych ludzi, zaakceptowaniem swoich słabości i wyciągnięciem dłoni do tych, którzy ją otaczają.

Fleabag wzrusza i bawi. Do łez.

(Wiktor Małolepszy)

7. Zadzwoń do Saula

Wielkości Breaking Bad nikt w tym momencie nawet nie śmie kwestionować. Epicka, pięciosezonowa historia chorego na raka nauczyciela chemii w trzynaście lat po premierze na stałe zadomowiła się w panteonie najbardziej uznanych seriali w historii małego ekranu. Ale to już zamknięty rozdział, przeszłość, do której pozornie ciężko (no dobra, zeszłoroczny epilog poświęcony Pinkmanowi, to także kawał dobrej produkcji) dopisać już coś nowego. Ale tylko pozornie, bo powstało przecież Better Call Saul.

Poświęcony najlepszemu prawnikowi w Albuquerque spin-off to historia wzlotu (albo upadku) Saula opowiedziana od samego początku. Młodego – wtedy jeszcze – Jimmy’ego McGilla poznajemy w momencie, gdy jego własna praktyka jest niewypałem, żyjącego w cieniu starszego brata i niemającego niczego poza swoim własnym, nieodkrytym jeszcze potencjałem. I trudno o lepszy autotematyzm, bo Jimmy’ego bardzo łatwo przyrównać do samego serialu, początkowo niemrawego i pozostającego w cieniu Breaking Bad.

Ale tak jak rozwija się Jimmy i tworzy się Saul, tak samo rozwija się Better Call Saul i tworzy arcydzieło współczesnej telewizji. Zupełnie jak w Breaking Bad, z każdym odcinkiem jest coraz lepiej i teraz, gdy zakończony został czwarty sezon, a już niedługo czeka nas premiera piątego, mogę stwierdzić, że nawet jeżeli – według niektórych – uczeń wciąż nie przerósł mistrza, to zrobi to z pewnością w ciągu kolejnych kilku miesięcy.

Doskonałe kreacje aktorskie połączone z równie świetnie napisanymi bohaterami, skonstruowana z pietyzmem i satysfakcjonująca na każdej płaszczyźnie fabuła, cudownie przeszarżowane sekwencje montażowe, masa humoru przeplatającego się z chwytającą za gardło grozą rzeczywistości i jeszcze więcej nostalgii najlepszego gatunku. Wad nie stwierdzono, poza jedną: kolejne odcinki niestety nie wychodzą co tydzień nieprzerwanie przez cały rok.

(Michał Piechowski)
Seriale
fot. Kolaż stworzony z materiałów prasowych
6. Mad Men

Jeżeli miałbym wymienić swój ulubiony, a jednocześnie moim zdaniem najlepszy serial, niezależnie od omawianej dekady wskazałbym na Mad Men. Ta trwająca siedem sezonów historia zaczęła być emitowana co prawda w 2007 roku, jednak druga część serialu, zdecydowanie bardziej osobista, pokazująca wewnętrzny dramat i rozterki bohaterów, była emitowana już w omawianym przez nas okresie. Po należytym przedstawieniu wszystkich bohaterów, serial stacji AMC rozwinął skrzydła, pokazując pracę i życie tytułowych Mad Men, a więc pracowników czołowych agencji reklamowych umiejscowionych przy Madison Avenue.

Przeczytaj również:  "Doktor Strange" i "Thor. Odrodzony" - Na nowo, czyli po staremu [RECENZJA]

To właśnie w tych emitowanych w ostatniej dekadzie sezonach pojawiały się odcinki, w których główny bohater – Don Draper – przeżywał wewnętrzny kryzys, pokazując coraz częściej, że też jest człowiekiem, który zmaga się z licznymi problemami. Wtedy też na pierwszym planie znalazły się znakomicie napisane role poboczne, takie jak Lane Pryce (Jared Harris), Sally Draper (Kiernan Shipka) czy chociażby Henry Francis (Christopher Stanley). Również grający wciąż pierwsze skrzypce w produkcji Jon Hamm nie pozostał im dłużny, zdobywając za ostatni sezon (stanowiący pewnego rodzaju epitafium postaci Dona Drapera) drugiego w swojej karierze Złotego Globa. Jednak nie tylko znakomicie napisane postacie tworzą Mad Men. Serial ten, jak mało który przedstawia nastroje społeczne w Stanach Zjednoczonych lat 60′. Wraz z rozwojem technologii, przełomowymi wydarzeniami i bardzo zmienną sytuacją społeczno-gospodarczą, specjaliści od reklamy, którą to zajmuje się będąca w centrum wydarzeń firma, musieli stosować przeróżne strategie marketingowe, by osiągnąć sukces. A o tym właśnie jest Mad Men – o ludziach, sukcesie (i upadku ludzi sukcesu), reklamie i społeczeństwie. Całość, zrealizowany, napisany i zagrany w perfekcyjny sposób serial, mogę polecić każdej osobie, szukającej wciągającej, nieszablonowej produkcji.

(Bartek Rusek)

5. Detektyw

True Detective to jedno z największych arcydzieł współczesnej telewizji. Połączenie talentów reżysera Cary’ego Fukunagi, scenarzysty i showrunnera Nica Pizzolatto oraz dwóch aktorów (Matthew McConaughey i Woody Harrelson) okazało się znacznie bardziej komplementarne, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Pierwsza odsłona serii miała estetykę niepodobną do niczego, co dotąd widzieliśmy – film noir zmieszał się z southern gothic, pulp fiction o kumplach-gliniarzach i mitycznych niesamowitościach. Historia osadzona na dusznych bagnach Luizjany, wśród przesądów i tajemniczych kultów, wciąga już od pierwszych minut. Fabułę zręcznie spleciono z trzech linii czasowych, by dążyć do jednego celu – odkupienia. Duet Matthew McConaughey i Woody Harrelson wzbił się na wyżyny aktorskiego kunsztu, a scenariusz jest bliski perfekcji. Zachwyca też sposób, w jaki opowieść karmi się motywami Króla w Żółci Roberta W. Chambersa, nadając prozie amerykańskiego pisarza jeszcze bardziej niepokojący wydźwięk.

Rozszalały bałagan zwany drugim sezonem nie tylko nie zdołał przeskoczyć wysoko zawieszonej poprzeczki, ale też okazał się zadziwiająco słaby. Vince Vaughn to okropna obsadowa pomyłka, a sama seria nieudolnie próbuje naśladować Miasteczko Twin Peaks. Szczęśliwie True Detective w trzecim sezonie ponownie osiągnął poziom pierwszej odsłony. Mahershala Ali był w nim hipnotyzujący, a sama opowieść intrygująca. Choć serial stracił część swojej niesamowitości, nie przestaje koncentrować się na pierwiastkach duchowych, co czyni go zupełnie odmiennym od standardowych historii o poszukiwaniu mordercy.

(Marcelina Kulig)

4. Breaking Bad

To było niesamowite wejście stacji AMC do serialowej gry, gdy wystartowali z dwoma totalnymi hitami: Mad Men oraz Breaking Bad. Ten drugi tytuł, opowiadający o nauczycielu chemii wchodzącym na przestępczą drogę, rozwijał się powoli, niespiesznie przedstawiając życie zwyczajnego Waltera White’a, by później podkręcić tempo i zaprezentować niesamowitą drogę ku zbrodni. Fenomenalny w tej roli Bryan Cranston to nie jedyny atut tej produkcji. Fantastycznie partnerowali mu Aaron Paul, Anna Gunn, Bob Odenkirk, Giancarlo Esposito i jeszcze rzesza innych aktorów. Breaking Bad to posępne rozliczenie z mitem amerykańskiego snu przy wykorzystaniu kryminalnej historii. Twórca Vince Gilligan mówi wprost za pomocą tego serialu: Stany Zjednoczone są w kryzysie, skoro tylko wstąpienie na drogę przestępczą może pomóc w wybiciu się zwykłemu szaraczkowi na szczyt. Ale to także opowieść o złu, które czai się w każdym człowieku.

(Marcin Kempisty)
Seriale
fot. Kolaż stworzony z materiałów prasowych
3. Bojack Horseman

Czy komuś trzeba jeszcze przedstawiać tego niezwykle charakterystycznego animowanego konia, przepełnionego smutkiem i przytłoczonego przez kryzys wieku średniego? Paradoksalnie to właśnie sam BoJack Horseman mówił o sobie najwięcej dobrego. Serial Raphaela Bob-Waksberga to przepełniona gorzkim humorem ogromna doza prawdy o życiu, które nie jest i nigdy nie będzie czarno-białe. Ciężko znaleźć w nim ukojenie, nie mówiąc już o szczerej wzajemnej empatii. W Hollywoo(d), świecie showbiznesu kompletnie prawdziwe są jedynie używki.

Wielosezonowe produkcje nigdy nie mają łatwo. Po pewnym czasie twórcy nie potrafią już dostarczyć widzom tego, co mogłoby ich jeszcze w serialu zaskoczyć. Na szczęście BoJack Horseman czerpie ze źródeł, które nie tylko ciężko wyczerpać, ale wręcz nieustannie ewoluują w zastraszającym tempie – poglądów społeczeństwa amerykańskiego oraz popkultury. Piąty sezon utwierdził w przekonaniu, że serial nie wyciągnął jeszcze głęboko skrywanego asa z rękawa, ale talię ma zdecydowanie mocną. Podzielenie ostatniej odsłony serii na dwie części dodatkowo podsyca ciekawość, a już teraz wiadomo, że warto towarzyszyć BoJackowi do samego końca tej krętej i wyboistej drogi.

Przeczytaj również:  Komedia romantyczna godna Palmy w Cannes. Recenzujemy "Najgorszego człowieka na świecie"
(Joanna Kowalska)

2. Fargo

Każdy, kto pokochał świat śnieżnej Minnesoty wykreowany przez genialny film braci Coen z 1996 roku, ogląda kolejne sezony Fargo z wypiekami na twarzy. Nieważne, czy obserwujemy starcie lekko ślamazarnej policjantki z jednym z najbardziej diabolicznych psychopatów w historii, brutalną i bezbłędnie wystylizowaną (Te samochody lat 50′!) wojnę rodzinnych gangów z UFO w tle, czy konflikt dwóch braci i losy tajemniczego biznesmena – twórcy za każdym razem przenoszą nas jakby do tego samego uniwersum. Punktem wspólnym jest tutaj wszechobecny absurd, który na pierwszy rzut oka bawi (bo Fargo sprawdza się przede wszystkim jako wybitna komedia), na drugi lekko żenuj, a ostatecznie lekko przeraża. Bo każda z tych historii, które już zostały opowiedziane (A nadchodzą kolejne, bo 4. sezon już w kwietniu!), ma w sobie coś uniwersalnego – dostarcza przypowieść o życiu i jego zawirowaniach, gdzie jednego dnia jesteście zwyczajnymi sprzedawcami ubezpieczeń, a drugiego mordujecie swoją żonę i zaczynacie nowe życie.

Przez lata twórcy Fargo przyzwyczaili nas przede wszystkim do wyśmienitego aktorstwa – można wymieniać tu bez końca, ale ikoniczna stała się już rola Billy’ego Boba Thorntona jako Lorne Malvo czy potrójny występ Ewana McGregora. Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie świetnie rozpisany świat i tło postaci (lub jego brak, jak w przypadku Malvo), cudowna oprawa muzyczna, najbardziej estetyczne kadry dekady, świeży montaż (Tutaj na szczególną uwagę zasługują split screeny, które są często i gęsto używane w sezonie drugim) i unoszący się nad produkcją duch braci Coen. Fargo to niesamowita gratka, serial który trafi do każdego, zaczaruje i wciągnie do świata, który w krzywym zwierciadle poprzez groteskę (i czasem fenomeny paranormalne) ukazuje naszą codzienność.

(Szymon Pietrzak)

1. Czarnobyl

Obecność serialu HBO w tym, a nie innym miejscu, nie jest przypadkowa, choć może nie jest też satysfakcjonująca. Czarnobyl zachwycił w pewnym sensie wszystkich, a potop pozytywnych i skrajnie pozytywnych recenzji rozciągnął się na szerokość całego internetu. Nie ma w tym fałszywej nuty, bo sprawa wybuchu reaktora nr 4 fascynuje nas wszystkich od ponad 30 lat, a w sieci znajdziemy mnóstwo artykułów, filmików pasjonatów, filmów dokumentalnych i wszelkiej maści archiwaliów, które składają się na nasze wyobrażenie o Czarnobylu. Często doszukujemy się w tych wydarzeniach elementów mistycyzmu, przyjmujemy to, czego do końca nie rozumiemy, za coś jeszcze bardziej frapującego. Myślę, że dziś można śmiało powiedzieć, że Czarnobyl w jakiś sposób zredefiniował nasze wyobrażenie o tym wydarzeniu (a niech o prawdopodobieństwie tej tezy świadczy liczba widzów). Nie wiadomo jeszcze, na jak długo ani z jakim skutkiem – w przestrzeni publicznej spotykaliśmy się już z ignoranckim wykorzystaniem serialu jako agendy przeciw energii jądrowej (możemy spuścić zasłonę milczenia na autora tego stwierdzenia).

Craig Mazin, autorka muzyki Hildur Guðnadóttir, reżyser Johan Renck i fantastyczna obsada na czele z Jardem Harrisem, Stellanem Skarsgårdem oraz Emily Watson – to przede wszystkim, ale nie tylko, ci ludzie odpowiadają za sukces serialu na tak wielu płaszczyznach: dramatycznej, technicznej, muzycznej, narracyjnej, ale też merytorycznej – choć Czarnobyl przedstawia jedynie pewną fabularną hipotezę, nie jest jednostronny i osądzający. Znakomity, choć niemy, wpływ na tę historię miała też Swietłana Aleksijewicz, od której Mazin zaczerpał historię Ludmiły czy eksterminatorów w strefie wykluczenia. Twórcy ci przyczynili się do oddania hołdu wszystkim, którzy w Czarnobylu jako procesie uczestniczyli; tym setkom tysięcy, których on pochłonął, często zabierał zdrowie i życie. W ogóle ostatni odcinek bardzo dobrze to ilustruje, przedstawiając nam przebieg katastrofy w potrzebie naukowej dydaktyki, a końcowe tablice odpowiadają na pytanie “po co?”. Po to, by szukać prawdy, jeśli to nie brzmi zbyt naiwnie.

Czarnobyl ustatkowuje się na pierwszym miejscu, bo znalazł wśród nas wspólny mianownik. Dla niektórych to arcydzieło audiowizualne, prawdziwy majstersztyk wszelkich osiągnięć filmowych; dla innych to znakomicie opowiedziana historia, opowiedziana w końcu i w nieprzypadkowym czasie. Dla mnie to klimaks tej tajemnicy (przechodzącej czasem w nastrój horroru), którą twórcy zdają się dekonspirować, ale zachowują przy tym styl narracji Aleksijewicz, która w Czarnobylskiej modlitwie zdaje się opisywać te wydarzenia oczami ludzi i przestrzeni, dla których awaria stała się punktem zwrotnym; zakwestionowaniem rozumienia przyrody, nauki i, co ciekawe, polityki.

Z perspektywy zaledwie półrocza może ciężko ferować wyroki, czy Czarnobyl istotnie zasłużył na nasze peany. Faktycznie pokaże to czas. Ale docenienie tego serialu na równi przez publiczność, jak i krytykę, świadczy o celność tego przekazu, o pieczołowitość projektu i jego dostępności. To pierwsze miejsce jest więc naszym demokratycznym wyborem.

(Kamil Walczak)

Jeśli Waszym zdaniem czegoś zabrakło, dajcie nam znać w komentarzach!

Strony: 1 2

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.