100 najlepszych filmów ćwierćwiecza (2001-2025) │ 1/4
Z końcem 2025 roku postanowiliśmy zmierzyć się z wyzwaniem wyłonienia 100 najlepszych filmów pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku (2001–2025). W pierwszej części naszego zestawienia rozpoczynamy podróż od miejsc 100–76. To spotkanie z twórczyniami i twórcami, którzy redefiniowali gatunki, opowiadali o świecie po swojemu i udowadniali, że kino wciąż potrafi zaskakiwać. Od barokowego romantyzmu, przez gorzkie portrety współczesności, aż po animacyjne rewolucje – to początek naszej podróży przez filmy, które ukształtowały zarówno nas, jak i kino ostatnich 25 lat.
100. Moulin Rogue!, reż. Baz Luhrmann (2001)

Wiosną ekranowe Moulin Rouge! obchodzić będzie swoje dwudziestopięciolecie. Pomimo tego film wciąż rozpala kolejne pokolenia widzów. W typowym dla siebie stylu reżyser łączy głębokie emocje z przepychem i różnorodnością wodewilowej estetyki. Każdy kadr jest atrakcyjną dla oka opowieścią. Wizualne bogactwo stanowi fundament tego świata i zachętę do dalszej analizy. Zostajemy wciągnięci w podróż po kulisach tętniącego życiem Paryża z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Opowieść na swoich barkach niesie mistrzowska, spektakularna Nicole Kidman. Kroku dotrzymuje jej Ewan McGregor. Ponadto w filmie roi się od detali. Luhrmann nie wstydzi się udowadniać, że biegle posługuje się językiem campu (patrz: Kylie Minogue). Za to należą mu się podziękowania przez, co najmniej, następne 25 lat…
Marceli Jasiński
99. Na rauszu, reż. Thomas Vinterberg (2020)

What a life! Po rewelacyjnym Polowaniu z 2012 roku, Thomas Vinterberg znów połączył siły z Madsem Mikkelsenem i postanowił nieco ubarwić nam szarobury lockdown. W Na rauszu grupa nauczycieli postanawia przetestować pewną alkoholową teorię, polegającą na utrzymywaniu stałego poziomu alkoholu we krwi – przez cały dzień i całą noc. I choć tak trudny temat na pierwszy rzut oka wydaje się być potraktowany z delikatnym humorem, reżyser bardzo szybko wytrąca nas z szampańskiej zabawy i przelewa czarę goryczy. Na rauszu opowiada o problemie uzależnienia od alkoholu z nietypową lekkością, ukazując widzowi wiele zalet picia tylko po to, by jak najmocniej wyeksponować zbliżające się do bohaterów srogie konsekwencje. To gra pozorów, w której Mads Mikkelsen odgrywa jedną z najlepszych ról w swojej karierze, a dostarczona przez niego finałowa scena tańca zostaje z widzem już na zawsze.
Krzysztof Kurdziej
98. Lady Bird, reż. Greta Gerwig (2017)

Zanim Greta Gerwig stała się pionierką kina komercyjnego, jej twórczość kojarzyła się z dobrym amerykańskim indie. Po rewelacyjnym Frances Ha o kobiecie w latach dwudziestych, reżyserka wzięła pod szkiełko trudy życia nastoletniego. I zrobiła to mistrzowsko – w krótkim, uroczym i błyskotliwym Lady Bird, który w 2017 roku zachwycił widownię na całym świecie. To film tętniący prawdziwymi emocjami – niby jesteśmy w Sacramento, a wszystko takie znajome. W niezręcznych postaciach łatwo odnaleźć cząstkę siebie i przez chwilę poczuć się znów zaplątanym po uszy w licealnych intrygach. Takich, z których kiedyś będziemy się śmiać, a teraz wydają się najważniejsze pod słońcem. Takich, które formatują nas na całe życie. Ta podróż w czasie jest frajdą przegryzioną łyżką goryczy. Lady Bird pozostaje jednym z tych feel-good movies, które oglądam co najmniej raz do roku i zawsze bawię się równie wybornie.
Jakub Nowociński
97. Spider-Man: Poprzez multiwersum reż. Joaquim Dos Santos, Kemp Powers (2023)

Co zrobić kiedy pierwszy film w planowanej trylogii wywrócił do góry nogami całą branżę animacji? Dokładnie to samo, tylko jeszcze trochę bardziej. Poprzez multiwersum to wizualny, muzyczny, scenariuszowy i reżyserski majstersztyk właściwie w każdej dziedzinie, który w mojej (nieco kontrowersyjnej) opinii nie tylko dorównuje części pierwszej, ale niektóre z jej elementów robi nawet lepiej. Miles Morales przemierzając tytułowe multiwersum nie tylko zrozumie, jaka jest korelacja między wielką mocą i wielką odpowiedzialnością, ale spróbuje odnaleźć własną tożsamość w świecie, gdzie każdy pozornie radzi sobie lepiej od niego. To przepiękna historia, która sprawdza się jako kwintesencja rozrywki, ale i dojrzała historia o odkrywaniu siebie. Na trzeciej części nie ciąży absolutnie żadna presja…
Norbert Kaczała
96. Historia małżeńska, reż. Noah Baumbach (2019)

Historia małżeńska Noah Baumbacha mnie złamała. Nie spodziewałem się tego w najmniejszym stopniu. Czułem, że serca mi pęka i absolutnie nic nie mogę na to poradzić. Po prostu powoli, delikatnie rozpadało się na kawałeczki. Wyniszczająca miłość Nicole i Charliego (absolutnie fenomenalni Johannson i Driver) sprawiła, że płakałem, jakbym przechodził ten dramat razem z nimi. Ale nadzieję prawdziwie odebrał mi Randy Newman. Akompaniujące Historii małżeńskiej utwory grały niebezpiecznie blisko partytur z Potworów i spółka czy Toy Story. Każda umacniająca tę realizację nuta rozbrajała kolejne moje emocjonalne osłony. Ja przecież już nigdy nie będę dzieckiem, a oni nigdy nie będą małżeństwem z plakatu.
Rafał Skwarek
95. Tylko kochankowie przeżyją (2013), reż. Jim Jarmusch

Tylko kochankowie przeżyją to od lat mój ulubiony film Jima Jarmuscha, a jednocześnie taki, który uważam za technicznie najlepszy. To także dzieło, w przypadku którego brakuje synonimów dla słowa „wspaniały” oraz warte polecenia wszystkim sceptykom historii o wampirach. Tilda Swinton w parze z Tomem Hiddlestonem budują film Jarmuscha poetyckimi dialogami. Wbrew pozorom Tylko kochankowie przeżyją jest dosyć oszczędny w środkach – w opozycji do przepychu, jaki często kojarzy się w wampirami. Zamiast tego reżyser z obsadą podają zaklęty w szczegółach magnetyzm, duchotę Detroit i Tangeru oraz absolutnie hipnotyzującą ścieżkę dźwiękową autorstwa SQÜRL i Jozefa Van Wissema. Nic dodać, nic ująć – tak robi się jeden z najlepszych filmów ćwierćwiecza.
Anna Czerwińska
94. Drive, reż. Nicolas Winding Refn (2011)

Drive to nie tylko stylowy hołd dla lat 80., ale przede wszystkim genialna hybryda brutalnego neo-noir i sentymentalnego melodramatu. Choć Driver (w tej roli świetny Ryan Gosling) to podręcznikowy archetyp milczącego, stoickiego twardziela, film buzuje od emocji dzięki genialnemu soundtrackowi. Kluczem do tej narracji jest operowanie na styku diegezy i sfery pozadiegetycznej, wykorzystujące tzw. fantastical gap. Refn sprawia, że muzyka (np. Under Your Spell) płynnie przekracza granice świata przedstawionego, wciągając widza w głęboką subiektywność bohaterów. Kobiece wokale funkcjonują tu jako niediegetyczne acousmêtre – odcieleśnione, offscreenowe głosy, które przejmują rolę narracji i nadają Driverowi emocjonalną głębię. To kino, w którym syntezatory zyskują status autorytetu emocjonalnego, mówiąc o poświęceniu i moralnej walce znacznie głośniej niż sam bohater.
Maciek Kulbat
93. Mroczny Rycerz, reż. Christopher Nolan (2008)

Druga część trylogii Brytyjczyka to wciąż najbardziej widowiskowy film o Batmanie. W żadnym z nich Bruce Wayne nie sprawiał wrażenia tak efektywnego – w opowieści o miliarderze będącym jednoosobową armią z najlepszym militarnym sprzętem, nieskazitelnym moralnym kompasem i wysokim poziomem skuteczności można z łatwością dostrzec sentymenty Ameryki George’a Busha. Joker Heatha Ledgera – wciąż robiący piorunujące wrażenie – stanowi w tym kontekście uosobienie terroru 9/11, który w pierwszej dekadzie XXI wieku przedostał się do codzienności Amerykanów. Marzenie o Mrocznym Rycerzu to więc sen o racjonalnej i efektywnej władzy, potrafiącej stłamsić irracjonalne, chaotyczne zło, podejmując wszelkie możliwe środki, aby osiągnąć swój cel, takie jak porywanie obywateli innych państw, tortury więźniów i szeroko zakrojony podsłuch. 2026 is the new 2008? No cóż, w przeciwieństwie do obecnego prezydenta USA, Batman przynajmniej miał po tym wszystkim wyrzuty sumienia.
Wiktor Małolepszy
92. Iniemamocni, reż. Brad Bird (2004)

Wybór najlepszej animacji spod szyldu wytwórni Pixar to prawdopodobnie awykonalne zadanie. Gdybym jednak miała zgadywać, który tytuł pojawia się najczęściej w TOP 3 kinomanów, postawiłabym na Iniemamocnych.Ponad dwudziestoletnia już animacja była pod wieloma względami przełomowa dla Pixara. To na jej potrzeby opracowano chociażby specjalny program, służący do symulowania ruchu włosów bohaterów. Wyzwaniem było również ich nazwanie, bo przez długi czas twórcy wybierali imiona noszone już przez komiksowe postaci. Trudno więc nie stwierdzić, że Iniemamocni to film wyjątkowo dopracowany – nie tylko na polu scenariuszowym, ale i czysto technicznym. Niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa, trzymająca idealne tempo historia czy wreszcie dla nas, polskich widzów, mistrzowski dubbing z Korą Jackowską na czele. Na żaden sequel nie czekałam tak, jak na drugą część Iniemamocnych.
Anna Czerwińska
91. Toni Erdmann, reż. Maren Ade (2016)

Czy Niemcy nakręcili w końcu naprawdę śmieszną komedię? Nie do końca, bo choć Toni Erdmann podszyte jest całą masą humoru, często jest to humor niezręczny i wywołujący potężne second hand embarrassment. I dlatego właśnie tak wspaniale działa, by przedstawić naszego głównego bohatera i jego skomplikowaną relację z córką. Naprawdę rozbraja natomiast nagromadzenie absurdu – film Maren Ade to majstersztyk balansowania między farsą a egzystencjalnym dramatem. Winfried, zakładając perukę i sztuczne zęby jako tytułowy Toni, niczym jeździec chaosu wdziera się w korporacyjny świat Ines, by zdemaskować rządzące nim reguły. Ade bezlitośnie obnaża pustkę świata wielkich pieniędzy i jeszcze większych ambicji, ale nie moralizuje – pozwala, by kompromitacja stała się narzędziem czułości. Kulminacyjna scena przyjęcia urodzinowego przechodzi do historii współczesnego kina jako jeden z najbardziej rozbrajających momentów ostatnich lat. Toni Erdmann wywołuje silne, sprzeczne emocje i długo nie daje o sobie zapomnieć, bo pod warstwą prowokacji skrywa zaskakująco czułą opowieść o bliskości.
Jakub Nowociński
90. Mała Miss, reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris (2006)

Co zrobić, gdy świat się wali, tak każdemu po trochu? Spakować rodzinkę i ruszyć busem przez Amerykę, by dojechać na konkurs piękności dla dzieci. Jonathan Dayton i Valerie Faris stworzyli uniwersalny komediodramat, który jest jak najlepszy kwaśny żelek. Z zewnątrz dużo kwaśnej posypki z trudności, przykrości i niedopasowania do świata, ale po przegryzieniu czujemy słodkie wnętrze. Mała Miss to ten film, po którym dobrze sięgnąć w momencie, gdy czujemy, że się trochę gubimy. Dobrze czasami wiedzieć, że skoro taka szalona wyprawa dojechała do celu, to my też dojedziemy.
Michał Skrzyński
89. Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese (2013)

Z kinem Martina Scorsese jest mi wyjątkowo nie po drodze. Dlatego też od lat się dziwię, że Wilk z Wall Street jest tak wysoko w moim osobistym rankingu filmowym. Może to zasługa mikroskopijnego śladu Ridleya Scotta, który miał początkowo wyreżyserować film? Wilk… to kino wielu zaskoczeń – żadnego zdobytego Oscara mimo pięciu nominacji (DiCaprio tutaj powinien zdobyć statuetkę!), raz nieirytujący w swojej grze Jonah Hill, Margot Robbie w świetnej kreacji aktorskiej mimo młodziutkiego wieku (miała zaledwie 23 lata) czy blisko trzy godziny metrażu, które ogląda się z zadyszką w godzinę. Nie mówiąc już o tym, że każdy jeden członek obsady zaliczył prawie bezbłędny występ przed kamerą. Scorsese stworzył kino totalne, co – moim zdaniem – nigdy później już mu się nie udało.
Anna Czerwińska
88. Wielkie piękno, reż. Paolo Sorrentino (2013)

Tak jak Gambardella dzielił z Flaubertem marzenie o napisaniu powieści o niczym, tak Sorrentino wychodzi temu marzeniu naprzeciw w filmowej formie. Flaneurstwo głównego bohatera odzwierciedla epizodyczność i przypadkowość fabuły, traktującej jednocześnie z uważnością i pietyzmem detale takie, jak przypadkowa wymiana spojrzeń, zasłyszany fragment rozmowy, obserwacja bawiących się dzieci. Te wszystkie małe nieważne sprawy w oku kamery tworzą coś więcej niż fresk portretujący Wieczne Miasto i jego rozkapryszoną współczesną śmietankę towarzyską i intelektualną. Wielkie piękno to mozaika, w której jeśli się przyjrzymy uważnie, możemy zobaczyć wzór dobrze przeżywanego życia; albo i nie – w końcu to wszystko tylko sztuczka.
Irena Kołtun
87. Ostrożnie, pożądanie, reż. Lee Ang (2007)

Lee Ang potrzebował ponad dwuipółgodzinnego metrażu nie tylko po to, by wyciągnąć wszystkie niuanse z króciutkiego tekstu Eileen Chang. Reżyser z pełnym zaangażowaniem szuka odpowiedzi na pytanie, które stawia nowela – dlaczego Wong Chia Chi podjęła taką szokującą decyzję? Lee śledzi spojrzenia, wymianę gestów, przysłuchuje się dokładnie tonowi głosu, ale to nie wystarcza. Reżyser posuwa się dużo dalej w swojej wiwisekcji pożądania, z jednej strony powszechnemu i naturalnemu stanowi psychicznemu, z drugiej ukrywanemu ze wstydu lub wyrachowania. W Ostrożnie, pożądanie naturalistyczny seks jest czymś innym niż shocker czy eksploatacja. Ukazana w filmie fizyczność daleka jest od uprzedmiotowienia; to raczej medium służące do przekazywania emocji i przeżyć, które nie mogą zostać wypowiedziane, w szczerości, na którą język i kultura nie potrafią się zdobyć.
Irena Kołtun
86. Pogorzelisko, reż. Denis Villeneuve (2010)

Najbardziej gorzkie momenty podczas układania filmowych rankingów to te, w których trzeba pochylić się nad tytułami z kategorii „seans obowiązkowy, ale do jednorazowego obejrzenia i niemożliwego zapomnienia”. Jednym z najlepszych w swej cierpkości tytułów jest przerażające Pogorzelisko. Wielkość tego filmu nie polega oczywiście na szoku, jakiego dostarcza. Owszem, jest on nieunikniony, natomiast w Pogorzelisku Villeneuve z chirurgiczną precyzją połączył dramatyczną historię, jej emocjonalny aspekt oraz idealnie rozmieszczone zwroty akcji. Napisanie podobnego scenariusza bez wszechogarniającego patosu to sztuka, do której potrzebne są wrodzone umiejętności – pewnych rodzajów wrażliwości czy wyczucia nie da się bowiem wypracować czy wyuczyć. Co prawda filmowy język reżysera przemawia do mnie od zawsze z jednym tylko wyjątkiem, więc moja ocena wypada lekko zaburzenie – jestem natomiast pewna, że Pogorzelisko to jeden z najważniejszych tytułów ostatnich 25 lat.
Anna Czerwińska
85. Kot w butach: Ostatnie Życzenie, reż. Joel Crawford (2022)

Powstała po dekadzie kontynuacja średnio udanego spin-offu serii, która została w pamięci, ale nie w kalendarzach premier? Czy to może wyjść? Może i to jak! Ostatnie życzenie przyciąga uwagę stylem animacji spopularyzowanym przez Spider-Man Uniwersum, ale to nie tylko tu leży jego siła. Ostatnia solowa przygoda rudego kota czaruje zwłaszcza mnóstwem postaci ze świetnie zarysowanymi charakteramiy i przesłaniem. Pomyślcie sobie, kiedy ostatni raz widzieliście zachodnią, wysokobudżetową animację, w której główny bohater musi poradzić sobie z realistycznie przedstawionymi atakami paniki spowodowanymi strachem przed śmiercią?
Michał Skrzyński
84. Śmierć pana Lăzărescu, reż. Christi Puiu (2005)

Śmierć pana Lăzărescu to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów kina spod znaku „rumuński film, który równie dobrze mógłby wydarzyć się w Polsce”. Tytułowy bohater to sześćdziesięcioletni mężczyzna mieszkający z trójką kotów, którego pewnego dnia dopada ból głowy i wymioty. I tak rozpoczyna się iście dantejska podróż przez wszystkie kręgi piekła rumuńskiej służby zdrowia. Choremu na każdym kroku daje mu się odczuć, że jest ciężarem: jest przekierowywany ze szpitala do szpitala, odmawia mu się podstawowych świadczeń, winą za zły stan obarczając samego pacjenta – w końcu wcześniej pił alkohol. Równie lekceważącego traktowania doświadcza pielęgniarka z pogotowia – jedyna osoba autentycznie przejęta losem staruszka. Film Puiu to lodowata, ostra jak brzytwa satyra na niewydolny, postkomunistyczny system, aż nazbyt bliska naszej codzienności.
Natalia Sańko
83. Zabij to i wyjedź z tego miasta, reż. Mariusz Wilczyński (2020)

Czy da się narysować pamięć? Zabij to i wyjedź z tego miasta udowadnia, że tak – choć to pamięć poszarpana, bolesna i nieustannie uciekająca. Mariusz Wilczyński przez czternaście lat tworzył swoją animowaną opowieść, tkając z fragmentów wspomnień, niedopowiedzianych rozmów i słów, które nigdy nie padły. Ulokowane w obrzydliwie turpistycznej Łodzi sprzed dekad wycinki doświadczeń autora tworzą surrealistyczną wędrówkę przez najboleśniejszą refleksję na świecie – wszystko się zestarzeje i wszyscy umrze. Ty, twoi bliscy i twoje miasto. Wilczyński macha tutaj na do widzenia nie tylko swoim rodzicom oraz przyjacielowi Tadeuszowi Nalepie, ale całemu światowi, który znał, a który już nie istnieje. Realność miesza się tu z fantazją, a prywatne przeżycia – z historią miejsca. To kino duszne, osobliwe, a także wysoce artystycznie spełnione, ze specyficzną kreską autora uwydatniającego brzydotę przedstawionego świata i wspaniałą, nastrojową muzyką Breakoutu. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego seansu, który opuściłem z przeświadczeniem, że na sali kinowej wydarzyła się właśnie magia.
Jakub Nowociński
82. Godzilla: Minus one reż. Takashi Yamazaki (2023)

O tym, że filmy potrafią zmieniać wie każdy zaangażowany widz. Ale czy potrafią je ratować? Bez wątpienia, bo dzieło Takashiego Yamazaki jest czymś więcej niż historią o potworze depczącym japońskie metropolie. Najnowsza inkarnacja Godzilli uosabia nie tylko atomową potęgę godną oryginału Ishiro Hondy oraz jej wpływ na rząd i społeczeństwo wersji Hideakiego Anno, ale też traumę doświadczeń wojennych całego pokolenia, oraz jego jednostek. Minus One nadaje naszym grzechom, porażkom i powodom do wstydu fizyczną formę, z którą ciężko sobie poradzić. Stworzony za 15 milionów dolarów film przyćmił swoją realizacją niejeden hollywoodzki blockbuster, a niekonwencjonalnym podejściem do ludzkiego dramatu szereg filmów festiwalowych. Dzieło spełnione w każdym aspekcie.
Norbert Kaczała
82. Incepcja, reż. Christopher Nolan (2010)

Ciężko opisać wrażenie, jakie wywarła na mnie Incepcja, gdy, jako nastolatek, pełen antycypacji obserwowałem na sali kinowej kolejne obroty metalowego bączka. Nie mogłem przestać o nim myśleć. Nie było innej możliwości, musiały nadejść kolejne seanse, analizy, teorie i tezy. Nolan zaszczepił w mojej głowie ideę wbrew mej woli. Dziś wydaje mi się, że jestem od niej wolny, ale równie dobrze mogę żyć w powoli wykreowanej przez nią rzeczywistości. Incepcja to absolutny szczyt thrillera akcji. Blockbuster-labirynt, z którego nie chce się wyjść. Najlepiej bezgranicznie się w nim zatracić i bezsensownie intelektualizować. Wpaść w kinomańskie rozszczepienie uczestnika i obserwatora z bezużytecznym szkiełkiem i okiem. Bo chodzi o to, żeby z przejęciem patrzeć, jak bączek się kręci; nigdy widzieć, czy w końcu upadnie.
Rafał Skwarek
80. Nowy początek reż. Denis Villenueve (2016)

Jeszcze zanim Denis Villenueve na dobre ugruntował swoją pozycję nowego mesjasza kina science-fiction, musiał w jakiś sposób przetrzeć szlak. Doszło do tego w 2016 roku gdy na ekrany kin trafił Nowy początek, ukazując nową jakość filmów o spotkaniu z kosmitami. Adaptacja Historii twojego życia Teda Chianga to filozoficzna opowieść o konfrontacji z obcą cywilizacją, której pojmowanie czasu dalece wykracza poza nasze linearne ograniczenia. Niczym główni bohaterowie próbujemy zrozumieć motywację przybyszy, starając się nie trzymać kurczowo ludzkich przyzwyczajeń i spojrzeć na „większy obraz”. Obłędna wizualnie i audialnie historia o człowieczeństwie i poświęceniu to jeden z najpiękniejszych przykładów fantastyki naukowej ostatnich lat, który można nazwać niemal traktatem religijnym.
Norbert Kaczała
79. Kill Bill, reż. Quentin Tarantino (2003)

W przeciwieństwie do prawidła, jakie rządzi moją relacją z filmografią Scorsese, kino Quentina Tarantino przyjmuję bez mrugnięcia okiem. Nie oznacza to zupełnie bezkrytycznego odbioru; być może sporą rolę odgrywa tutaj sentyment. Amerykanin jest bowiem pierwszym reżyserem, którego dorobek obejrzałam uważnie i chronologicznie, jeszcze będąc nastolatką. Upodobanie sobie twórczości Tarantino stało się na przestrzeni lat mocno mainstreamowe, jednak – o czym wielokrotnie się przekonałam – wybór Kill Bill na najlepszy jego film odbiega już od powszechnego dyskursu. Ogromny wpływ na tę decyzję ma znów ścieżka dźwiękowa, prawie tak bezbłędna jak ta w Tylko kochankowie przeżyją. Do tego dołóżmy kultową kreację Umy Thurman, która portretuje niemalże niezniszczalną bohaterkę, i wysmakowany czarny humor wpleciony między japońską choreografię scen walki. Tarantino na początku XXI wieku dysponował przepisem na kino idealne. Dlatego też nie posiadam się z radości w oczekiwaniu na 281 minut Kill Bill: The Whole Bloody Affair.
Anna Czerwińska
78. Red Rocket, reż. Sean Baker (2022)

Kolejny znakomity społeczny fresk amerykańskiego marginesu, namalowany ostrą, a zarazem humanistyczną kreską Seana Bakera. Tym razem reżyser zabiera nas do Teksasu, gdzie śledzimy perypetie bohatera ambiwalentnego: jednocześnie odpychającego i wzbudzającego pewną dozę współczucia, kiedy pada ofiarą stygmatyzacji. Mikey pozornie idzie naprzód, ale tak naprawdę grzęźnie w toksycznym bagnie narcyzmu, ambicji, głupoty oraz nieoderwalnej przeszłości – na swój sposób uosabia samą Amerykę. Uśmiechy losu, telewizyjne wstawki z Donaldem Trumpem i zakończenie nadają filmowi wysmakowaną ironię. To brawurowy neorealizm, pulsujący współczesnością, a także uniwersalna opowieść o wiecznie nieuchwytnej dla człowieka wolności.
Kuba Zawirski
77. Paprika, reż. Satoshi Kon (2006)

Nie bez powodu ostatnie dzieło tragicznie zmarłego Satoshiego Kona znajduje się parę pozycji nad Incepcją. Choć w końcu Nolan sam się nigdy nie przyznał do inspirowania się Papriką, trudno nie połączyć obu wizji, opierających się na mechanizmie eksplorowania ludzkich snów. Odnoszę też wrażenie, że anime od momentu premiery obrosło również większym kultem niż blockbuster z DiCaprio. Wożna więc uznać to umiejscowienie w rankingu za ostateczny argument potwierdzający wyższość wizji Kona… Paprika to anime prawdziwie zapierające dech w piersiach – swoim nieustannie naigrywającym się z widza montażem, ogromem surrealistycznych obrazów, czy też tempem, które chwyta i ani na sekundę nie puszcza. Na uwagę zasługuje też metafilmowa wymowa filmu – kino jest ukazywane jako maszyna reprodukująca sny od dziesięcioleci, niewielu jednak zrobiło to w sposób całkowicie pozbawiony sentymentalizowania. Konowi udało się to osiągnięcie – bo w Paprice przekornie ostrzega, że czasem lepiej nie wierzyć w swoje senne marzenia.
Wiktor Małolepszy
76. Zakochany bez pamięci reż. Michel Gondry (2004)

Funkcjonuje pewna kategoria filmów, które oddziałują odpowiednio na widza dopiero w bardzo konkretnym punkcie ich życia. Kiedy życie zdąży skrzywdzić nas wystarczająco mocno, pojawiają się Michel Gondry i Charlie Kaufman, pomagający w odkażeniu otwartej rany, gdzie przed chwilą mieliśmy bijące serce. Zakochany bez pamięci to staranna wiwisekcja rozpadu związku, pełnego spektrum ludzkich uczuć i naszego umiłowania własnej tragedii. Wybitni w swoich rolach Jim Carrey oraz Kate Winslet pokazują związek pełen sprzeczności, współuzależnienia, ale i pięknego uzupełnienia własnych przeciwieństw, którego rozpad boli nas nie mniej niż głównych bohaterów. Ale tak, jak oni, musimy zrozumieć, że zniszczenie to też forma kreacji, a niektóre historie zasługują na smutny koniec. Piękny, ale skrajnie smutny.
Norbert Kaczała
Część druga już wkrótce!
Koordynacja: Jakub Nowociński
Korekta: Daniel Łojko
