Advertisement
PublicystykaWywiady

O emocjach, szczerości i magii animacji rozmawiamy z Mariuszem Wilczyńskim, autorem filmu “Zabij to i wyjedź z tego miasta”

Maciej Kędziora
Zabij to i wyjedź z tego miasta
fot. Kadr z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta" / Nowe Horyzonty

Zabij to i wyjedź z tego miasta, laureat Złotych Lwów na FPFF w Gdyni, to bez żadnych wątpliwości jedna z najważniejszych premier filmowych tego roku. Z autorem tego wyjątkowego dzieła, Mariuszem Wilczyńskim, mieliśmy okazję porozmawiać pod koniec lutego. Oto opowieść o wieloletniej pracy nad filmem oraz o emocjach w kinie.

Maciej Kędziora: Twój film ma w sobie magiczną aurę. Powtarzając nowohoryzontowy seans na dużym ekranie, poczułem tak ogromną chęć zobaczenia go raz jeszcze, że poszedłem na niego znów kolejnego dnia. Jak czuje się doświadczony, lecz debiutujący w sferze dystrybucji kinowej reżyser, do którego spływają informacje o sprzedanych seansach? Wrzucasz na swojego Facebooka bilety, zdjęcia od znajomych – jakie dostajesz od nich reakcje, gdy wreszcie mogą zobaczyć twój długo wyczekiwany film? 

Mariusz Wilczyński: Zaskoczyło mnie wszystko, co dzieje się już od Berlinale. Wiedziałem, że zrobiłem film dla mnie najważniejszy, natomiast nie miałem żadnych oczekiwań. Być może dlatego że nie jestem reżyserem, nie odczuwam ciśnienia, żeby co rok, dwa zrobić produkt pod tytułem „film”.

Jako twórca niezależny, offowy, rysowałem wszystko dla siebie. Przez cztery lata snułem projekt, szkicowałem go, bez pieniędzy i oczekiwań. Zajmowałem się tym, co mnie najbardziej bolało, tym, co chciałbym rozwiązać. W pewnym momencie napisałem scenariusz, jeszcze przed nagraniem dialogów i wtedy, faktycznie, zaczęło to funkcjonować jako film, zresztą dostaliśmy maksymalną ilość punktów w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Zawsze podkreślam, że wszyscy szefowie PISF-u patrzyli na mój projekt bardzo entuzjastycznym okiem, czułem, że wierzą w ten projekt i pozwalają mi zrobić coś na moich warunkach. 

Fakt, że nie miałem żadnych oczekiwań, żadnych ambicji, chęci znalezienia się na festiwalach, jak i to, że nie jestem filmowcem i jestem spoza branży najprawdopodobniej wpływa na moją reakcję. Myślałem, że film będzie tylko w paru kinach studyjnych i być może ktoś na niego pójdzie. Wszystko co się wydarzyło – dobre przyjęcie na festiwalu w Berlinie, pozytywne recenzje w światowej rangi pismach, nagrody na festiwalach zagranicznych i to, co teraz dzieje się w Polsce – jest onieśmielające. Wrzucam zdjęcia, bilety, ale dostaję również listy. Listy bardzo osobiste, wzruszające, z którymi aż ciężko mi coś zrobić. Pojawiła się myśl, żeby – za zgodą ludzi piszących do mnie – zebrać te wiadomości. 

Ostatnio napisała do mnie pani z Berlina, która widziała Zabij to… na festiwalu. Po pokazie zaczęła się opiekować swoim ojcem, który zmarł jesienią. Dzięki mojemu filmowi przez osiem miesięcy dbała o niego, odnowiła z nim kontakt. 

Napisał do mnie również szesnastoletni chłopak. Szesnaście lat, gdy ja myślałem, że to film dla starych ludzi! Po seansie zaczął odwiedzać swoją babcię, znajdować z nią relację, zauważył, że potrzebuje pomocy. Często w małych rzeczach, nie chodzi przecież o heroiczne czyny. 

Z jednej strony te codzienne wiadomości to coś niezwykłego. Z drugiej, dziwnie się z tym czuję. Z tym, że ludzie po pokazach przedpremierowych o tym filmie dyskutują. Najważniejsze nie są te nagrody, które Zabij… dostał, nie nawet te fantastyczne recenzje, tylko sam fakt, że ten film jest ważny dla widzów. Że ludzie dzięki niemu są trochę bardziej wrażliwi na stan swojej starej mamy, starego taty. Ja nie byłem uważny, byłem w miarę dobrym synem ale zapatrzonym w siebie. Nie dzwoniłem do mamy, nie miałem czasu. Nie oddzwaniałem, myślałem „zadzwonię jutro”. 

Gdy rodzice odeszli, została czarna pustka. Wtedy pomyślałem, że muszę zrobić mój film. 

Ludzie piszą mi też, o czym sam wspomniałeś, że chcą zobaczyć ten film jeszcze raz. W rozmowie z Pawłem Pawlikowskim usłyszałem od niego, że widział Zabij to… trzy razy i na pewno zobaczy co najmniej jeszcze raz. Zabij… jest jak magiczne pudełko, w którym za każdym razem odkrywasz kolejne warstwy. 

Powrót do kina na twój film jest dla mnie, widza młodego, niesamowitą szansą spotkania na ekranie, usłyszenia głosów, których nie dane mi było nigdy wcześniej usłyszeć. Poza warstwą emocjonalną stworzyłeś filmową encyklopedię polskiego kina, w której spotkamy osoby, które niestety odeszły. Zabij to… jest dla mnie jedyną szansą, by spotkać na ekranie Irenę Kwiatkowską, Andrzeja Wajdę. Wiem, że proces dotarcia do tych ważnych postaci był bardzo długotrwały. 

Czy pracując nad swoim filmem miałeś świadomość, że tworzysz nie tylko portret pamięciowy swojej wyobraźni, ale również portret pamięciowy rodzimego kina? 

MW: Gdy jest się młodym człowiekiem, takim jak ty, najbardziej wierzy się artyście. W czasach mojego dojrzewania, łatwiej było im w pełni zaufać. Nie było wówczas sfery poza sztuką – całej machiny promocyjnej. Sztuka w pełni o nich świadczyła i sztuka ich broniła. Artyści których wymieniłeś, Andrzej Wajda czy Gustaw Holoubek, kształtowali świat mojej wyobraźni, moje wartości i byli dla mnie po prostu bardzo ważni. Jestem, jaki jestem właśnie dzięki nim, za to jestem im bardzo wdzięczny. Jestem taki, gdyż uwierzyłem w ich sztukę. 

Szkopuł w tym, że oni wzbudzali we mnie te emocje jak byłem bardzo młody, a sam film zacząłem robić w wieku czterdziestu paru lat. Obsadzałem ich z miłości. Pamiętam rozmowę z moją kierowniczką produkcji, gdzie wymieniałem moje gwiazdy: Irenę Kwiatkowską czy Holoubka. Powiedziała: „Ale jakie to są gwiazdy? Gwiazdami są postacie ze ścianek”. 

To o czym wspominasz uświadomiłem sobie pierwszy raz gdy Kuba Wroński, jeden z czołowych animatorów, starszy od ciebie, ale dużo młodszy ode mnie, powiedział: „Wilk. Rysuję ten film, oglądam go, czuję że dotykam świata wartości, którego już nie ma. że tego świata, o którym opowiadasz już nie ma, i zazdroszczę Ci że w nim byłeś”. Jego słowa uświadomiły mi, że jest w Zabiju zaklęty duch świata, którego nie ma, a który jest obiektem tęsknoty. 

Po jakimś czasie moja ekipa animatorów zaczęła mówić tekstami filmowych artystów. Kuba, w trakcie rysowania, widział przez okno, jak kradną mu rower. Wybiegł z mieszkania i zaczął krzyczeć tekstem Tomasza Stańki. 

fot. kadr z filmu “Zabij to i wyjedź z tego miasta”

Z autopsji wiem, że w szkołach filmowych często wykładowca czeka na reakcję studentów na jego najnowszą produkcję. Czy miałeś już okazję porozmawiać ze swoimi studentami i studentkami na temat Zabij to…? Jak odebrali oni twoje dzieło? 

MW: Czas pandemii spowodował, że moje zajęcia z animacji przeniosły się w pełni do sieci. W innej rzeczywistości przychodziłbym do szkoły i rozmawiał o filmach nie tylko na zajęciach, ale i spotykając ludzi na korytarzach, kawiarniach. Także strefa dyskusji jest niestety teraz zubożona. Obecnie na zajęciach mocno walczę, by moja grupa nie przerażała się realiami, nadal próbowała rozwijać swoje projekty. By nie myślała, że bez Łodzi, dyskusji, wymiany zdań, te filmy nie wyjdą. 

Natomiast na przestrzeni tych kilkunastu lat tworzenia Zabija, pokazywałem fragmenty wybranym studentom. Część z nich te sceny zainspirowały, ku mojej uciesze. Tomek Popakul (autor m.in. Acid Rain – przyp. red.), mój dyplomant, robiąc Zigernot, zainspirował się nie tylko emocjami, ale i techniką. Dotychczas robił filmy w 3D, a po zobaczeniu tych fragmentów zdecydował się na animację klasyczną. 

Innym przykładem jest film mojej studentki Julii Orlik, Jestem tutaj, o umierającej starej kobiecie. Pokazywałem jej fragmenty Zabija, w tym scenę z umierającą mamą, zrobiła na niej wrażenie, a po kilku miesiącach przyniosła pomysł na swój film. Będąc opiekunem artystycznym broń boże nie narzucałem tematów, ale jeśli ktoś miał chęć odbić się od mojej twórczości, to bardzo mnie to cieszyło. Julia realizuje filmy lalkowe, tam jest zupełnie inne myślenie niż w filmach rysowanych, więc podpowiadałem jej by szukała też inspiracji w szpitalnych filmach dokumentalnych Libery i zapisie koncertu Milesa Davisa z Warszawy, zrealizowanym przez Marka Olko, gdzie kamera przez cały koncert śledziła tylko i wyłącznie twarz Milesa. 

Wracając do pytania – reakcje na ten moment są bardzo pozytywne, wszyscy mówią że film już widzieli. Tylko, kiedy na twoich zajęciach studenci mówią że widzieli i że bardzo im się podobało, to nie jesteś pewny, czy mówią to stuprocentowo szczerze. 

Skończyłeś malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych, a animacji uczyłeś się sam. Czy z perspektywy twoich doświadczeń na filmówce jest coś czego zazdrościsz swoim studentom animacji? Albo na odwrót – czy jest coś czego oni mogą zazdrościć tobie?

MW: Zupełnie szczerze – chyba nie. Ja im niczego nie zazdroszczę, a czy oni mi – nie wiem. 

Ja jestem samoukiem i naturszczykiem, oni kończąc naszą Szkołę są w pełni zawodowcami i profesjonalistami. Gdybym mógł cofnąć czas wybrałbym jeszcze raz moją drogę, gdy w wieku 35 lat zakochałem się w animacji i postawiłem, że nie będę patrzył co i jak robią inni animatorzy i nie będę korzystał z podręczników technologii animacji, by przeżyć przygodę w nieznane. 

Dlatego też nigdy nie wysyłałem swoich filmów na festiwale. Nie czułem się do tego zobligowany, nie myślałem o karierze. Dopiero kiedy moją twórczość odkryło Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku, wtedy zacząłem być zapraszany na festiwale, ale nie do konkursów, lecz by pokazać  retrospektywę moich animacji. Nigdy nie sądziłem że coś takiego osiągnę.

Natomiast studenci Wydziału Animacji w Szkole Filmowej w Łodzi mogą realizować swoje filmy już od pierwszego roku studiów i często te filmy są świetne, wchodzą w obieg festiwalowy, często podbijają festiwale i widownię. Pamiętną animację o Kalasiu i Pafnucku pt. Drżące Trąby Natalia Brożyńska zrealizowała, pod moją i Marka Skrobeckiego opieką, już na I Roku studiów! Świetne animacje wychodzą z Pracowni Piotrka Dumały i innych kolegów. Studenci Animacji na naszej Uczelni od pierwszych lat są w krwiobiegu festiwali filmowych, myślą o pracy w branży, o robieniu własnych projektów, bądź pracowaniu w wielkich wytwórniach. 

Swoją pierwszą retrospektywę w MoM-ie miałeś w roku 2007. Teraz wróciłeś tam wraz z Zabij to. Jakie są twoje pierwsze odczucia, jakie towarzyszą ci emocje teraz, z perspektywy artysty, który w Nowym Jorku był już pokazywany?

MW: Ta szansa jest papierkiem lakmusowym mojej twórczości. Będąc studentem Akademii Sztuk Pięknych, przyjaźniąc się i ucząc pod okiem profesora Fijałkowskiego, który był studentem Strzemińskiego, nie było większego wyróżnienia niż szansa pokazania prac w Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku. Cieszyłem się z tej informacji na równi z pojawieniem się na Berlinale, a prawdę mówiąc nawet bardziej. 

Fakt, że po raz drugi jestem właśnie w MoM-ie, po 13 latach, bez wcześniejszej gwarancji, że po retrospektywie będę kiedyś zaproszony ponownie, jest weryfikacją, że to co robię jest dobre. Nikt przecież po wystawie w roku 2007 nie pomyślał: „O, Wilczyński, podoba mi się to nazwisko, trzeba go będzie zaprosić ponownie”. 

Wielka radość jest trochę stępiona faktem, że wszystko przeniosło się do sieci. W innej rzeczywistości przez tydzień byłbym gościem muzeum, spotykał na korytarzach świetnych ludzi. W 2007, kiedy pokazywane były moje animacje, miałem okazję poznania Laurie Anderson i Lou Reeda. Po prostu tacy ludzie tam chodzą! 

Ale nawet ten tydzień w sieci dał mi ogromne szczęście – fakt że to wielkie muzeum znów chciało pokazać coś mojego. Jestem w siódmym niebie! 

fot. Gala wręczenia Złotych Lwów, na zdjęciu producentki Agnieszka Ścibior i Ewa Puszczyńska oraz reżyser Mariusz Wilczyński, fot. Anna Rezulak

Mówiąc o wyróżnieniach, nie sposób nie wspomnieć o tym dla rodzimych festiwali epokowym, czyli o Złotych Lwach na festiwalu w Gdyni. W tym roku, gdy festiwal został, wraz z częścią programu przeniesiony do sieci, nie mieliśmy możliwości zajrzeć za jego kulisy. Stąd pytanie –  jak dowiedziałeś się o nagrodzie? 

MW: Historię z Gdyni trzeba zacząć od tego jak wysyłaliśmy Zabij to… Siedziałem nad każdym pojedynczym formularzem i wypełniałem całą papierologię konieczną do zgłoszenia produkcji. Moje producentki mówiły mi: „Co ty robisz, przecież my to wyślemy!”. Powtarzałem: „Robiłem ten film tak długo, że bardzo chcę wypełnić to wszystko samemu”. Mówimy przecież o festiwalu w Gdyni, gdzie animacje pojawiają się bardzo rzadko. Zabij to… dostawało wyróżnienia na wielu festiwalach – w tym tak ważnych jak festiwale w Annecy i Ottawie – ale możliwość pokazania go na gdyńskim festiwalu była czymś innym. Czymś naszym, czymś w domu. Samodzielne wypełnianie druku skutkowało koniecznością wprowadzania licznych poprawek i odbierania telefonów od organizatorów, co jeszcze muszę zmienić w zgłoszeniu, ale czułem, że wszystko muszę zrobić osobiście. 

Kiedy dowiedziałem się, że zostaliśmy przyjęci do konkursu głównego bardzo się przejąłem. Byliśmy dopiero trzecią rodzimą animacją, która miała taką możliwość. Był to szczyt moich wyobrażeń o tym, co możemy osiągnąć. 

Niedługo później miałem świetny wywiad z Dorotą Masłowską (w Newonce Radio – przyp. red.), która bardzo czujnie wypytywała mnie o konkretne kwestie i na koniec powiedziała, że będzie w jury. Później, już w trakcie festiwalu, przysłała mi z Gdyni sms-owy „uśmieszek”. Z każdym dniem tych uśmieszków przesyłanych od różnych ludzi znad morza było coraz więcej, tak jakby oni wiedzieli więcej ode mnie. 

Dzień przed ogłoszeniem werdyktu zadzwoniono do mnie, żebym przyjechał do Kina Kultura, gdzie nagrywano galę. Nie chcieli udzielić mi odpowiedzi na pytanie, po co mam do tego kina przyjeżdżać, więc zacząłem myśleć, że chyba coś wygrałem. To jedna z przewag nagród online – pewnie gdyby Magnus odebrał na gali stacjonarnej Srebrny Lwy, może nawet tuż po ogłoszeniu laureata Złotego Pazura, wyszedłbym z sali i poszedł przebierać się do szatni ze świadomością, że nic nie dostałem. 

W chwili gdy dowiedziałem się, że moje producentki również zostały zaproszone do Kultury, zacząłem się domyślać, że musi być to jakaś gruba sprawa. Patrzyłem na listę nagród i wyróżnień łącznych dla twórcy i producentów. Są trzy – Złoty Pazur, Srebrne Lwy i Złote Lwy. Kiedy już dojechałem, od razu zaczęto mnie pudrować, ktoś inny zaczął robić zdjęcia. Myślałem: „Kurde, czemu ktoś, w tak intymnej sytuacji, robi mi zdjęcia”. Werdykt powiedzieli mi dopiero na scenie. Popłakałem się. 

Docierało to do mnie przez bardzo długi czas i szczerze mówiąc, chyba nadal do mnie dociera. Kiedy po festiwalu wszedłem u mnie na wsi do sklepiku po bułki i herbatę, to od razu usłyszałem gratulacje od pani sprzedawczyni. Gratulowali również mijający mnie sąsiedzi. Nic takiego wcześniej mi się nie przydarzyło. Niedawno odpaliłem sobie na Wikipedii spis laureatów Złotych Lwów. Lista zaczyna się od Potopu i Ziemi obiecanej, kończy na współczesnych wielkich jak Pawlikowski. Uświadomiłem sobie, że jesteśmy częścią jakiegoś historycznego momentu, że Zabija już nikt z historii nie wymaże. 

Pojawiały się głosy, że wygraliśmy dlatego, że Lech Majewski przewodniczył jury. Ale wszyscy mieli po jednym głosie i Majewski, mimo bycia przewodniczącym, miał głos taki jak inni. Zresztą, niech świadczy o tym sam fakt, że wygraliśmy jednogłośnie. Podobnym potwierdzeniem była tabela zbierająca głosy krytyków i krytyczek, opublikowana w miesięczniku Kino, gdzie również okazaliśmy się zwycięzcy. Kiedy zobaczyłem, że wygrywamy w tabeli głosami takich osobistości jak Prodeus, Sobolewski, Żurawicki, pomyślałem, że naprawdę się spodobaliśmy. 

Jest to niesamowite uczucie. Marzę, żeby po pandemii, spotkać się z widzami na pokazach, rozmawiać po seansach i pić wino. 

W twoim filmie pojawia się mnóstwo odniesień, które zapewne będą wyłapywane przez filmoznawców i krytykę filmową jeszcze przez bardzo długi czas. Powstał nawet przewodnik po Zabij to… na Culture.pl. Z drugiej strony twój film to pokłady czystych emocji zawartych na ekranie, sam uważam, że twój film trzeba czytać przede wszystkim emocjami. Czy Mariusz Wilczyński jako widz odczytuje dzieła kontekstowo czy stricte emocjonalnie? 

MW: Czytam filmy wyłącznie emocjami. Nigdy nie przygotowuję się przed seansami, choć czasem tego żałuję – gdy w dziele poukrywane są smaczki, tkanka odbioru jest znacznie ciekawsza. To trochę jak z podróżą, dajmy na to, do Rzymu. Możesz pojechać tam absolutnie nieprzygotowany – Rzym zachwyci cię, w końcu to piękne miasto, piękne budynki, ciepły klimat. Kiedy przed wyjazdem przeczytasz jednak przewodniki, lektury, zagłębisz się w jego historię, pojmiesz znaczenie takiej a nie innej architektury i jej uwarunkowania, całkowicie zmieni ci się percepcja podróży. Dlatego bardzo się cieszę, że przewodnik powstał. 

Sam oglądając filmy z innych krajów, żałuję często, że umykają mi konteksty. Mój film przecież też składa się z warstw znaczeniowych, które z miejsca wyłapią nieliczni. Jest warstwa zrozumiała tylko dla łodzian, jest ta dla Polaków, ale tylko tych z mojego pokolenia (na przykład istota takiego, a nie innego, ułożenia papierosów w kiosku). Jest dla Polaków młodych, jest dla Europejczyków… Sposób odczytywania tych warstw jest różny w zależności od wieku widzów i miejsca ich pochodzenia. To szczególnie widać w światowym odbiorze. Przykładowo w Ameryce mało kto wyłapuje nawiązanie do Mistrza i Małgorzaty. Chyba tylko w jednej na dziesięć recenzji stamtąd pojawił się wątek Bułhakowa. 

Wydaje mi się jednak, że Zabija można oglądać bez tych kontekstów. Oczywiście bardzo ważne jest, kto mówi dane kwestie, że jest to Gustaw Holoubek, że jest to Andrzej Wajda – szczególnie w przypadku słowa „kanał”. Dla mojego pokolenia Kanał był szkołą patriotyzmu. Patriotyzm nabiera w obecnych czasach brunatnych znaczeń, ja na patriotyzm patrzę z perspektywy pozytywnej – dla mnie patriotyzmem było to, co robiłem w młodości z chłopakami pierwszego sierpnia, gdy wspólnie rozpalaliśmy ognisko, piliśmy wino i śpiewaliśmy piosenki powstańcze. 

Przeczytaj również:  Rusza Short Waves Festival, czyli kino krótkometrażowe z całego świata na wyciągnięcie ręki!

Wracając do Wajdy. Jego zabawa słowem „kanał” jest zrozumiała w pełni tylko w Polsce. Jest to jego zdefiniowanie na nowo urosłej do wymiaru pomnikowego symboliki jego filmu „Kanał”. To miałem na myśli pisząc ten monolog. 

Kanał, a także mam wrażenie twój film w przyszłości to znakomite produkcje, które należy oglądać parokrotnie, badać filmoznawczo. Czy miałeś sam jakiś film, który na tyle cię ukształtował, zaciekawił, że wracałeś do niego kilkukrotnie? Dzieła, które ukształtowały Ciebie nie tylko jako filmowca, ale jako artystę czy po prostu widza? 

MW: Oczywiście są filmy, do których wracam, ale nie potrafię ocenić, które szczególnie mnie ukształtowały – to lepiej zrobisz ty czy inni. Z całą pewnością nie była to jednak animacja. 

Bardzo lubię Bergmana, Tam gdzie rosną poziomki czy Fanny i Alexander. Być może brzmi to strasznie boomersko, ale taka jest prawda. Cenię również Felliniego, a z polskich twórców uwielbiam Ziemię obiecaną Wajdy, uważam ją za totalne arcydzieło. Jestem fanem Tarantino, Pulp Fiction i Jackie Brown widziałem chyba po pięćdziesiąt razy, a jak mam zły humor to sięgam właśnie po jeden z tych dwóch filmów. 

Kiedy miałem  retrospektywę na Nowych Horyzontach w 2011 roku, musiałem wybrać 10 ulubionych fragmentów filmów. Pojawił się tam właśnie Fellini, ale szczególnie chciałem pokazać kawałek Baby Snakes Franka Zappy, przenikającego medium filmu i koncertu wraz z animacjami Bruce’a Bickforda. Niestety nie dostaliśmy do niego praw. 

fot. kadr z filmu “Zabij to i wyjedź z tego miasta”

W moim życiu zawsze ważniejsza od filmów była muzyka. Była bardziej przy mnie, znacznie mocniej na mnie oddziaływała. 

Zazwyczaj gdy ktoś mówi mi, że coś nad czym właśnie pracuję jest podobne do czegoś innego, to szybko to zmieniam – może wynika to z egocentryzmu. Nie wiem, skąd to moje podejście się wzięło, to przywiązywanie wagi do oryginalności, będącej jedną z najważniejszych dla mnie wartości. Artystą jest dla mnie przede wszystkim ten, kto tworzy rzeczy niepowtarzalne, nie wzoruje się na nikim. Oczywiście, jest w pewnej sprzeczności z moim wspomnieniem o twórczości Tarantino, który z mistrzostwa cytatu stworzył sztukę, ale on jest wyjątkiem.  

Prawdziwą radochę sprawia mi wpadnięcie na pomysł, którego nigdzie indziej nie widziałem. Teraz myślę już o nowym filmie, czuję, że mam taki pomysł – wprawdzie nie wiem jeszcze, z jakiej strony go ugryźć. Rozpisałem treatment, dostaliśmy stypendium scenariuszowe od PISF-u, ale jeszcze szukam sposobu, jak do tej idei w głowie podejść. To są najpiękniejsze chwile – te, w których zaczynasz myśleć o filmie i wszystko jest jeszcze przed tobą. 

Zabij to… jest portretem pamięciowym, często wspominasz o zawarciu w nim ducha swojego pokolenia. Chciałem cię zapytać, czy jest coś, co szczególnie inspiruje cię we współczesnym świecie, muzyce, filmie, ale i rzeczywistości pozakuluralnej?

MW: Nie powiedziałbym, że inspiruje mnie teraz sztuka jako taka, nie znajduję w niej nowych fascynacji.  Jestem twórczym egocentrykiem – nie mówię tego z dumą, nie wiem, czy to dobrze czy źle. Prawdę powiedziawszy od kilku lat prawie niczego nie słucham i nie oglądam. Siedzę w moim lesie w ciszy i pracuję, i to jest dla mnie największy czad.  Kilka lat temu Agnieszka Szydłowska dała mi kilka płyt „bym nie słuchał już swoich dinozaurów”. Ale od kilku już lat najbardziej lubię ciszę. Kiedyś słuchałem głównie Milesa Davisa, Franka Zappy, Johna Coltrane’a i Nalepy. Potem miałem fazę na muzykę współczesną, Morton Feldmana, Pendereckiego, włoskie opery i Bacha w interpretacji Glena Goulda, ale od jakiegoś czasu wybieram ciszę. W ciszy na uboczu rysuję swoje filmy. 

Patrzę z nadzieją na dobrą energię w młodych ludziach i mam nadzieję że zmienią świat na lepsze.    

Gdy słyszę w kółko utyskiwania moich kolegów, że „młode pokolenie nie wie, co to miłość”, że „myśmy byli inni”, a z drugiej strony na co dzień obserwuje studentów, nie potrafię się z tym zgodzić. Zupełnie szczerze wydaje mi się, że młode pokolenie teraz ma znacznie trudniejszy czas, niż myśmy mieli. Rzecz jasna wychodząc w ich wieku na ulicę, czołgi stały z wymierzonymi lufami, bo był stan wojenny. Ale mogłem zajmować się sztuką, właściwie nic to nie kosztowało. 

Natomiast moi studenci, gdy przyjeżdżają studiować do Łodzi, muszą szybko zacząć zarabiać, by się utrzymać. Brać dorywcze prace – jako kelnerzy i kelnerki w knajpach. Poza tym teraz jest znacznie więcej wszelkich pokus, coraz więcej osób chce być artystami. Młodzi nazywają starszych „boomerami” i „dziadersami”, ale przecież my też stygmatyzowaliśmy starsze pokolenia. 

Naprawdę marzyłoby mi się by starzy, biali mężczyźni stracili władzę, żeby urządzić świat bez ksenofobicznych podziałów. 

Miejmy nadzieję, że ta zmiana już niedługo nadejdzie, że nastąpi też zmiana w mentalności. Że pojawi się w świecie – także na polu sztuki – więcej widzialności kobiecej czy mniejszościowej.  

MW: To już się powoli dzieje. Z perspektywy wykładowcy widzę, że z roku na rok coraz więcej dziewczyn jest przyjmowanych, jest ich więcej niż chłopaków, mieliśmy już kilka roczników że przyjęliśmy na Animację same dziewczyny!

Muszę ci zadać pytanie, które z perspektywy widza zawsze mnie interesowało. O ile jestem w stanie – realistycznie bądź nie – wyobrazić sobie pracę reżysera, operatora czy scenarzysty w momencie tworzenia, o tyle fascynuje mnie proces artystyczny przy rysowaniu i konstruowaniu animacji. W szczególności gdy trzeba narysować, stworzyć scenę emocjonalną, sięgającą do twoich przeżyć i wspomnień. Jak poradzić sobie z trudem przełożenia emocji, również biorąc pod uwagę konieczność manualnego spokoju w trakcie rysowania?

MW: Te sceny najtrudniej wymyślić. Cały proces polega na modulowaniu przeżyć tkwiących wewnątrz mnie. Najgorsze jest zapisanie całości, chwile, w którymi musimy zmierzyć się z emocjami, wspomnieniami najczęściej negatywnymi. Człowiek jest tak skonstruowany, by o tych negatywnych momentach zapominać. Gdybyśmy nie potrafili zapomnieć o złu, jakie nas spotkało – wojnach, traumach, nie moglibyśmy dalej żyć, musimy te myśli wyprzeć. 

Rozmawiałem w trakcie kręcenia o tym z Andrzejem Wajdą. Powiedział mi: „Proszę pana, myśmy po wojnie w ogóle nie mówili o wojnie. Myśmy pili wino, chcieliśmy się kochać i bawić. Bo przeżyliśmy, bo przetrwaliśmy”. 

Kiedy zaczynasz tworzyć daną scenę, musisz to wszystko na nowo przeżyć. Zrobić ponowny rachunek sumienia. Ja nie jestem masochistą – proces rekonstrukcji, budowania ostatniej rozmowy z mamą nie był przyjemny. Ale wiedziałem, że ta scena musi się w moim filmie znaleźć, bardzo mi pomogło, że ją zrobiłem. Podchodziłem do jej napisania dwa lata. W scenariuszu miałem zapisane tylko „ostatnia rozmowa z mamą”. Przychodzi moment, że chcesz do tego dopisać resztę i przy każdym kolejnym zdaniu ryczysz. 

Wydawało mi się, że na poziomie rysowania ten trud jest już znacznie mniejszy, niż gdy ją wymyślasz, ale nie było to prawdą. Całość sceny podzieliłem – mnie rysowała animatorka, a mamę rysowałem ja. Nie wyobrażałem sobie, że dam ostatnie chwile mojej mamy narysować komuś innemu. Siedziało to bardzo mocno wewnątrz mnie. Na tę scenę nakładały się nie tylko moje emocje – w czasie prac nad nią, mama animatorki bardzo ciężko chorowała, leżała w szpitalu. Zapytałem ją czy na pewno chce tę scenę rysować. Powiedziała: „Muszę”. 

Rysując, czy to ja, czy ktokolwiek z moich animatorów, wkładaliśmy w każdą scenę ogromne emocje. Rysunek w moim filmie nigdy nie był tylko rysunkiem. Film nie jest jedynie widocznym działaniem estetycznym – tylko tym, o czym opowiada. 

Do tego procesu dochodzi jeszcze nagranie głosu. W przypadku sceny z mamą pojawiła się  kolejna bardzo silna emocja. Pani Barbara Krafftówna pochowała swojego syna miesiąc przed swoim nagraniem do Zabija. Nie byłem tego świadomy, powiedziała mi o tym dopiero później. Napisałem jej kwestie, ale włożyła w nie swoje uczucia do nieżyjącego, jedynego syna. 

Tworząc, nie baliśmy się emocji. Wychodzę z założenia, że jeśli coś jest dla mnie tak ważne, być może dla kogoś też będzie. Obecnie pracuję nad kolejnym filmem, zapisałem już sobie, co w nim pokażę. Ale jak tylko tych tematów dotykam, to natychmiast się wycofuję. Jeszcze się ich boję. 

Być może przyznaje się teraz do roli amatora. Ale trudno, tak już po prostu pracuję. 

Chciałem zakończyć pytaniem, na które po części odpowiedziałeś w trakcie naszego wywiadu. Jaka jest dla ciebie, teoretyka, ale przede wszystkim praktyka, najważniejsza cecha animacji. Jaka cecha spowodowała, że w animacji się zakochałeś i zacząłeś ją tworzyć? 

MW: Magią animacji jest to, że siedząc u siebie na wsi mogę tak naprawdę narysować wszystko, wykreować świat, jaki chcę. Praca nad Zabij to i wyjedź z tego miasta nauczyła mnie również innej wielkiej wartości – pracy w zespole. Spotykanie aktorów, którzy chcieli wziąć udział w projekcie po przeczytaniu scenariusza, tego, że nikt nie odmówił angażu.

Medium animacji pozwala samemu narysować kartka po kartce całość. Nie ma chyba bardziej autorskiego kina niż to animowane i – choć może zabrzmieć to buńczucznie – nie ma bardziej autorskiego filmu długometrażowego niż Zabij to i wyjedź z tego miasta. Ale  jednocześnie chcę podkreślić wielki  wkład jaki wniósł w mój film zespół  blisko 100 osób. Animatorzy, aktorzy, montażysta, dźwiękowiec, najlepsi fachowcy od postprodukcji, wszyscy pracowali bardziej i lepiej niż dla siebie, zostawiając w Zabij to… swoje serca i talenty.

Pytasz o szczególną cechę animacji. Będzie nią wolność pozwalająca na urzeczywistnienie  wyobraźni. Paweł Pawlikowski, w trakcie naszej rozmowy powiedział, że w przypadku jego filmów, scena w pociągu, gdzie bohaterowie z głosami Ireny Kwiatkowskiej i Andrzeja Wajdy są wyciągnięci z kreskówkowej bajki z mojego dzieciństwa, a chwilę później stają się powstańcami warszawskimi, byłaby niemożliwa do osiągnięcia. Byłaby karykaturą. Te zestarzałe postaci z kreskówki są moim buntem. Buntem wobec tego, że w obecnej kulturze cały czas musimy mieć po 20 lat. 

Zresztą to że w animacji można zrobić wszystko, tkwi duże niebezpieczeństwo. Nie byłoby przecież problemem narysowanie filmu, w którym bohater spada z setnego piętra na asfalt, a chwile później wstaje. Gdy wykorzystasz ten zabieg, wszystko inne staje się w twoim dziele mało wiarygodne. Trzeba trzymać „niewiarygodność” na wodzy, by w całość można było uwierzyć. 

Złote Lwy, świetne recenzje jakie dostajemy, oraz poczta pantoflowa polecająca Zabij to… powoli ośmiela widzów. Potrzebujemy często ośmielenia, by zmierzyć się z filmem czy sztuką współczesną. Dobrym przykładem jest współczesne malarstwo. Ludzie bali się wyobraźni Pabla Picasso, a jednocześnie patrzyli w niebo i w chmurach doszukiwali się kształtów. W zderzeniach ze sztuką współczesną trzeba przestać się bać, trzeba się na nią otworzyć. 

Dziękuję Ci bardzo za film i za rozmowę

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.