Advertisement
PublicystykaZestawienia

TOP 6 odkryć 42. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
materiały prasowe Warszawskiego Festiwalu Filmowego
Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy 2026

W ubiegłą niedzielę zakończył się 42. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Impreza, która w ciągu ostatnich lat urosła do jednych z najważniejszych filmowych wydarzeń stolicy, z roku na rok podnosi swój poziom, oferując widzom szeroki wachlarz tytułów – od głośnych festiwalowych hitów po niezależne produkcje, krótkie metraże czy dokumenty. Jako redakcja Filmawki wybraliśmy kilka perełek tegorocznej edycji, które okazały się dla nas prawdziwymi odkryciami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji ich zobaczyć, koniecznie wypatrujcie w streamingu i dystrybucji kinowej – gwarantujemy, że te tytuły z pewnością zostaną z wami na długo!


Heysel 85, reż. Teodora Mihai

„Heysel 85”
„Heysel 85” / materiały prasowe Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

Największym odkryciem 43. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego był dla mnie Heysel 85, film, na który poszedłem trochę przypadkowo – zachęcony niezłymi recenzjami oraz tematyką. Nie znałem twórczości Teodory Mihai, a sama historia, choć związana z moim zainteresowaniem piłką nożną, również była mi obca. Zadziałało to na moją korzyść – bo, pomimo że wiedziałem o nadchodzącej katastrofie, jej skala do końca pozostawała dla mnie tajemnicą. Mihai powoli odkrywa przed widzem karty – tu wrzuci przebitkę na kibiców, którzy przeskakują nad płotem, tu ktoś gdzieś poda informację o nie pierwszej świeżości stadionie, prowadząc do eskalacji. To znany widzom motyw – kojarzyć go możemy z wielu podobnych filmów i seriali katastroficznych. Heysel 85 najłatwiej porównać do Czarnobyla, choć i tak jest oszczędniejszy od serialu HBO. Nie licząc bowiem archiwalnych nagrań, nigdy nie wychodzimy bowiem na boisko i trybuny, skupiając się na dramatach na schodach i w korytarzach, politycznych rozgrywkach w lożach VIP oraz dziennikarzach, robiących wszystko, co się da, żeby zrelacjonować tragedię słuchaczom. 

I podobnie jak w Czarnobylu czy naszym Heweliuszu okazuje się, że bardziej niż technologiczne niedoskonałości to ludzkie zaniedbania doprowadziły do katastrofy. Że wszystkiemu dało się zapobiec, gdyby nie chęć wyciśnięcia pieniędzy z kibiców, obojętność władzy i to, jak idzie ręka w rękę z międzynarodowymi organizacjami futbolowymi. Oglądając film Mihai, trudno nie myśleć o obecnym stanie piłki nożnej – jak pijaństwu prezydenta Brukseli niedaleko do doniesień o imprezach w PZPN, a obojętności szefa UEFA blisko do podejścia obecnego prezydenta FIFA do warunków pracy podczas mistrzostw w Katarze. Heysel 85 zostawia ze smutnym przeświadczeniem, że choć stadiony są teraz znacznie bezpieczniejsze niż 40 lat temu, to w mentalności organizatorów wydarzeń, tym, co jest ich priorytetem, wcale tak wiele się nie zmieniło. 

Wiktor Małolepszy


Everytime, reż. Sandra Wollner

„Everytime”
„Everytime” / materiały prasowe Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

Po śmierci nastoletniej Jessie jej matka Ella, młodsza siostra Melli i chłopak Lux próbują poradzić sobie ze stratą. Choć dziewczyny nie ma już wśród nich, film pozwala odczuć jej brak niemal fizycznie. Powraca w pustych kadrach, pokojach i ulicach, ale też w gestach, które zdają się sugerować, że Jessie wciąż jest gdzieś blisko. W jednej z ostatnich chwil swojego życia bohaterka zatrzymuje się i patrzy poza kadr. Po chwili odkrywamy, że intensywnie wpatruje się w pustkę. Później ten sam gest powtarza jej matka. W tych pozornie zwyczajnych momentach rodzi się metafizyczne przeczucie: pustka przestaje być pusta, a nieobecność zaczynamy nadpisywać obecnością. Sandra Wollner z niezwykłą precyzją sprawia, że zwyczajność zaczyna skrywać coś niepokojącego i trudnego do uchwycenia.

Ważną rolę w Everytime odgrywają obrazy, które mają ocalić przeszłość. Jessie nagrywa telefonem śpiącą siostrę. Wracamy do rodzinnego wideo z wakacji na Teneryfie, z czasów, gdy dziewczyna jeszcze żyła, a jej ojciec był obecny w życiu rodziny. Na ścianach wiszą zdjęcia szczęśliwych chwil z przyjaciółmi i chłopakiem. Nagrania i fotografie mogą z czasem zastępować prawdziwe wspomnienia; zaczynamy pamiętać konkretne sytuacje i osoby przez pryzmat utrwalonych obrazów. Ta obserwacja znajduje odzwierciedlenie w pracy kamery Gregory’ego Oke, która co jakiś czas przywodzi na myśl amatorskie filmiki, raz zawieszając się na detalach, chwilę później gwałtownie zoomując. Ten sposób filmowania nie jest oznaką formalnej swobody czy przypadkowości. Przeciwnie, Everytime to kino zdyscyplinowane, bardzo skupione na swojej formie i przekazie. Wie, kiedy postawić akcent na prozaicznych momentach, a kiedy mówić poetyką. Łączy różne rodzaje nastrojowości, ale nie pozwala nawet na chwilę zapomnieć o ciężarze historii. To wzruszający i piękny portret straty; próby zatrzymania czegoś, czego już nie ma – a może jest, ale w nieuchwytnej dla nas postaci. Ten film nigdzie się nie spieszy, a ja jako widz nie spieszę się razem z nim. Mógłby trwać i trwać, osadzając mnie w tych emocjach na dłużej. 

Jakub Nowociński


W tym kraju nie ma dobrych mężczyzn, reż. Shahrbanoo Sadat

„W tym kraju nie ma dobrych mężczyzn”
„W tym kraju nie ma dobrych mężczyzn” / materiały prasowe Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

Afgański film nakręcony przez kobietę – trzeba przyznać, że w 2026 roku to zdanie brzmi jak smutny oksymoron. Shahrbanoo Sadat, urodzona w Teheranie afgańska reżyserka, obecnie mieszka i tworzy w Hamburgu. Do seansu W tym kraju nie ma dobrych mężczyzn zachęciło mnie jednak nie tyle pochodzenie twórczyni, ile sam tytuł – zastanawiało mnie, czy zawarta w nim pesymistyczna, podszyta ironią diagnoza zostanie w toku opowieści podważona, czy doczeka się raczej kolejnego potwierdzenia. Sadat nie udziela nam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, zamiast tego stawiając kolejne: czy o tragedii rozgrywającej się w Afganistanie da się opowiedzieć za pomocą kostiumu gatunkowego komedii romantycznej? Kabul u progu przejęcia władzy przez talibów poznajemy bowiem z perspektywy relacji dwójki doświadczonych przez życie dziennikarzy telewizyjnych – młodej operatorki kamery i reportera, którzy w toku wspólnej pracy z dnia na dzień coraz bardziej się do siebie zbliżają. Tylko czy w społeczeństwie tak głęboko naznaczonym patriarchalnymi konwenansami istnieje w ogóle przestrzeń dla relacji kobiety i mężczyzny opartej na równości i poczuciu bezpieczeństwa?

Film został po Berlinale potraktowany przez krytykę dość surowo, lecz osobiście uważam, że nie w pełni słusznie. Ostatecznie pewne komercyjne ustępstwa – na przykład w postaci humorystycznych sekwencji w pierwszej połowie filmu – służą zaledwie jako narzędzie umożliwiające dotarcie z przekazem do szerszej grupy odbiorców. Ostatecznie najnowszy projekt Sadat pozostawia nas z dość gorzką refleksją. Gorąco zachęcam, aby wyrobić sobie opinię samemu – będzie ku temu idealna okazja, ponieważ film na dniach wchodzi do polskich kin.

Natalia Sańko


Daleko od brzegu, reż. Lance Hammer

„Daleko od brzegu”
„Daleko od brzegu” / materiały prasowe Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

Lance Hammer zadebiutował w 2008 roku – jego Ballast stał się niemałym hitem jak na pierwszy film, zdobywając kilka nagród w Sundance, trafiając do rankingów najlepszych premier tamtego roku i generalnie budując pewnego rodzaju hype wokół jego nazwiska. Amerykanin zrobił więc najmniej logiczną rzecz w tej sytuacji i kazał czekać na swoje kolejne dzieło aż 18 lat. Mówił, że po prostu nie mógł niczego z siebie wymusić, aż pewnego dnia, kilkanaście lat później, po prostu usiadł przy stole i w ciągu jednego wieczora „wyrzygał” (jego słowa, nie moje) szkic scenariusza. Jest nadzieja dla wszystkich z twórczą blokadą! 

Szkic przemienił się w Daleko od brzegu, jeden z hitów tegorocznego Berlinale, skąd wyjechał ze Srebrnym Niedźwiedziem dla najlepszych aktorów – Toma Courtenaya i Anny Calder Marshall – oraz Nagrodą Jury. Przedstawia on frapujący dylemat – możliwości udzielenia seksualnej zgody przez osobę chorującą na demencję – z perspektywy męża, który kocha swoją odchodzącą żonę oraz córki (w tej roli Juliette Binoche), martwiącej się o dobrostan własnej matki. Hammerowi udaje się przedstawić ten temat bez emocjonalnego szantażu – pokazując wiele różnych perspektyw, opinii lekarskich, podejść instytucjonalnych – nie zapominając o ludzkiej stronie. O tym, jak trudno zrezygnować z bliskości z ukochaną osobą, jak niełatwe jest zdefiniowanie, co najlepiej wpłynie na jej dobrostan. Podoba mi się szczególnie to, że Hammer w realistyczny sposób ukazuje funkcjonowanie takich instytucji jak policja czy dom opieki w radzeniu sobie z tym problemem – radząc sobie w tym lepiej niż chociażby laureat Złotej Palmy. Tam, gdzie Fiord korzystał z wygodnych dramatycznie instytucjonalnych nadużyć, Daleko od brzegu wprost mówi, że nie każdy problem można rozwiązać. 

Wiktor Małolepszy


Czas, który nie nadszedł, reż. Julia Rogowska

„Czas, który nie nadszedł”
„Czas, który nie nadszedł” / materiały prasowe Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

W ostatnim czasie polskie kino gatunkowe przeżywa prawdziwy renesans. Dzieje się to głównie za sprawą świeżych i bezkompromisowych głosów młodych twórców, w szczególności reżyserek, które coraz wyraźniej zaznaczają swoją obecność na rodzimym polu filmowym. Podczas Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego miałam okazję nadrobić Czas, który nie nadszedł – pełnometrażowy debiut Julii Rogowskiej, wpisujący się w konwencję science fiction. Filmowczyni udowadnia, że do wykreowania przekonującej dystopii nie potrzeba wielkiego budżetu, lecz przede wszystkim wyrazistego pomysłu, który wyrasta z egzystencjalnych niepokojów doskonale znanych nam z codziennej rzeczywistości.

Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości zdominowanej przez kult młodości. Sara, w którą wciela się Agata Kulesza, niespodziewanie spotyka na swojej drodze miłość sprzed lat. Dawnych kochanków dzieli dziś niemal wszystko: on nigdy się nie zestarzał, ona zaś odmówiła poddania się rewolucyjnej kuracji antygeriatrycznej, co zepchnęło ją na margines społeczeństwa. Takiego oryginalnego głosu brakowało w polskim kinie od lat. A jeśli komuś wciąż brakuje argumentów, żeby wybrać się do kina, niech dodatkową zachętą będzie fakt, że Czas, który nie nadszedł to prawdopodobnie jedyny film w tym roku, w którym zobaczycie Agatę Kuleszę i Bartosza Bielenię śpiewających do Bubbletea Quebonafide.

 

Natalia Sańko


Gradiva, reż. Marine Atlan 

„Gradiva”
„Gradiva” / materiały prasowe Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego

Grupa francuskich maturzystów i maturzystek wyrusza w ostatnią wycieczkę klasową. Odwiedzają Neapol i pompejskie ruiny, a ich młode głowy, serca i hormony buzują równie intensywnie co prastary Wezuwiusz. Nasz główny bohater, Toni, na wycieczkę przyjeżdża jednak z konkretnym celem – chce odnaleźć ślady swojego neapolitańskiego pochodzenia, które pozwoliłyby mu na wymarzony awans społeczny. Od lat żyje historią babci, która służyła na dworze magnata z rodu Montorsi i zakochała się w swoim pracodawcy. Z tej miłości narodziła się matka Toniego, lecz ich historię przerwało trzęsienie ziemi, w którym zginął dziadek, a rodowa posiadłość została zniszczona. Toni szuka śladów swojej tożsamości, a Atlan prowadzi go przez tę podróż z ogromną empatią. Pozwala, by za jego buntem, lekceważeniem i pozorną obojętnością stopniowo ujawniała się wrażliwość chłopaka, który nie potrafi jeszcze znaleźć dla niej odpowiedniego języka. Szybko okazuje się też, że Toni mierzy się z nieodwzajemnioną miłością. Podobnie jest z innymi postaciami, na czele z Jamesem i Suzanne – wszyscy przechodzą przez trudny moment zawieszenia, w którym przyszłość jednocześnie ekscytuje i przeraża. Przytłacza koniecznością zdefiniowania samego siebie. Reżyserka kreśli czuły portret generacji zetek, w którym pozornie błahe sytuacje skrywają pytania najwyższej rangi: kim jesteśmy i czego chcemy od życia? Jak odnajdujemy się w zastanym świecie, który uformował nas, nie pytając o zdanie? W Gradivie mocno wybrzmiewa wątek społeczny; dorastanie okazuje się procesem negocjowania własnego miejsca wobec klasowych hierarchii, kanonów piękna i norm seksualności.

Jednocześnie mamy tu całą masę lekkości; przy Aperolu, neapolitańskiej pizzy i joincie zapalonym potajemnie w łazience. Wskakiwanie na główkę do wody i wymykanie się na seks z facetem z Grindra. Lęki i pragnienia najwyższej rangi stale mieszają się z beztroskimi chwilami, ale cały czas czujemy bezlitosną ulotność tych momentów; emocjonalną intensywność poczucia, że coś właśnie się kończy – i nie jest się jeszcze gotowym, by zacząć następny etap. Ta mieszanka czułości, młodzieńczej energii, rozedrgania i społecznej przenikliwości sprawia, że Gradiva trafia prosto w serce. Z każdą kolejną sceną coraz wyraźniej daje o sobie znać smutek, który od początku pulsował pod powierzchnią tej historii. Dla mnie bezkonkurencyjny tytuł tegorocznych Nowych Horyzontów i Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego.

Jakub Nowociński


Korekta: Natalia Sańko, Anna Czerwińska

Opracowanie: Natalia Sańko

+ pozostałe teksty

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.