7 najbardziej oczekiwanych filmów 42. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego [ZESTAWIENIE]
Już 9. października startuje 42. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy i w tym roku program obrodził w masę intrygujących tytułów. Premiery polskie, europejskie i światowe, zwycięzcy Berlina, Cannes oraz Sundance, odkrycia z San Sebastian, tytuły pokazywane w pobocznych sekcjach najważniejszych festiwali. Zarówno kino artystyczne, dokumentalne, jak i animacje, filmy gatunkowe oraz klasyka. Niełatwo połapać się w tym przestronnym, wypakowanym po brzegi programie. Z tej okazji nasza redakcja postanowiła wybrać kilka tytułów, na które szczególnie ostrzy sobie zęby. Sprawdźcie to zestawienie zanim zaczniecie planować swój harmonogram!
Nepela, reż. Gregor Valentovič

Od kilku lat za osobistą (i być może skazaną na niepowodzenie) misję obrałam sobie poszukiwanie dobrych filmów o łyżwiarstwie figurowym. Trudno określić, dlaczego sport tak naszpikowany dramaturgią nie doczekał się dotychczas wielu godnych reprezentacji filmowych; w końcu mamy tu bliskie wszystkim sportom estetycznym dążenie do perfekcji, rywalizację, presję, a także duszność i hermetyczność samego środowiska. Jednym słowem, wszystko, co mogłoby stanowić gotową kanwę scenariusza filmowego.
Stąd też nadzieje, które pokładam w Nepeli – pełnometrażowym debiucie fabularnym Gregor Valentoviča. Słowacki reżyser w centrum projektu postawił postać tytułowego Ondreja Nepeli – złotego medalisty Zimowych Igrzysk Olimpijskich z Sapporo z 1972 roku. W przeciwieństwie do większości biografii sportowych, film nie towarzyszy jednak bohaterowi w przygotowaniach do najważniejszych zawodów życia. Zamiast tego kieruje spojrzenie widza na to, co dzieje się później, kiedy Nepela wraca do ojczyzny z upragnionym trofeum. Czy w realiach bloku wschodniego olimpijskie złoto może stać się kartą przetargową, umożliwiającą życie na własnych zasadach? Połączenie wątku negocjowania własnej queerowej tożsamości z polityką wybrzmiewa niezwykle świeżo, dlatego absolutnie nie mogę się doczekać.
Natalia Sańko
Błogosławieństwo ziemi, reż. Hans Petter Moland

Nie będę udawał znawcy tematu, ale wydaje mi się, że Knut Hamsun, wybitny pisarz o burzliwym żywocie, obfitującym zarówno w monety wielkiej chwały (literacka nagroda Nobla) jak i wielkiego wstydu (otwarcie nazistowskie sympatie), to postać dosyć zapomniana we współczesnej literaturze. Gdy podczas studiów czytałem jego Głód, nie mogłem oderwać się od lektury. Do dziś wspominam ten tekst jako jeden z najbardziej ekspresyjnych, wwiercających się w głowę przykładów zastosowania strumienia świadomości w powieści, z jakim miałem do czynienia. To jednak „Błogosławieństwo ziemi” stało się jego magnum opus, zdobywając mu wspomnianego Nobla, i stając się tym samym norweską narodową epopeją.
Zawsze ciekawym jest podejście narodów do adaptacji swoich wielkich historii. Głód doczekał się doskonałej, odważnej formalnie ekranizacji. W Polsce obecnie rozgorzała gorączka Lalki, gdzie dochodzi do starcia między rewizjonistami a tradycjonalistami w podejściu do książkowego oryginału. Norwegowie, naród pragmatyczny, wydaje się, że postawią na bezpieczne podejście do ekranizowania tekstu Hamsuna – zżera mnie jednak ciekawość jak ta oszczędna, przyziemia powieść obroni się na ekranie. Film nagrodzono w San Sebastian i już miesiąc później będziemy mieć szansę przekonać się w Warszawie.
Wiktor Małolepszy
Danton, reż. Andrzej Wajda (1982)

W 1982 roku Andrzej Wajda sięga po rok 1794 – moment, kiedy rewolucja francuska, zamiast urzeczywistniać swoje ideały, coraz mocniej wikła się w terror. Trudno o ciekawszy historyczny kostium dla reżysera, który właśnie doświadcza rzeczywistości stanu wojennego. Początkowo Danton miał powstać nad Wisłą, ale po 13 grudnia realizację przeniesiono do Francji. Polska rzeczywistość nie pozostała jednak wyłącznie kontekstem filmu. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć Gérard Depardieu przyjechał do Warszawy, gdzie Krystyna Zachwatowicz zaprowadziła go do biura Regionu Mazowsze „Solidarności”. Wajda chciał, żeby aktor zobaczył z bliska rzeczywistość polityczną, która stanowiła ważny punkt odniesienia dla filmu.
Do Sprawy Dantona Stanisławy Przybyszewskiej Wajda wracał zresztą po latach. W 1975 roku wystawił ją w Teatrze Powszechnym, z Wojciechem Pszoniakiem jako Robespierre’em. Przy filmowej adaptacji ponownie powierzył mu tę rolę, tym razem zestawiając go z Depardieu jako Dantonem. Na ten aktorski pojedynek czekam szczególnie, mając szansę nareszcie nadrobić Dantona, w dodatku na dużym ekranie. A właśnie tak najlepiej oglądać filmy Wajdy, które często zachwycają warstwą wizualną. Jestem bardzo ciekawy, jak jego wybitny zmysł inscenizacyjny poradził sobie z tak ogromną historyczną materią, jaką jest rewolucyjny Paryż.
Jakub Nowociński
Flesh and Fuel, reż. Pierre Le Gall

Polsko-francuska koprodukcja ma już za sobą udane festiwalowe tournée – wpierw rozkochała w sobie publiczność canneńskiego Tygodnia Krytyki, a następnie widzów wrocławskich Nowych Horyzontów i Festiwalu w Gdyni. Zresztą, biorąc pod uwagę świeżość tematyki i oryginalność reżyserskiej wizji, trudno się temu dziwić. Pełnometrażowy debiut Pierre’a Le Galla przygląda się bowiem temu, co zazwyczaj pozostaje poza zasięgiem naszego wzroku – codzienności kierowców ciężarówek. Na pierwszy rzut oka nie brzmi zbyt romantycznie, co? Tymczasem to właśnie parkingi przy autostradach, magazyny i stacje benzynowe stają się scenerią uczucia rodzącego się między Étiennem a pochodzącym z Polski Bartoszem.
I choć TIR-y i queerowe emocje to dwie rzeczy, które na co dzień raczej nie idą w parze, Flesh and Fuel zapowiada się na coś więcej niż po prostu niekonwencjonalną historię miłosną. Film ma potencjał, by stać się przenikliwym komentarzem na temat bliskości w świecie wielogodzinnej, alienującej pracy i nieustannego zmęczenia – przestrzeni, w której pojęcie domu czy ustatkowania jest równie mgliste, co pora następnego postoju.
Natalia Sańko
Przekręt, reż. Guy Ritchie

W ostatnich latach obrodziło w Polsce w przeglądy klasyki, festiwale skupione na przypominaniu istotnych lub niedocenianych filmów oraz dystrybutorów, którzy nie boją się wprowadzać starsze tytuły do kin. Wydaje mi się, że Guya Ritchiego, twórcę świetnie łączącącego autorską wizję z aspektami rozrywkowymi, już niedługo czeka też retrospektywa na uznanym festiwalu lub przynajmniej repremiera jednego z jego kryminałów.
Idealnym kandydatem jest właśnie Przekręt, bodaj najpopularniejszy z wczesnych filmów tego reżysera, kultowy w wielu środowiskach, ale jakby lekko zapomniany. Niekoniecznie wymieniany wśród najlepszych brytyjskich filmów początku XXI wieku, a przecież ustanowił on formułę, którą Ritchie od prawie 3 dekad odświeża i modyfikuje z wieloma sukcesami artystycznymi i komercyjnymi. Cieszę się na okazję odświeżenia sobie Przekrętu w kinie i przekonanie się, czy pulpa Brytyjczyka zachowała swój zawadiacki urok oraz czy wywrze na mnie podobne wrażenie, jak podczas seansu w formatywnych licealnych latach.
Wiktor Małolepszy
Witajcie w Hope, reż. Na Hong-jin

Historia kina uczy, że małe miasteczka mają w sobie coś, co przyciąga tajemnicę, czyniąc je doskonałą scenerią nieoczywistych wydarzeń i niepokojących zbrodni. Podobnie jest w Hope – niewielkiej nadmorskiej miejscowości położonej w pobliżu południowokoreańskiej strefy zdemilitaryzowanej. Kiedy spokój mieszkańców zostaje z dnia na dzień zakłócony przez ataki dzikich zwierząt i tajemnicze pożary, szybko pojawia się pytanie, czy w otaczającym miasteczko lesie, aby przypadkiem nie kryje się coś jeszcze.
Twórczość Na Hong-Jina zawsze stanowiła dla mnie pewną nieodrobioną lekcję w kontekście bogactwa kina koreańskiego – trudno więc o lepszą okazję do nadrobienia zaległości niż obecność Witajcie w Hope w programie Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Tym bardziej, że najnowszy projekt Koreańczyka już po canneńskiej premierze mocno podzielił krytyków. Nie brakowało zarówno głosów zachwytu, jak i złośliwości, wśród których oskarżenia o kicz mieszały się z plotkami, jakoby na festiwal miała trafić… nie w pełni zmontowana wersja filmu. Samo umieszczenie tak bezkompromisowo gatunkowego obrazu w Konkursie Głównym w Cannes z pewnością można uznać za intrygującą decyzję. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przekonać się o efektach na własnej skórze.
Natalia Sańko
Everytime, reż. Sandra Wollner (2026)

Everytime Sandry Wollner zaczyna się od wakacji, które miały wydarzyć się za chwilę, ale nigdy się nie odbyły. Jessie zamiast wyjechać z mamą i młodszą siostrą wymyka się nocą na imprezę ze swoim chłopakiem Luxem. Na dachu wieżowca dochodzi do tragedii – dziewczyna spada z wysokości i ginie. Rok później niedoszły wyjazd w końcu dochodzi do skutku. Jednocześnie Wollner zapowiada odejście od czysto realistycznej narracji – wspomnienia i wyobrażenia mają pojawiać się obok wydarzeń rozgrywających się w teraźniejszości. To połączenie bardzo mnie ciekawi, bo pozwala oczekiwać czegoś więcej niż klasycznej opowieści o rodzinie próbującej wrócić do normalności po śmierci bliskiej osoby. Wizualne powiązanie z innym fenomenalnym filmem o żałobie gwarantuje Gregory Oke, operator Aftersun. Dodatkowo, Everytime zdobyło główną nagrodę sekcji Un Certain Regard w Cannes, a w Polsce było jednym z mocniejszych punktów tegorocznych Nowych Horyzontów – wtedy minąłem się z tym seansem, więc tym razem to dla mnie punkt obowiązkowy.
Jakub Nowociński
