PublicystykaZestawienia

TOP 20: Wybraliśmy najlepsze filmy 2019 roku [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
Najlepsze filmy 2019
fot. Materiały prasowe / "Boże ciało", "Schyłek dnia", "Midsommar. W biały dzień", "Jutro albo pojutrze"
10. To my

Miniony rok 2019 w kinematografii z pewnością stał pod bardzo różnymi znakami, wśród których każdy znalazłby coś dla siebie, ale dla mnie stał przede wszystkim pod znakiem drugich pełnometrażowych filmów twórców, którzy w ostatnich latach zachwycili mnie swoimi horrorami. Byli wśród tych reżyserów Ari Aster i jego Midsommar. W biały dzień oraz Robert Eggers ze swoim Lighthouse, ale tuż za nimi – w rankingu moich oczekiwań – czaił się Jordan Peele. Bo niby dlaczego by się czaić nie miał, skoro jego debiutanckie Uciekaj! jest kozackie i w ogóle?

Sens pozostał ten sam – współczesna, podzielona na każdej możliwej płaszczyźnie Ameryka nadal wymaga diagnozy. Nie zmieniło się również stężenie doskonałego humoru i zgrabnego wykorzystywania horrorowych (i nie tylko) schematów, które wymiernie się do postawienia tej diagnozy przyczyniają. Doszedł większy rozmach, więcej teorii spiskowych i lepsze technikalia. Jordan Peele został w otoczeniu, w którym się odnajduje i zdołał odnaleźć się w nim jeszcze lepiej.

Jeżeli jeszcze nie uważacie, że żyjemy w najlepszych czasach dla horroru i w najgorszych czasach dla ludzkości, to pozwólcie, że Peele – a wraz z nim doskonała Lupita Nyong’o i Alexa oraz jej nieoceniony zmysł muzyczny – przekonają was do tego stwierdzenia. Nie bójcie się tego, co kryje się pod łóżkiem – bójcie się tego, co kryje się w lustrze. I nie zwracajcie uwagi na to, że scenariusz tego filmu nie ma momentami sensu. Licentia poetica nie bierze jeńców.

(Michał Piechowski)
fot. Kolaż stworzony z kadrów z filmów
9. Ból i blask

Pedro Almodóvar nie miał w ostatnich czasach najłatwiej. Julieta i Przelotni kochankowie okazały się niewypałami, a Skóra, w której żyję filmem znakomity, acz całkowicie nie w stylu Hiszpana. I gdy wydawało się, że twórca Volver już nic wybitnego w swej karierze nie nakręci, na horyzoncie pojawił się wybitny Ból i blask.

To testament twórczy, cierpienia emerytowanego reżysera, wyzbytego z mocy kreacyjnej, złożony z nostalgii, autocytatów, nawiązań i czystych emocji zawartych w każdym kadrze.

To również wybitna kreacja Antoniego Banderasa, stającego się na ekranie samym Pedro Almodóvarem. To rola składające się z subtelnych gestów, bólu, cierpienia, pasji, samotności.

Każdy miniepizod składa się w piękną całość, achronologiczną opowieść o przemijaniu, a wszystko to przy akompaniamencie smyczków i powolnie przygrywającego pianina. Czysty, filmowy blask.

(Maciej Kędziora)

8. Faworyta

Yorgos Lanthimos to jeden z aktualnie najmocniej intrygujących mnie reżyserów i choć Faworytę można uznać za najbardziej przystępny z jego filmów, to i tak do kina głównego nurtu nadal bardzo mu daleko. Osadzona w XVIII wieku gra władzy, intryg i miłości, w której udział biorą królowa Anna, lady Sarah i służka Abigail (fenomenalne trio Colman–Weisz–Stone) to świetna kanwa dla stałego elementu twórczości Lanthimosa – sztuczności.

Nienaturalne dialogi, irracjonalne zachowania, deficyty emocjonalne i absurdalne zasady rządzące światem przedstawionym nie są tym razem tylko wytworem wyobraźni sprawnego reżysera, bo znajdują w pełni sensowne uzasadnienie w ramach przedstawionych realiów historycznych. Archaizacja słownictwa, etykieta dworska i ówczesne zasady władzy spajają styl reżysera z kinem kostiumowym w sposób teoretycznie tak oczywisty, a jednak tak zaskakujący. I tylko żal, że z 10 nominacji do Oscara wyszła jedynie jedna statuetka…

(Rafał Skwarek)

7. Angelo

Drugi pełnometrażowy film Markusa Schleinzera powstał na podstawie jednej z austriackich legend. Parę faktów z życia Angelo Solimana, które już od przedszkola zna większość austriackich dzieci: był sobie pewien przybyły na dwór wiedeńskiej monarchii Afrykańczyk, którego ciało po śmierci zostało wypchane, po czym stanęło w jednym z muzeów. Reżyser stara się odpowiedzieć na pytanie, czy przybysz zaznał w Europie wolności.

Angelo nie jest jednak filmem stricte historycznym, a raczej umieszczonym między wierszami komentarzem współczesności. Dzieło stanowi klasyczną krytykę społeczeństwa obchodzącego się z obcymi w pozbawiony ludzkich odruchów sposób. W obrazie Austriaka drzemie silna próba zadania pytań nam, współczesnym. O sens wolnej woli. I wolności.

Przeczytaj również:  "The Room", czyli dlaczego warto nosić ze sobą piłkę do futbolu?
(Szymon Pietrzak)
fot. Kolaż stworzony z kadrów z filmów
6. Boże ciało

Nie ukrywam, że przed seansem byłem do Bożego Ciała niezbyt dobrze nastawiony. Niesława poprzednich produkcji Jana Komasy połączona z dość mocno wyeksploatowanym motywem „Polacy a chrześcijaństwo” napawała mnie obawą o wartość merytoryczną dzieła. Nie wiedziałem jednak, że scenariusza nie napisał sam reżyser, lecz Mateusz Pacewicz – młody, utalentowany autor, który przez wiele lat cyzelował swój tekst. I to czuć.

Scenarzyście udało się stworzyć historię frapującą, nieraz zabawną, a często trafną w małych spostrzeżeniach. Jan Komasa okazał się zaś bardzo rzetelnym realizatorem, który umie przemycić kapki elementów autorskich bez przytłaczania treści formą. Do tego spisali się również aktorzy z przypominającym Marię Falconetti w Męczeństwie Joanny D’Arc Bartoszem Bielenią na czele, choć nie można też zapomnieć o fantastycznej Aleksandrze Koniecznej czy świetnym Łukaszu Simlacie. Sumarycznie to właśnie te elementy złożyły się na moim zdaniem najlepszy polski film od czasu Cichej nocy.

(Rafał Skwarek)

5. Schyłek dnia

László Nemes jest obecnie jednym z najważniejszych europejskich reżyserów filmowych. Ma ledwie 43 lata, dwa dzieła na koncie, zdążył już za nie dostać Oscara i nagrodę na festiwalu w Cannes, a prezentował je także na festiwalach w Wenecji czy Toronto.

Schyłek dnia to opowieść o Budapeszcie z początków XX wieku, gdzie młoda bohaterka próbuje zrozumieć, w jaki sposób tragedia spadła na jej rodzinny dom. Przez przypadek wplątuje się w dziwaczną znajomość z lokalnym rozbójnikiem, który ma zamiar spalić (dosłownie i metaforycznie) stary, zmurszały, niesprawiedliwy świat.

Nemes po raz kolejny tworzy operatorskie arcydzieło, krok w krok śledząc działania protagonistów. Ale wyborna estetyka to nie wszystko. Węgier skupia się tym razem na korzeniach rewolucji, doszukując się w kwitnącej belle époque przyczyn upadku. Daleko mu do publicystycznego zacięcia, niemniej jednak daje się w trakcie seansu wyczuć pewne nawiązania do tego, co dzieje się obecnie na Starym Kontynencie.

Schyłek dnia to przykład wielkiego, bardzo wymagającego kina, w którym daje się wyczuć atmosferę minionych lat, poczuć na skórze napięcie towarzyszące żyjącym wtedy ludziom, a także dzięki któremu można przejść się uliczkami Budapesztu, gdzie już zaraz, już za chwilę głowy arystokratów będą się turlały po miejskich trotuarach. Dosłownie i przenośnie.

(Marcin Kempisty)

4. Maiden

O Maiden pisałem już wiele i teraz też skorzystam z okazji, żeby zachęcić do lektury naszych redakcyjnych wywiadów zarówno z reżyserem dokumentu, jak i główną bohaterką, Tracy Edwards. Pozwala to uzmysłowić sobie, jak tytaniczną ilość pracy włożyli twórcy, żeby dostarczyć nam ten film.

Nie o samą pracę tu jednak chodzi. Maiden to zwyczajnie najbardziej inspirująca i motywująca historia, którą widziałem na ekranach kin w ubiegłym roku. Niezależnie od naszej płci i skali zaangażowania w sporty, każdy da się tu porwać wirowi emocji, który towarzyszył pierwszej kobiecej załodze, która ruszyła w najtrudniejsze regaty dookoła świata.

Dualistyczne starcie: z jednej strony z żywiołem, a z drugiej strony ze sceptycznie wobec nich nastawionymi konkurentami i mediami sprawia, że siedzimy na krawędzi fotela trzymając mocno kciuki za nasze bohaterki. Maiden ogląda się jak thriller, mimo że żaden z kadrów nie został sfabrykowany i wszystkie pochodzą albo z samego rejsu, albo z wywiadów przeprowadzonych z uczestnikami ówczesnych wydarzeń.

(Andrzej Badek)
fot. Kolaż stworzony z kadrów z filmów
3. Midsommar. W biały dzień

Ariego Astera należy chronić i czcić tak, jak ci walnięci Szwedzi Florence Pugh. Ten facet pewnie doskonale radził sobie na zajęciach ze scenariopisarstwa w szkole filmowej. Ma wielki talent do zabierania się za ograne, utarte horrorowe setupy i wtaczanie w nie wystarczająco dużo niepokojących sygnałów i sytuacji, by widz kompletnie zapomniał o rządzących gatunkiem zasadach. Dwa lata temu z biegłością i bezpretensjonalnością nakręcił rodzinny dramat o międzypokoleniowej traumie, który okazał się satanistycznym horrorem w nawiedzonym domu. Jego najnowszy film natomiast bezustannie zmienia szatę – wygląda jak kolejny dramat psychologiczny, z czasem ewoluuje w stronę niepokojącego horroru ludowego (pagan horror), a ostatecznie zrzuca kaptur, i pokazuje twarz psychodelicznego slashera.

Przeczytaj również:  Kulig: W Polsce WRESZCIE potrafimy robić slashery [FELIETON]

W Midsommar widać też, że Aster to nie tylko terror, śmierć i rodzinne traumy. Młody reżyser pokazuje przebłyski złowieszczego poczucia humoru, który w jakiś pokręcony sposób wcale nie działa katartycznie. Wykorzystuje on bowiem te krótkie momenty rozluźnienia, żeby jeszcze raz zaskoczyć widza, dokręcić śrubę i popuścić wodzy swojej nieco obłąkanej fantazji. Po takiej terapii szokowej, jaką jest Midsommar, jedno jest pewne – nie wolno gościowi ufać. Czekam więc z niecierpliwością na kolejne jego dzieła, czyli albo „komedie z koszmaru”, albo „chory melodramat”. Zależy na co się zdecyduje. Strach się bać.

(Wiktor Małolepszy)

2. Jutro albo pojutrze

Drugie miejsce w naszym rankingu to idealne podkreślenie tego, jaki poziom mistrzostwa osiągnął w swej dokumentalnej narracji Bing Liu. Jutro albo pojutrze to opowieść, która przez przekrój życia trzech mężczyzn (a także ich rodzin, dzieci, przyjaciół) uciekających często od odpowiedzialności przez jazdę na deskorolkach, obrazuje prawdziwą twarz toksycznej męskości.

Najbardziej imponuje i poraża jednak moment, gdy reżyser zwraca kamerę na siebie i mierzy się z własnymi przekleństwami przeszłości. Z traumami, ze zmową milczenia, z przemocą dotykającą go na co dzień. Finał nie daje nam wytchnienia, ulgi, ujścia, poprawy. Liu swoim filmem nie uratuje świata – ale może uratuje swoich bohaterów i samego siebie.

(Maciej Kędziora)

1. Historia małżeńska

Historia małżeńska to jeden z tych cudownych obrazów, który można z dumą prezentować na samym szczycie wszelkich zestawień i rankingów. A przynajmniej ja jestem skłonny je tak prymarnie supozycjonować. O pierwszeństwie powinna decydować wtórność myśli, nieustanne powroty do zagnieżdżonych impresji, echoizacja raz odczutych scen, które powracają niezapowiedzianie. Pisząc wprost, to filmy, o których chce się mówić, które same cisną się na usta, które kuszą, by ponownie je przeżyć, zwłaszcza poza kalendarzowym rozkładem. Oczywiście jest parę takich tytułów z minionego roku, my jednak zdecydowaliśmy się na film Noah Baumbacha.

Temat małżeństwa, a więc związku bardziej sformalizowanego, był podejmowany w minionych latach z wyjątkową nabożnością, i to przez reżyserów podchodzących do tego nader serio. Dla czystości sumienia wymienię choćby Niemiłość Zwiagincewa, Miłość Hanekego czy Rozstanie Farhadiego. Amerykański arthouse, zwłaszcza z proweniencji Baumbacha, nie rości może pretensji do tak z gruntu festiwalowego kina, ale jednocześnie wpisuje się w ten humanistyczny dyskurs mówienia o uczuciach głębokich, zakorzenionych i wbijających się klinem w status quo naszej psyche. Bo Historia małżeńska to, wedle słów samych twórców, love story o rozwodzie. Legalnoprawne potyczki to tylko pretekst, by opowiedzieć o intymnej relacji dwojga ludzi – Nicole i Charliego, których związek znajduje się na rozdrożu, na krętej drodze ku rozwodowej egzekucji. Po raz kolejny kino, w poetyckich barwach intymności i autorskiego źródła, pokazuje, że raz naruszoną membranę uczuć trudno zniwelować; że „kocham cię” jest trochę na zawsze.

W ogóle znakomicie w swoim dziele Baumbach niuansuje wagę słów. Z jednej strony to te piękne listy What I like about…, które małżonkowie napisali niejako dla siebie – to słowa, które wyrażały opisowo, co to znaczy kogoś znać, czuć, rozumieć. Z drugiej to scena kłótni między Charliem a Nicole, w której to właśnie słowa stają się tym, czego najbardziej żałują, bo łatwo uczynić z nich oręż, łatwo nimi manipulować. Reżyser umyślnie wchodzi tutaj w paradoks, w którym słowa tylko nieudolnie opisują rzeczywistość, której my, jako widzowie, próbujemy dać wiarę. Istotnie to dopiero obraz oddaje nam prawdę. Mikrospojrzenia, mimiczna wymiana, pełen dramatu uścisk i poza rozpaczy. Skomlący Adam Driver rzucający się na kolana Scarlett Johansson to jeden z najbardziej przejmujących obrazów zeszłego roku. I całej dekady.  

(Kamil Walczak)
Strony: 1 2

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.