American Film Festival 2021PublicystykaWywiady

“Dzięki mojej twórczości zły smak stał się bardziej przystępny”. Rozmawiamy z Johnem Watersem, bohaterem retrospektywy na tegorocznym American Film Festival

Maciej Kędziora
John Waters, mat. promocyjne American Film Festival

Maciej Kędziora: W tym roku na American Film Festival otrzymasz nagrodę Indie Star. Co oznaczałoby dla Ciebie miano “indie star” na samym początku filmowej drogi? 

John Waters: Na początku lat sześćdziesiątych wyrażenie „indie” czy „independent” jeszcze nie istniało. Dlatego kiedy zaczynałem, byłem nazywany reżyserem undergroundowym. W kolejnych latach mojej kariery te tytuły się zmieniały. Byłem kolejno: reżyserem midnightów (od midnight movies, seansów o północy – przyp. red.), reżyserem niezależnym, reżyserem hollywoodzkim, niezależnym reżyserem z Hollywood. W tym momencie natomiast zatoczyłem koło i jestem undergroundowym twórcą z Hollywood. 

Co z kolei oznacza dla Ciebie „indie star” w tym momencie – zwłaszcza w chwili, gdy za moment dostaniesz we Wrocławiu taką nagrodę?

JW: Zawsze zastanawia mnie, w jaki sposób ludzie w Polsce wiedzą kim jestem? (śmiech) A całkowicie bez ironii – jestem wzruszony i zaszczycony tym, że moja twórczość jest kojarzona i została uznana za wartą docenienia.

Ustaliliśmy już, że trudno przenieść miano „independent” w realia produkcji lat 50. i 60., ale jeśli miałbyś wskazać kogoś konkretnego, to kto byłby twoim „indie star” w latach filmowego dojrzewania? Czy byłby to William Castle, Kenneth Anger czy ktoś inny?

William Castle z pewnością miał na mnie największy wpływ, ale nazwałbym go raczej twórcą hollywoodzkim. Jednak uwielbiałem zarówno produkcje głównego nurtu, jak i te undergroundowe. Z pewnością w tym gronie byliby także Andy Warhol, bracia Kuchar i wspomniany Kenneth Anger.

Oprócz produkcji ze Stanów uwielbiałem filmy zagraniczne, bo zawsze wywoływały kłopoty. Pamiętam także jeden film z Polski, Matkę Joannę od Aniołów, zakochałem się w tej produkcji. Wzbudzała kontrowersje nawet tutaj, w Baltimore. 

Jakie były to kontrowersje?

Kontrowersje na tle religijnym. Pamiętam, że potępił go Kościół katolicki, wydaje mi się że wywołał również zamieszanie wśród zakonnic. Widziałem go wiele lat temu, ale z pewnością nie było to dzieło prokatolickie. 

Czy w gronie ważnych dla Ciebie twórców znalazłoby się także miejsce dla Jonasa Mekasa, innego bohatera tegorocznych retrospektyw? Wydaje mi się, że jest to znacząca postać dla twojej artystycznej drogi. 

Zdecydowanie tak. Kiedy byłem jeszcze dzieckiem w Lutherville w stanie Maryland, mieszkając z dala od Nowego Jorku i bohemy, czytałem jego rubrykę „Movie Journal” w Village Voice. To on recenzował i opisywał dzieła undergroundowe, ucząc mnie o kinie absolutnie wszystkiego.

John Waters, mat. promocyjne American Film Festival

Kilkanaście lat później miałem okazję go poznać, wręczyć mu nagrodę czy też zapowiedzieć go przed projekcjami. Na chwilę przed jego śmiercią podarował mi oryginalną, unikatową ulotkę zapowiadającą Empire Andy’ego Warhola. Mekas zresztą był autorem zdjęć do tego filmu, a ulotka wisi dumnie na ścianie mojego nowojorskiego mieszkania. 

Czy Mekas wpłynął na Ciebie tylko pod względem jego dokonań krytyczno-filmowych czy także jako reżyser? 

Choć ceniłem go za obie dziedziny jego twórczości, będąc szczerym, znacznie więcej Mekasa czytałem, niż oglądałem. Pamiętam, gdy zakładał magazyn Film Culture, który wywarł na mnie ogromny wpływ; zresztą po dziś dzień posiadam każde jego wydanie.

Jeśli chodzi o same filmy, najbardziej lubiłem The Brig, gdzie nakręcił sztukę Living Theatre, ale to jego działalność pisarska była mi znacznie bliższa. 

A poza Mekasem, czy na początku swojej filmowej drogi czytałeś dużo krytyki filmowej? 

Zdecydowanie tak. Kiedy miałem dwanaście lat, zacząłem czytać Variety, a niegdyś w Ameryce to właśnie Variety, jako jedyna gazeta, recenzowała produkcje sexploitation oraz blacksploitation, czy nawet – aż do premiery Głębokiego gardła – filmy pornograficzne.
Zresztą nadal jestem bardzo zaangażowanym czytelnikiem. Prenumeruje sześć dzienników, które każdego ranka odbieram sprzed drzwi, poza tym subskrybuje około sto czasopism miesięcznie. 

W kontekście recepcji krytycznej, twoje pierwsze filmy zbierały na początku bardzo złe recenzje. Sam zresztą podkreślasz w wywiadach, że na kanwie złych opinii zrodziła się kultowość Różowych flamingów. Czy byłeś przejęty faktem otrzymywania niepochlebnych opinii czy twoje filmy od początku miały wzbudzać irytacje krytyki? 

Nie mogę powiedzieć, że był to z góry założony plan, nie byłem aż tak pomysłowy. Wiedziałem natomiast, że wszystkie świetne „złe recenzje”, na których oparłem całą kampanię reklamową, nie były zwykłymi niepochlebnymi opiniami, były dodatkowo bardzo zabawne. Patrząc na tytuł: „Najbardziej obrzydliwy film świata!”, nie można było pominąć go w reklamie, szczególnie w kontekście seansów o północy! Krytyka była zbulwersowana, nie znosiła dokonań undergroundu. A fakt, że nienawidziła moich filmów, pomógł odkryć je mojej widowni. Złe recenzje zbudowały moją karierę. Nie wiem natomiast, czy ta taktyka zadziałałaby dzisiaj. Piszący o filmie są zbyt inteligentni, by wręczyć podobną, marketingową amunicję. 

Miałeś kiedykolwiek swoją ulubioną, złą recenzję własnego filmu? 

Wydaje mi się, że byłaby nią ta pochodząca z pewnej gazety z Detroit: „Ten film jest jak wybuch szamba. By w to uwierzyć, trzeba go zobaczyć!” (śmiech). 

Kadr z filmu “Różowe flamingi”, mat. promocyjne American Film Festival

Poza krytyką filmową, często wspominasz jak ważne było dla ciebie chodzenie do kina, sama atmosfera projekcji, doświadczanie filmów na wielkim ekranie. Pamiętasz gdy pierwszy raz oglądałeś Różowe flamingi z widownią? Było coś, co szczególnie Cię zaskoczyło? 

Doświadczenie oglądania Różowych flamingów z widownią ewoluowało na przełomie lat. Kiedy pokazywaliśmy je pierwszy raz, film należał do mnie. Wynająłem aulę na uniwersytecie, która wyprzedała się każdego z trzech wieczorów: w piątek, sobotę i niedzielę. Pokazywaliśmy je w trzech blokach godzinowych: o 20, 22 i o północy i za każdym razem wszystkie bilety zostały wyprzedane. Widząc widownię po każdym z seansów, wiedziałem, że Różowe flamingi zadziałały tak, jak chciałem. Ludzie na sali krzyczeli i wrzeszczeli, salą projekcyjną zawładnęła anarchia.

Gdy wreszcie znaleźliśmy dystrybutora, film czekał na premierę w Nowym Jorku aż przez dwa lata. Pierwszy pokaz odbył się w kinie Elgin, idealnym miejscu do zorganizowania seansu o północy – to tam pierwszy hitowy midnight movie, Kret Jodorowsky’ego, był pokazywany przez rok. Przyszło na niego przeszło 50 osób, ale osoby odpowiedzialne za pokazy zgodzili się na jeszcze jeden seans Flamingów w kolejnym tygodniu. Pamiętam, że przyszedłem na niego wraz z Bobem Shayem, współzałożycielem New Line Cinema, a kolejka do kina zakręcała  wokół całego bloku. Wieść o Flamingach po pierwszym pokazie rozniosła się po mieście, a moje życie się odmieniło. Film stał się wielkim hitem, który był wyświetlany w Elgin, a także innych kinach, niekiedy nawet przez 10 lat w ramach seansów o północy. 

Oczywiście Różowe flamingi działały tylko na publiczność, która chciała je zobaczyć, chciała się zszokować, bulwersować. Zdarzały się też przypadki, gdy ktoś wzywał na nas policję. Za każdym razem gdy w kontekście filmu aresztowano mnie za nieprzyzwoitość, przegrywałem sądową sprawę. Kiedy oglądasz film w kinie artystycznym późną nocą, seans jest doświadczeniem radosnym, zwłaszcza w trakcie oglądania go z widownią. Natomiast na sali sądowej, o 9 rano, jest to nieprzyzwoite, zwłaszcza z nieznajomymi na ławie przysięgłych. Tak więc woleliśmy po prostu przyznawać się do winy, co wiązało się z grzywną w wysokości 5 tysięcy dolarów, niż wydawać na adwokata. 

A jak widownia reaguje teraz oglądając Różowe flamingi w trakcie Twoich licznych retrospektyw? 

Przeczytaj również:  "Brak wolności wyboru może być jedną z najbardziej bolesnych rzeczy w życiu". Rozmawiamy z reżyserką filmu "Płeć: człowiek"

Ten film wciąż działa i to jak, reakcja jest wciąż taka sama! Swoją drogą, w jakiś sposób, który wciąż mnie szokuje, Różowe flamingi były pokazane także w telewizji. Gildia reżyserów poprosiła mnie o zgodę na wycięcie kilku scen, między innymi tej z fellatio, którą zresztą wyraziłem, ale o tym zapomnieli (śmiech), przez co nadal można je zobaczyć.

Jeszcze gdy pokazywaliśmy je na pierwszych seansach, Museum of Modern Art kupiło kopię filmu i włączyło ją do swojej stałej kolekcji, co było dla mnie prawdziwym zaszczytem. Myślałem: „To uchroni nas przed salą sądową”. Nie uchroniło. Sądowi nie imponowała linia obrony powołująca się na docenienie sztuki przez MoMę.

Ale tak, Flamingi wciąż działają. Można ich nie znosić, sam z całą pewnością nie uważam ich za mój najlepszy film, ale na pewno rezonują z publicznością. 

Wspomniałeś, że Różowe Flamingi nie są twoim ulubionym filmem. W takim razie który uważasz za swój najlepszy? 

Wydaje mi się, że W czym mamy problem to najlepszy film, jaki nakręciłem, natomiast najlepszym filmem z Divine były Kobiece kłopoty

A czy sam jako widz chodziłeś na pokazy późną nocą? 

Oczywiście. W ich ramach widziałem po raz pierwszy Głowę do wycierania Lyncha czy kilka bardzo lubianych przeze mnie filmów Russa Meyera. W pewien sposób VHS-y zabiły seanse o północy. Zamiast wychodzić, mogłeś zostać w domu i przed ekranem palić trawkę. Ostatnim filmem, który był hitem takich pokazów, była Ludzka stonoga. Ten film mógł stać się sławny właśnie dzięki nim. 

Czy myślisz, że gdybyś dorastał w latach 80. i 90., byłbyś jak syn głównej bohaterki W czym mamy problem?”, pracujący w wypożyczalni i oglądający w gronie znajomych horrory z kaset wideo? 

Sam oglądałem te same horrory czy filmy gore w mojej młodości. Razem ze znajomymi widzieliśmy je w ramach kina samochodowego albo chodziliśmy razem na pokazy w baltimorskim kinie pokazującym filmy eksploatacji. Magią nośników było natomiast ich rozpowszechnienie. Nie musiałeś już mieszkać w Nowym Jorku, by obejrzeć najbardziej niszowy, artystyczny film. Teraz, dzięki serwisom streamingowym, jest jeszcze łatwiej, lokalizacja nie jest już problemem.

Kadr z filmu “W czym mamy problem?”, mat, promocyjne American Film Festival

A czy kiedykolwiek patrzyłeś na sztukę w podobny sposób co tytułowy Cecil B. Demented, pragnący śmierci mainstreamowego kina? Jak postrzegałeś Hollywood? 

Przypominałem Cecila jeśli chodzi o brak uzyskiwania zgód na kręcenie. Mam natomiast nadzieję, że odróżniał nas dystans do własnych dokonań. Cecil jak każdy prawdziwy faszysta nie ma poczucia humoru, ja natomiast zbudowałem całą karierę na umiejętności śmiania się z własnych dokonań. Sam nazywam swoje filmy „śmieciowymi” czy „celluloidowymi okropieństwami”. Najpierw śmiałem się z samego siebie, by inni mogli śmiać się ze mnie, ale wszystko na zasadach tego samego żartu. Takie było też z zasady kino eksploatacji, którego teraz już nie ma. 

(chwila zastanowienia)

Choć jest jeden film, który przypomina mi ten nurt. Titane, które wygrało Złotą Palmę, to w pewnym sensie dzieło eksploatacji skierowane do kin artystycznych. 

Sam jestem wielkim fanem Titane i twórczości Julie Ducournau. W kontekście Różowych flamingów powiedziałeś, że spodziewałeś się reakcji publiki. Czy tak samo było przy Lakierze do włosów? Czy przeczuwałeś, że stanie się hitem? 

Przeczytaj również:  Death or Glory: Tom 2 - Wrzuć wyższy bieg! [RECENZJA]

Nie spodziewałem się, że będzie aż tak hitowym dziełem. Lakier do włosów był tylko kolejnym filmem w mojej karierze, który obsesyjnie chciałem zrobić. Recenzje, jakie otrzymał, przerosły moje oczekiwania, nie mogłem także przypuszczać, że mój film stanie się wystawianym musicalem. Z perspektywy czasu patrzę z ogromną wdzięcznością na to jak na pewnego rodzaju cud, który wciąż się wydarza. Z całą pewnością Lakier do włosów zarobił dla mnie więcej pieniędzy niż jakikolwiek inny film, będąc wciąż granym na deskach teatrów na całym świecie.

Co ciekawe pierwsze pokazy testowe wskazywały na to, że film nie podoba się widowni. Zwłaszcza mężczyźni podkreślali, że trudno jest im kibicować protagonistce ze względu na wygląd, nie podobały im się także ekranowe tańce. Generalnie pokazy testowe zazwyczaj wprowadzają w błąd, cały proces zatrzymywania ludzi po seansie i zadawania im pytań: „Co ci się podobało, a co nie” i próby zmiany dzieła na bazie tych odpowiedzi, nie działa. Szczególnie w przypadku moich filmów. Przecież ludzie cenią w nich właśnie różne ekstrema – gdy wytniemy to, co części ludzi się nie podoba, nasz film nie będzie podobał się już nikomu. 

Czy w trakcie pracy nad filmami z większym budżetem, brakowało Ci pełnej kontroli kreatywnej, którą miałeś w przypadku wcześniejszych produkcji? 

Choć w moich umowach nigdy nie miałem zapisanego final cuta, nigdy nie wypuściłem produkcji, która mi się nie podobała. Nauczyłem się, jak negocjować w Hollywood, co opisuje w mojej ostatniej książce, Mr. Know-It-All. Cieszyłem się natomiast, że nie musiałem już zajmować się stroną techniczną. Byłem okropnym autorem zdjęć – wystarczy, że spojrzysz na Różowe flamingi. (śmiech) 

Czy któryś z filmów, obok Flamingów, doczekał się statusu kultowego, który w trakcie seansów wzbudza reakcje pokroju nucenia, cytowania dialogów? Czy jest nim Lakier do włosów czy jakiś inny film? 

Lakier do włosów nie jest filmem kultowym, a – hitowym. Nie możesz użyć słowa „kult” w kontekście kina w Hollywood. Dla studia oznacza to bowiem bystry film, który polubiło może z osiem osób i który stracił pieniądze.

Jeśli chodzi więc o kultowość, to wydaje mi się, że jest nim w pewien sposób Cecil B. DeMented, który choć stracił pieniądze w box office’ie, wciąż przyciąga ludzi wykrzykujących kwestie dialogowe prosto w ekran. Wydaje mi się, że każdy z moich filmów wytrzymał próbę czasu – wciąż pojawiają się ich reedycje, choćby piękne wydania Criterionu. Multiple Maniacs, film który zrobiłem za 5 tysięcy dolarów, w momencie premiery był dziełem znienawidzonym, który dostał koszmarne recenzje. Kiedy parę lat temu na nowo wypuścił i odnowił go Criterion, dzięki czemu wygląda teraz jak zły film Johna Cassavetesa, dostał same pozytywne recenzje i ma obecnie 100% na Rotten Tomatoes. (śmiech)
Niezmiernie bawi mnie jak opinie na temat twórczości potrafią zmieniać się z czasem. Ja tymczasem po prostu cieszę się, że wciąż można je oglądać i że ludzie to robią, nawet jeśli ich nie znoszą. 

Kadr z filmu “Lakier do włosów” (1988), mat. promocyjne American Film Festival

W ostatnich latach skupiasz się głównie na pisaniu i na stand-upie. Czy oglądając filmy dostrzegasz kogoś, kto mógłby zostać nazwany nowym „papieżem złego smaku” czy też „papieżem kampu”? Czy oglądając kogoś, myślisz: „równie dobrze to ja mogłem nakręcić taki film”? 

Nie. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek imitował mój styl czy chciał być mną. Choć uważam, że dzięki mojej twórczości „zły smak” stał się bardziej przystępny. W obecnym kinie zauważam nową formę filmów kultowych, ale jeśli chodzi o to, co oglądam, najbardziej ciekawi mnie kino feel bad z Europy. Cenię twórczość Bruno Dumonta, Gaspara Noé. To moi ulubieni filmowcy – twórcy artystyczni, a nie eksploatacyjni.

Nie potrafię znaleźć ostatniego dobrego filmu eksploatacji, świadomie „śmieciowego”. Wszyscy za bardzo się starają. Jeśli słyszę porównanie: „Oto film, który przypomina kino Johna Watersa”, to zazwyczaj nie znoszę tego filmu. Jest po prostu obrzydliwy, nieśmieszny, nie wprowadza nic nowego, podczas gdy ja chciałem coś w kimś zmienić, a przy tym go rozbawić. 

Pół żartem – pół serio można by było powiedzieć, że trzeci sezon Twin Peaks pod względem szokowania i wodzenia za nos był w pewien sposób kinem eksploatacji! (śmiech) 

Ostatni sezon był znakomity, absolutnie wybitny. Nie wiem, jak David Lynch przeforsował ten pomysł w Hollywood, ale należą mu się za to wielkie brawa. (śmiech) To było przepiękne doświadczenie – choć nie w rozumieniu „śmieciowości” czy eksploatacji, a radykalnej sztuki. 

Dziękuję bardzo za rozmowę, to była prawdziwa przyjemność.

***

Edycja stacjonarna Amercian Film Festival potrwa od 9 do 14 listopada 2021 roku. Gościem festiwalu będzie John Waters, który otrzyma na nim nagrodę Indie Star Award. W ramach jego retrospektywy, celebrowana będzie twórczość Divine, będzie można wysłuchać masterclassu oraz stand-upu reżysera, a także zobaczyć jego filmy na wielkim ekranie, w tym m.in. Różowe flamingi, Lakier do włosów czy W czym mamy problem?.
Filmawka jest partnerem festiwalu.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.