“Tajemnice Joan”, czyli jak nuda infiltruje gatunek szpiegowskiego thrillera [RECENZJA]

Sprawa Melity Norwood na przełomie wieków rozbudziła wyobraźnię niejednego fana teorii spiskowych. Ot pozornie zwyczajna starsza pani, zajmująca się wówczas głównie swoim ogrodem i zbawiająca wnuki, okazała się jednym z najważniejszych elementów siatki szpiegowskiej KGB w Wielkiej Brytanii, a jej praca, według wielu badaczy okresu Zimnej Wojny, miała kluczowe znaczenie dla rozwoju radzieckiej strony militarystycznej. Tak nadzwyczajna historia, jednej z najlepiej ukrywających się agentek w historii szpiegostwa, nie mogła pozostać bez adaptacji filmowej na długo. Szkoda tylko, że same Tajemnice Joan nie dorównują tajemnicom jakie skrywała przed światem przez tyle lat Norwood.

Zobacz również: “Godzilla II: Król Potworów” – All Hail the King [RECENZJA]

Akcja Tajemnic Joan będzie rozgrywała się na dwóch liniach czasowych – w roku 2000, zaraz po zatrzymaniu Joan Stanley, oraz w czasach jej studiów czy późniejszej aktywności jako radzieckiego szpiega. Początkowo zdaje się, że to ten pierwszy wątek będzie kluczowy – nie tylko ze względu na rolę Judi Dench, ale również skupienie się na wątku zdradzonych ideałów jej syna, który nie wiedział o aktywności swojej matki – z czasem jednak prym zaczną wieść retrospekcję działalności “Czerwonej Joan”, a zeznania zostaną sprowadzone do roli błahych antraktów między kolejnymi porcjami rekonstrukcji zimno-wojennych.

Tajemnice Joan
“Tajemnice Joan”

Ten zachwiany balans między dwiema osobnymi opowieściami stanie się największym problemem całej produkcji. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Trevor Nunn stawiając na rozwinięcie wątku retrospektywnego, skupił się nie na tej części historii, na której powinien. Bo o ile melodramatycznych historii o miłości, zdradzie i szpiegowaniu mieliśmy już bez liku, o tyle sama spowiedź Joan porusza bardzo intrygujące kwestie natury moralnej. Problem w tym, że o ile sam zamysł zadawania pytań o definicję zdrady stanu, a także podjęcie próby rozwiązania dylematu co jest ważniejsze – świat, czy dobro pojedynczego kraju, są godne pochwały – o tyle jako widzowie potrzebujemy czasu by wraz z bohaterami jakoś ten problem przeanalizować, rozważyć. Nunn natomiast zaraz po wejściu w narrację iście filozofczną, szybko z niej ucieka i wraca do bezpiecznego świata szaro-burego Londynu lat 50-tych.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Nie chodzi też o to, że retrospekcje są złe. Problem w tym, że są skrajnie przewidywalne i nudne. Nie wnoszą nic nowego do gatunku, ba, często nawet zaprzeczają tezom Joan głoszonymi w trakcie zeznań – przykład: gdy Joan zapewnia, że jej rozterki były spowodowane dylematem moralnym, my dowiadujemy się, że wszystko było spowodowane miłością do romantyczno-socjalistycznego Leo. A szkoda, bo tworząc spójną wersję zeznań Joan, same Tajemnice mogły mieć wydźwięk mocno feministyczny. Romanse z Leo, połączone z mdłym melodramatyzmem, powodują, że ten zamierzony efekt znacznie słabnie.

Przewidywalność powoduje również, że nie uświadczymy tu kluczowego elementu gatunkowego thrillera – napięcia. Będąc świadomym jaka przyszłość stoi przed Joan, trudno nam drżeć o jej zdrowie w chwilach wykradania planów bomby, czy też przemycania dokumentów wagi państwowej – w końcu, co wiemy od początku – dożyje ona spokojnej starości (która co najwyżej będzie zakłócona przez wyrok skazujący). Nunn nawet nie próbuje jakkolwiek zmylić widza, spokojnie odhaczając kolejne punkty na planie ramowym swojej produkcji, bez żadnego polotu i chęci stworzenia “czegoś więcej”. A skoro jemu nie zależy, to czemu miałoby zależeć nam?

Tajemnice Joan
Tajemnice Joan

Perłą tego filmu jest Sophie Cookson, która nadaje życie młodej Joan, wzbogacając jej charakter o swoje cechy – przez co seans staje się jakkolwiek znośny. I choć i jej zdarzają się dramaturgiczne potknięcia, była chyba jedyną osobą, która włożyła w tę opowieść swoje serce – reszta obsady, na czele z Judi Dench, gra na autopilocie, kreując papierowe postacie bez życia. Bo o ile każdy ze względu na swoje doświadczenie warsztatowe gra “ok”, trudno nie odnieść wrażenia, że ta wywołująca ból radykalna poprawność wyzbyta z finezji to wynik znudzenia, a nie dążenia do perfekcji.

Zobacz również: “Euforia” HBO przypomni wam dlaczego liceum to najtrudniejszy etap życia [RECENZJA]

Jak możecie się pewnie domyślać, strona formalna również cierpi na chorobę skrajnej, warsztatowej poprawności. Każdy kadr jest prawie że identyczny, bezpieczny, ale jednocześnie nie opowiadający żadnej historii. Ot – każde ujęcie przypomina hermetyczną, anglosaską produkcję telewizyjną, do której mamy stosunek skrajnie ambiwalentny – obejrzymy ją do końca, ale nic w nas po niej nie zostanie. A szkoda, bo ta historia zasługiwała na więcej, zasługiwała na choć odrobinę artystycznej namiętności.

Tajemnice Joan
“Tajemnice Joan”

Ten typ produkcji jest zdecydowanie najbardziej frustrującym. Tajemnice Joan nie są produktem złym, ale do bólu średnim, wyzbytym z jakichkolwiek chęci bycia czymś więcej. I to właśnie średniaki są zmorą współczesnego angielskiego kina – często biorącego pod lupę pasjonujące historię i przekuwającego je w nudne opowieści w akademickim wydaniu. Wszystkie trafiają do BBC parę miesięcy po premierze, by cała rodzina mogła obejrzeć je do kolacji, pomijając połowę kwestii dialogowych bo i tak są one nieważne. Wszystkie reklamują się jedną wybitną aktorką/jednym wybitnym aktorem, którzy występują w nich by czym prędzej podpisać czek i odegrać swoje “best of”. Co gorsza, ten filmowy marazm szybko się nie skończy, bo ta machina świetnie działa. I nie zatrzyma jej tajemnica wielkiej nudy, jaką skrywa tytułowa Joan.


2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.