Advertisement
FelietonyPublicystyka

Moja komedia romantyczna. Opowieść o filmie “Bros”

Maciej Kędziora
fot. kadr z filmu "Bros" / materiały prasowe UIP

Doświadczanie komedii romantycznych stało się dla mnie fundamentem obcowania z kinem. Od To właśnie miłość rozpoczęło się nałogowe oglądanie gatunku. Klasyki wypożyczane na DVD i odkrywane w telewizji kształtowały moje wyobrażenie (nie ukrywajmy, często nierealne) zakochiwania się, a notes prowadzony w gimnazjum zapisywany był cytatami, które liczyłem że będzie mi dane wypowiedzieć w kierunku ukochanej osoby. Zgrane schematy zapewniały mi bezpieczeństwo; wiedziałem kiedy związek się rozpadnie, kiedy pojawi się “trzeci” obiekt żarliwego afektu, kiedy doczekamy finalnej fali wzruszenia; wyrachowanej acz wciąż rezonującej. Klisze nigdy mi nie przeszkadzały, gatunek stał się moją bezpieczną przestrzenią obcowania z medium. Wraz z wchodzeniem w dorosłość wytwarzane przez kino iluzje relacji (nie)perfekcyjnej, wzorców randkowania, zaczęły mnie przerastać. Równanie do zapisanych na taśmie ideałów okazało się niemożliwe, wreszcie same ekranowe związki ukazujące zakochanie a pomijające miłość coraz bardziej mnie odrzucały. Im bardziej odkrywałem siebie, tym mniej potrafiłem cieszyć się romkomami, dostrzegając, że nie ma w nich mnie – nie ma w nich osób mojej orientacji czy mojej wrażliwości. 

Kino stające się maszyną mojego myślenia, formujące wyobraźnię, kształtujące osobowość, przekreślało moje cechy jako nieadekwatne do przeżywania nagłych drgnięć serca. Każdy introwertyk musiał wszakże przejść transformację, wyjść do ludzi, otworzyć swe ramiona imponując pewnością siebie. Uzbrojeni w szarmanckość faceci, z lekko podniesionymi wargami, rzucali zabawnymi, ciętymi one-linerami, które po krótkich parsknięciach na kinowym fotelu wprawiały mnie w kompleksy niemożności dorównania im w realnym świecie. Oczywiście pisząc z obecnej perspektywy jestem świadom ich “nieżyciowości” tłoczonej przez komercyjny raj Hallmarku czy serwisów streamingowych, ale dla nastoletniego mnie bezpieczna przystań filmowości, szybko przemieniła się w toksyczny raj nieosiągalnych wzorców. 

Oglądając Bros przez chwilę pomyślałem więc o chłopaku, który żywił się romansami licząc, że filmy nauczą go miłości. O chwilach gdy po fali ekranowego wzruszenia, włóczyłem się stołecznymi ulicami walcząc z skrajnymi emocjami; z jednej strony nadzieją, że pretensjonalne frazesy komuś się spodobają, z drugiej rozgoryczeniem płynącym z samotności. Być może gdybym wówczas mógł zobaczyć na ekranie Billy’ego Eichnera i wsłuchać się w jego monologi, uwierzyłbym, że nie muszę zmieniać się na siłę. Że wystarczy bycie sobą, że bycie mną również jest czymś dobrym. 

fot. kadr z filmu “Bros” / materiały prasowe UIP

Sam się sobie dziwiłem. W końcu humor Eichnera jako komika był mi raczej obcy, a na scenie queerowej komedii od lat bawiły mnie osoby bliższe mojej wrażliwości. Zawsze irytowała mnie jego maniera krzyku, punkt wyjścia scenicznych opowieści nie potrafił ze mną rezonować. Nie inaczej było w przypadku reżysera; Nicholas Stoller odpowiadał za Sąsiadów (którzy nie należeli do najbardziej zabawnych dzieł), równie fatalną kontynuację Zoolandera czy kuriozalny dyptyk aktorskich Muppetów (w przypadku dwóch ostatnich był ich scenarzystą). Myślałem, że Bros, poza bliskością tematyczną, nie mają prawa mi się spodobać, że podobnie jak w przypadku większości romkomów rozminiemy się w zderzeniu produkcja – widz. A jednak. Wystarczyła pierwsza scena, w której główny bohater nagrywa podcast o historii ruchu LGBTQ+ – jako, że często, choć w zupełnie innym kontekście tematycznym, przebywam po drugiej stronie mikrofonu, nie mogłem nie polubić Bobby’ego Leibera. 

Im dłużej słuchałem Bobby’ego (którego obraz nakładał mi się z wyobrażeniem Eichnera, przez co aktor-bohater tworzyli w mojej świadomości jedność), tym szybciej biło mi serce. W końcu Bobby okazał się tym, kogo poszukiwałem w moich filmowych ucieczkach do kina o miłości. Pewnym siebie facetem, afirmującym swoją tożsamość, który jednocześnie skrywa w sobie drugą duszę: samotnika, człowieka zamkniętego na odbieranie czułości innych. Obserwując samowystarczalnego Leibera mamy poczucie, że romkom otwiera się na trochę inną perspektywę; w miejsce otwarcie poszukujących, skupiając się na wiecznych i dumnych z tego singlach. Oczywiście to, czy charakter głównego bohatera będzie nas męczyć czy nie, zależy od naszej otwartości na postać aktywisty, którego aktywizm jest najbardziej wyrazistą składową charakteru; jako że jestem fanatykiem wszelkiego rodzaju manifestów queerowych, jestem na bieżąco z reportażami o Stonewall i inkluzywną krytyką, jego postawa w pełni ze mną rezonowała; ale co akcentują twórcy w samym scenariuszu – w pewnym dystansie do tej postawy też nie ma nic złego. 

Zazwyczaj bowiem kino uczyło nas, że wzorce w romkomach dzielimy na dwa światy – ci źli, finalnie porzuceni (na potrzeby chwili nazwijmy ich “trzecimi”) najczęściej reprezentują cechy niegodne; są nieuczciwi, manipulują, albo boją się odpowiedzialności. Ci dobrzy reprezentują li tylko cnoty; świat nie ma odcieni szarości, albo jasna strona mocy albo mroczna, bez czegoś pomiędzy. Binarne postrzeganie rzeczywistości, ograniczające i zamykające w postaciach osób “niegodnych” i “perfekcyjnych”. Bros jako przedstawiciel kina queerowego wymyka się binarności, naśmiewa się ze schematów gatunkowych poprzedników (pozostając jednak świadomym swojego rodowodu – stąd ukłon w stronę po wsze czasy urokliwego Masz wiadomość i z przymrużeniem oka traktujący tradycję miłosnych uniesień pod jemiołą), ucieka od wskazywania cnót. Uczy nas czegoś innego – akceptacji. Dla odmienności charakterów, postaw; przypominając, że związek to także, jeśli nie głównie, kompromisy. 

W bardzo aktywistycznej narracji, gdzie poza relacją miłosną pojawia się opowieść o powstającym muzeum LGBTQ+, twórcy nie ograniczają się do samej perspektywy walki o prawa. To co w polskim kinie na ten moment nie byłoby możliwe, gdy ledwo raczkuje poetyka inicjacyjna, a dopiero w Słoniu kwestia tożsamościowa nie stanowiła głównej osi opowieści o miłości, w kinie amerykańskim zaczyna być coraz powszechniejsze. Jeśli komercja jest sygnalistką zmian, to Bros udowadniają, że nadszedł czas gdy nie ma już potrzeby opierania narracji o akceptację – jest ona postawą domyślną. Nie trzeba wprowadzać wątków homofobicznych; można postawić na pełną afirmację, nie tyle wybrzmiewającą w antagonizmie (co miało miejsce w pierwszej połowie Dumnych i Wściekłych), a w codzienności bycia sobą – nie trzeba do tego celu osób zamkniętych w swoim nienawistnym światopoglądzie. 

fot. kadr z filmu “Bros” / materiały prasowe UIP

Eichner i Stoller (autorzy scenariusza) świadomie stawiają Bros w opozycji do mainstreamowego kina queerowego. W jednej ze scen główny bohater referuje zresztą jego stan – kowbojski dramat o niemożności ujawnienia własnej tożsamości, kończący się bolesnym, cierpiętniczym rozstaniem. Nie szukając daleko, odbiegając nawet o klasyka w postaci Brokeback Mountain (z jednej strony naznaczonego realiami społecznymi, z drugiej – zdaniem Eichnera – wygrywającego w oczach ogółu nieszczęśliwym zakończeniem, który nie daje szans na realną miłość wracając do “bezpiecznego” statusu quo), wystarczy cofnąć się do zeszłorocznego wyścigu oscarowego, gdy wybitne Psie pazury Jane Campion proces odkrycia wrażliwości toksycznie męskiego bohatera ukarały jego śmiercią. Bros wymierzone jest w queerbaiting i hollywoodzkie sprowadzanie roli geja do smutnej postaci zapewniającej sukces w wyścigu po nagrody. Wreszcie, udaje im się odwrócić klasyczny schemat “liberalnego” romkomu – tokenową postać przyjaciela ze społeczności queerowej zastępuje tutaj heteroseksualna sojuszniczka; stając się świetną, narracyjną woltą. 

Wróćmy jednak do samego, niezwykłego seansu. Seansu, w którym cały czas szczypałem się, bo myślałem, że żyje w świecie wyśnionego przeze mnie samego dzieła, a nie realiów ekranu. Naprawdę – co zresztą wiele mówi o moim przyzwyczajeniu do narracji wykluczeniowej w świecie głównego, filmowego nurtu – nie spodziewałem się, że w kinie będę mógł oglądać produkcję, która bez żadnego ugładzania czy wstydu opowiada o seksualności, randkowaniu na Grindrze, w pełni inkluzywnie przedstawia postaci osób transpłciowych i niebinarnych. Nie wiem nawet, w którym momencie się wzruszyłem – i czy moje łzy związane były z samą relacją głównych bohaterów, czy też radością, że mogę jej doświadczać. Że mogę czuć się zaakceptowany, że gatunek który kiedyś spowodował, że pokochałem to medium, zwraca także kamerę na tak bliskie mi środowisko. Trudno więc nawet pisać o wadach, gdy krytyczne oko przesłania euforyczny filtr – wiążący się ze świadomością, że osiemnastoletni Maciek doczekał się również swojego odbicia w kinie. Szkoda, że trochę za późno (zwłaszcza po afirmacji własnej biseksualności), ale dobrze, że wreszcie. 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.