“Niedobrani”, czyli od dawna nikt tak pięknie nie powiedział “kocham” [FELIETON]

Są dwa typy pierwszych pocałunków. Ten “de facto pierwszy”, często nie ma w sobie nic z mistycyzmu – ot, dochodzi do niego z jakiegoś wewnętrznego przymusu, gdy chcemy przekroczyć barierę fizyczną i najprawdopodobniej za parę lat całkowicie o nim zapomnimy. A właściwie nie tyle zapomnimy, co zastąpimy to wspomnienie wspomnieniem prawdziwego, amorycznego pierwszego pocałunku. Tego, do którego dochodzi w ułamku sekundy, kiedy to serce, a nie rozum, wysyła impuls przejmujący kontrolę nad naszym ciałem. To chwila, którą jesteśmy w stanie odtwarzać w swojej pamięci niczym nagranie z Black Mirror, pamiętając każdy, pojedynczy element naszego otoczenia: jej zmierzwione i rozpuszczone włosy, swoją niebieską, lekko rozpiętą koszulę w kratę, startą po dziesiątym praniu w pralce, przaśną dyskotekową piosenkę lecącą z telefonu i poczucie dręczącej niepewności, czy to co robię jest na pewno dobre – bo jest zdecydowanie największym ryzykiem, jakie podjąłem do tej chwili. I choć zapewne nie uda się wówczas stworzyć stabilnego związku na lata, to te 5 sekund będzie jednym z niewielu przypadków prawdziwego, euforycznego uniesienia.

Podobnie jak ja, swój “pierwszy prawdziwy pocałunek” niczym fotografię pamięta Fred Flarsky (Seth Rogen), eksbrooklyński dziennikarz polityczny, zapijający nowy smak bezrobocia na imprezie charytatywnej, uświetnionej występem Boyz II Men. Bowiem, jak wiadomo, nic nie leczy smutku lepiej niż nostalgiczna wyprawa do Motownphilly. Jeśli jednak jest jedna rzecz, której wolimy unikać w związku ze swoim pierwszym zbliżeniem, okupionym późniejszym złamanym sercem, to kontakt z tą drugą połową. Szczególnie jeśli w głębi nas wciąż tkwi gorycz miłosnego zawodu, niewyleczone stare uczucie i wstydliwa nieświadomość własnej fizyczności.

Zobacz również: Recenzję “Midsommar”

Oczywiście los musi stanąć nam okoniem i na tej samej imprezie, w chwili gdy znajdujemy się na granicy rozpaczy, pojawia się Ona. Flarsky’ego nie powinno to jednak dziwić – Ona to w końcu Pani Sekretarz Stanu, Charlotte Field (Charlize Theron), będąca wzorem do naśladowania dla wszystkich młodych aktywistów, którzy chcą i mogą coś zmienić. Dziwić może go natomiast inna rzecz. Pani Sekretarz, a swego czasu jego niańka i pierwsza miłość, bez skrępowania bawi się na koncercie kultowego zespołu hip-hopowego, a na jego widok w jej oku pojawia się błysk wspomnień. Flarsky zapomina, że Ona, czasem zamiast “Pani Sekretarz” chciałaby być po prostu znów być “Charlotte”, a On zamiast “Flarsky’ego” stać się na chwilę “Panem Flarskym”. Tak samo jak w przypadku Niedobranych, współczesna komedia romantyczna chciała choć przez chwilę znów operować uczuciami.

Już pierwszy akt zmienia typowe schematy dla romkomów. Oczywiście mamy tu typową narracyjną podstawę. Fred zostaje zatrudniony przez Charlotte jako jej spin doctor, dzięki czemu podczas tworzenia jej przemów, mogą wspólnie odnowić kontakt i znaleźć wspólny język – dla niego bardziej ugładzony i mniej histeryczny; dla niej bardziej wyluzowany, przesiąknięty odniesieniami do bliskiej jej popkultury. Wybawieniem od kliszy jest łączący bohaterów kod kulturowy i intelektualny – bo choć będzie ich różnił status materialny czy społeczny, to ani Ona, ani On nie będą od siebie odstawali pod względem wiedzy i ciętego języka, co stanowi całkowite novum w świecie opowieści o błyszczącej miłości.

Flarsky będzie odstawał od Jej świata ubiorem i swoim radykalnym idealizmem, ale ta inność nie będzie dla niego powodem do użalania się nad sobą i własnym losem, co było do tej pory stałą w tego typu opowieściach. Za każdym razem romkomy o miłości zakazanej i między klasowej – czy to Bajecznie bogaci Azjaci, czy Chyba na pewno Ty – skupiały się na emocjonalnych rozterkach protagonisty(-ki) i próbach dopasowania się do nowych realiów. W przypadku Niedobranych główny bohater będzie przede wszystkim próbował pozostać sobą, pozostać tym, kogo Charlotte pokochała.

Zobacz również: Recenzję “Ma”

W czasach gdy bardzo pozytywnym trendem jest tworzenie opowieści romantycznych à rebours, Niedobrani nie idą na łatwiznę i poza odwróconymi kliszami twórcy wkładają w tę opowieść całe swoje serce. Kluczowy nie jest tu sam fakt, że to Charlotte może zostać Panią Prezydent – wówczas równie dobrze mógłbym zachwycać się nad całkowicie wyzbytym z emocji Chyba na pewno ty – ale to, że naprawdę zależy nam na jej postulatach i jej sukcesie (przez co identyfikowałem się z Fredem jeszcze bardziej). Czuć tu rękę scenarzystki Liz Hannah, która również w Czwartej władzy znakomicie ukazała przeciwieństwa i ustępstwa, na jakie musi niestety godzić się kobieta wchodząc do świata polityki. Tym razem jednak reżyser Jonathan Levine, poza smutną kontestacją realiów, pozwolił jej uderzyć ręką w stół (skądinąd dosłownie, poprzez samą postać Charlotte) i tę rzeczywistość zmienić.

 

Postęp jaki poczynili Niedobrani w swoim gatunku widać znakomicie przez pryzmat roli Setha Rogena. Zasadniczo trudno było rozdzielić Rogena od kreowanych przez niego ról – w końcu zawsze był orędownikiem depenalizacji narkotyków, głośno opowiadał o swoim imprezowym życiu oraz byciu lekkoduchem. Po raz pierwszy jednak komediową rolę Setha zdecydowano się udramatyzować. Pokazać stronę, z jakiej aktor słynie w prawdziwym życiu: organizuje coroczne stand-upowe imprezy, na których uświadamia ludzi na temat choroby Alzheimera; w licznych wystąpieniach kładzie nacisk na walkę z rasizmem i głośno mówi o polityce klimatycznej. Tym samym Niedobrani odczarowują archetyp rogenowskiej postaci, ukazując, że oferuje on sobą coś więcej niż zniżkę na bongo w pobliskim coffee shopie i dwa zaległe rachunki za wodę.

Choć najnowsza produkcja Levine’a opowiada o światku nieosiągalnym dla większości widzów, jest bardziej życiowa niż harlekiny opowiadające o “zwykłych ludziach i ich pięknych relacjach”. Opowiada bowiem o czymś, co, przez komercjalizację i masową produkcję gatunku romkomowego, reszta twórców pominęła – o pięknie rodzącego się uczucia.

Zobacz również: Recenzję “Laleczki”

Nawet w zderzeniu z klasykami gatunku z przełomu wieków, to Niedobrani wychodzą obronną ręką. Oczywiście brakuje im brytyjskiej klasy i dżentelmeńskiego humoru, ale bajkowy William Thucker z Notting Hill w porównaniu z Flarskym wydaje się być sztucznym urojeniem, a Charlotte wygrywa z Anną Scott mieszanką majestatu argentyńskiego tanga z emocjonalnym luzem refrenu It must have been love Roxette.

W jednej ze scen Levine osiągnął ideał mojego wyobrażenia o miłosnym uniesieniu. Nasza para wymyka się o zmroku by imprezować (pod wpływem gasparowskich substytutów szczęścia), a przy okazji zrobić rewizję w miejscowych klubach i celebrować swój wciąż świeży związek. Gdy łapią zadyszkę, postanawiają przystanąć pod katedrą, by zastygnąć w splocie warg na trochę dłużej. W tle rozlega się piosenka Can’t Do Without You Caribou, a na horyzoncie pojawiają się rozbłyski po fajerwerkach. I tak przez te 30 sekund każdy może cieszyć się chwilą autentycznego szczęścia. Charlotte, bo znajduje się w objęciach mężczyzny, który kocha ją, a nie Panią Sekretarz, i z którym wreszcie może być sobą; Fred, bo znajduje się w objęciach kobiety, którą kochał od 12. roku życia i “pierwszego prawdziwego pocałunku”, a także Caribou, bo ten, prawdopodobnie najpiękniejszy elektroniczny utwór o miłości, to jedyny kawałek, który przebił się do świadomości masowego słuchacza. Te 30 sekund za chwile się skończy i wróci normalność, ale każdy z nich powtarza sobie motywująco w głowie: Trwaj chwilo, jesteś piękna. Ja też.

Zobacz również: Recenzję filmu “Polaroid”

Levine imponuje oszczędnością słów, jeśli chodzi o przekazywanie emocji. W większości produkcji słowo “kocham” doczekało się całkowitej degradacji – pada na pierwszej randce, jest powtarzane jak mantra i stosowane jako pustosłowie do uzupełnienia dialogu. W Niedobranych kocham Cię pada trzy razy, gdy nasi bohaterowie są ze sobą już przez pewien bardzo intensywny seksualno-emocjonalnie czas. I jest to najbardziej cichy zwrot w całej produkcji, pełen niepewności i strachu przed odrzuceniem, pozbawiony tej sztucznej pewności kreowanej przez komedie romantyczne. Kocham Cię będące pytaniem, czy to już jest ten moment, kiedy nie tylko to czuję, ale również to mówię. Kocham Cię, które wreszcie jest czymś więcej niż kolejną kwestią dialogową.

Niedobrani są produkcją bardzo idealistyczną, ale nie ma w nich bolączek trapiących kino zaangażowane, vide zbytniej pompatyczności czy poglądowej egzaltacji. Napawają za to nadzieją, że może jeszcze nadejść lepsze jutro. Dlatego też jeśli Charlize Theron szukałaby wsparcia do kampanii wyborczej, to zgłaszam się i z dumą założę koszulkę #VoteCharlize. A póki co wracam do słuchania Boyz II Men, bo może również mi uda się pójść na ich koncert i przypadkowo kogoś na nim spotkać.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.