“Anioł” – Śmierć ma piękne oczy [RECENZJA]

Szarmancki uśmiech, lekko zmierzwione włosy, tlący się w kąciku ust papieros, dwa pistolety za pazuchą, a w ręce skradzione klejnoty. W ten sposób Carlito będzie przemierzał ulice Buenos Aires przez większość 1971 roku, kiedy to dokona 17 kradzieży, zabije 11 osób, by potem szelmowskim krokiem przekroczyć próg klubu i bawić się do rana przy akompaniamencie whiskey i tanga. A przecież zdawać by się mogło, że samozwańczy “boski posłaniec” o anielskiej twarzy nie jest zdolny do złego. Niestety, uosobienie niewinności  nie okaże się zbawcą swej rodziny, a kolejną inkarnacją śmierci, która nadeszła by oczyścić Argentynę z jej grzechów i bogactw.

Najlepiej sposób działania Carlito (Lorenzo Ferro) ukazuje otwierająca Anioła sekwencja, gdy młody i jeszcze nie do końca doświadczony chłopak wkrada się do jednej z największych willi w stolicy Argentyny. Na początku zaczyna się od nieśmiałego pukania do drzwi, z lekką dozą niepewności – a co jeśli ktoś tam będzie? Po chwili kojącej nerwy ciszy można przejść do akcji. I tu właśnie objawia się przerażający (szczególnie gdy przypomnimy sobie, że Puch to postać autentyczna) zmysł głównego bohatera do niespotykanej dotąd złodziejskiej gracji i nonszalanckiej finezji. Pozwala mu ona na nalanie sobie drinka, puszczenie ulubionego utworu z lekko zakurzonego winyla, a także powolne buszowanie w poszukiwaniu co bardziej intratnych skarbów. Najmroczniejszy sekret duszy chłopaka poznamy jednak dopiero gdy opuści dom na skradzionym, czerwonym jak krew motorze – kradnie on bowiem nie dlatego, że musi, ale dlatego, że bardzo tego chce i sprawia mu to nieskrywaną frajdę, przez co nie ma żadnych zahamowań.

 

Droga Carlitosa do perfekcji w zbrodniczym fachu z czasem jednak zejdzie na drugi plan, a każde kolejne morderstwo będzie jawić się bardziej jako manifest pokoleniowego wyzwolenia i próbę samostanowienia o sobie i swoich przekonaniach. W czasach przewrotów i rewolt w Ameryce Południowej, on wraz z Ramónem po prostu czynią zło, nie w imię Che czy Fidela, a w imię nastoletniego buntu i chęci udowodnienia, że oni również mogą (szczególnie tyczyć się to będzie Ramóna, próbującego zaimponować swojemu ojcu). Zdaje się jednak, że tacy jak oni w ogóle nie istnieją w obliczu prawa – przecież policji znacznie łatwiej będzie ich uznać za wrogów politycznych, niźli “po prostu” złych ludzi (w końcu – niczym w stalinizmie –  w raju nie ma morderców).

Luis Ortega nie tylko estetyzuje w swoim filmie śmierć, ale również czyni ją poniekąd sztuką. Gdy bowiem Carlito podczas napadu po raz pierwszy pociągnie za spust, jego ofiara będzie umierać w iście groteskowy sposób przez najbliższe cztery minuty w otępiałym szoku spacerując z krytyczną raną po korytarzach swej artystycznej twierdzy. Reżyser w ten sposób ukazuje nam jak bardzo niedojrzali są zarówno Puch jak i jego partner – nie są oni bowiem w stanie pojąć powagi sytuacji; kolejna wystrzelona kula ma dla nich równie wielkie znacznie, co kolejny odpalony papieros. Dla nich Buenos Aires jest placem zabaw, na którym mogą pozwolić sobie na wszystko i wszystko będzie im wybaczone.

Znamienne jest tu również nazwisko producenta – Almodóvar – gdyż “Anioł” jest jakoby duchowym spadkobiercą dzieł Hiszpana. Niczym w “Zwiąż mnie!” i “Prawie pożądania”, to pożądanie będzie głównym przyczynkiem  nieporozumień, kłótni i sporów między bohaterami. Szczególnie gdy zaczniemy kwestionować orientację partnerów w zbrodni, a między nimi narodzi się ciche, acz jak odczuwalne, napięcie seksualne, które będzie powoli eskalowało od nieśmiałych muśnięć dłoni, aż do podglądania stosunków drugiej osoby. To właśnie sfera emocjonalna i paniczna chęć odkrycia własnego “ja”, popchną Carlito jeszcze dalej w otchłań krwawych łaźni i bestialstwa.

“Anioł” to pewna kontynuacja trendu, którego świetną egzemplifikacją byli “Dzicy chłopcy” Mandico – pięknego artystycznie filmu o zbrodni, bawiącego się formą (trudno bowiem inaczej ocenić łabędzi śpiew taniec Carlito), jednocześnie w niesamowicie subtelny sposób prowadzącego narrację. Nie uświadczymy tu bowiem rozległych monologów, pompatycznych morałów, gdyż dla Ortegi kluczowym będzie ukazanie niewinności jako głównego przyczynku do zła, gdyż nawet to co powierzchownie wydaje się łagodne, może doprowadzić do naszego końca.

Ortega, podobnie jak rodzina Ramóna, zawierzył swoją karierę debiutantowi i wiele na tym wygrał, gdyż Lorenzo Ferro niczym iberoamerykański Ziggy Sturdust zagarnia cały ekran dla siebie, szokując i całkowicie hipnotyzując widza. Wystarczy bowiem jedna scena, gdy gasi rodzinny pożar swoim szelmowskim uśmiechem, by całkowicie podbić nasze serce. Najbardziej jednak niebywała jest jego umiejętność do subtelnego ogrywania niepewności i emocjonalnego zakłopotania, gdy w oczach pojawiają się iskierki napięcia, a ciało odmawia posłuszeństwa.

Największym czarem Anioła jest jednak chwila po seansie, gdy uświadamiamy sobie, że była to prawdziwa historia, a Carlito, okrzyknięty “Aniołem śmierci”, był winnym 17 kradzieży, 11 morderstw i dwóch gwałtów. Ortega w swoich subtelnych kadrach ukazuje demona, bawiąc się pozorami niewinności, groteski. Estetyzacja śmierci nie ma  bowiem na celu jej gloryfikacji, a zgłębienie psychiki człowieka, który zabija bo chce. I obdarcie go z tej fałszywej niewinności.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.