Recenzje

“Żona” – Recenzja

Maciej Kędziora

Beckett, Miłosz, Marquez, Tranströmer, to tylko kilka nazwisk autorów wyróżnionych Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Do ich grona ma dołączyć podstarzały już Joe Castleman (Jonathan Pryce), twórca wybitnego “Orzecha Włoskiego”, znany z bardzo realistycznych i wnikliwych portretów psychologicznych kobiet. U jego boku jest obecna wierna, acz wyciszona Joan (Glenn Close), nieuzewnętrzniająca swoich mrocznych emocji, zdająca się być jedyną znaną światu duchową spadkobierczynią stoików. Kiedy jednak dotrą na miejsce ceremonii, do pięknego, choć mroźnego Sztokholmu, będą mieli aż za dużo czasu na myślenie o sprawach, które do tej pory brali za pewnik.

Kadr z filmu “Żona”

Katalizatorem spięć między małżeństwem będzie biograf Joe, sprawny pisarsko Nathaniel Bone (Christian Slater). To on, jak na rzetelnego literata przystało, próbować będzie pociągnąć za język najbliższe otoczenie noblisty, wywlekając liczne romanse pisarza, bądź też snując rozmaite teorie spiskowe na temat jego życia i konfrontowania ich z Joan czy Davidem (Max Irons), synem Castlemanów. Ów kwartet będzie napędzał fabułę filmu Björna Runge, w której to z każdym wypalonym papierosem, zjedzonym orzechem i wypitym kieliszkiem whiskey, atmosfera będzie coraz bardziej się zagęszczać.

Zobacz również: “Fokstrot” – Recenzja

Kluczowe dla rozwoju relacji Castlemenów momenty Runge będzie przedstawiać za pomocą retrospekcji, bo dramaty ich pożycia będą najczęściej znajdywać odzwierciedlenie w dziełach pisarza. Uwodzenie studentki, szał pozostawionej samotnie kobiety, a w końcu trudy dzielenia się obowiązkami rodzicielstwa. Z każdym kolejnym wglądem w karty przeszłości małżeństwa, coraz bardziej zaczynamy żałować Joan, która dla szczęścia swej rodziny zdecydowała się wycofać ze światka pisarskiego, bo jak sama usłyszała: Kobieta w świecie literackim ma szanse jedynie trafić na półkę z dziełami absolwentów.

Zobacz również: “Zakonnica” – Recenzja

Żona jest symptomatycznym tytułem, bo od razu wskazuje nam kluczową postać całej opowieści. Nie skupiamy się tutaj na sukcesie narcystycznego, lekko grubiańskiego i stetryczałego Joe, a na wycofanej społecznie Joan, cierpiącej katusze od środka. Glenn Close tworzy tutaj niesamowicie zniuansowaną kreację, wspinając się na poziom przypominający Fatalne Zauroczenie i Niebezpieczne Związki. Walka jaką toczy w sobie uzewnętrznia się dzięki grze oczami, w których to ukrywa prawdziwy ból swej ujarzmionej literackiej duszy. Z miejsca staje się ona faworytką tego sezonu Oscarowego, czy to dzięki wzruszającej scenie reakcji na wiadomość o narodzinach wnuka Maxa, czy też rozmowę na pograniczu flirtu z Nathanielem.

Przeczytaj również:  Chochoł polskiej kinematografii. Recenzujemy nowe „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego
Kadr z filmu “Żona”

Świetnie z postacią Joan kontrastuje Joe, największy narcyz jakiego widział ten świat. Jonathan Pryce ucieka w swojej roli do znanych już chociażby z Gry o tron, skutecznie irytujących widza środków aktorskich, przez co jego postaci nie da się w żaden sposób polubić. Czy to przez nieokrzesany popęd seksualny, czy bardzo niesmaczne żarty, a także wieczną frustrację. Lepiej wypada tutaj Christian Slater, tworząc balansująca między stalkingiem a fascynacją Castlemanem postać. Jako jedyny potrafił choć przez chwilę utrzymać tempo narzucone przez Close, szczególnie w sekwencji flirtu barowego, w której to dało się wyczuć między nimi chemię, połączoną z aromatem słodu zbożowego i alkoholowych procentów.

Zobacz również: Analizę 5. odcinka “Better Call Saul”

Runge śledząc losy małżeństwa, nie zapomina jednak o relacji ojciec – syn, w którym to David usilnie próbuje zaimponować swojemu wzorowi w postaci Castlemana i dorównać jego poziomowi pisarskiemu. Przychodzi mu to jednak z trudem, nie potrafi nawiązać nici porozumienia ze swoim mentorem, przez co ucieka w objęcia różnych używek – od papierosów przez alkohol aż do narkotyków. Max Irons, po części przemyca tu wątek autobiograficzny – sam próbując dorównać talentowi aktorskiemu swojego ojca, Jeremy’ego.

Niestety Żona pod wieloma względami jest produkcją stricte telewizyjną, nie potrzebującą dużego ekranu by błyszczeć. Wszystkie aspekty techniczne są co najwyżej poprawne, osadzone jedynie w przestylizowanych pomieszczeniach szwedzkiego hotelu, przez co bardzo trudno odnaleźć tutaj typowy skandynawski marazm. Na plus wypada sztuczność filmu, do dość dobrze obrazuje realia światka noblowskiego, gdzie snobizm przeradza się w bufonerię, a także coraz mniej aktualne pompowanie balonu o prestiżu całej statuetki.

Przeczytaj również:  „Jeźdźcy sprawiedliwości”, czyli kino akcji oczami Jensena i Mikkelsena
Kadr z filmu “Żona”

Żonę, podobnie jak główną bohaterkę, prześladuje poprawność i próba utrzymania bardzo solidnego i niewyrazistego fasonu. Poza wybitną rolą Close, produkcja Runge’a nie próbuje wynieść się ponad resztę opowieści o zabarwieniu feministycznym, będąc jedynie filmem z niewykorzystanym potencjałem. Za mało tu książek i wciągającego klimatu, za dużo oczywistości i hiperbolizacji. Trudno jednak nie przyklasnąć reżyserowi, bo mimo przewidywalności historii, dałem się temu opowiadaniu pochłonąć. Problem w tym, że po paru dniach nie pamiętam już tekstu epilogu, a co dopiero nazwiska autora.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.