“Legiony”… i była miłość na wojnie [RECENZJA]

W otwierającej sekwencji, bezimienny w potarganych ubraniach ucieka przez pola przed carskim wojskiem. Pozbawiony godności ukrywa się w błocie, licząc, że w ten sposób uda mu się przeżyć i uciec za granicę, do Galicji. Za chwilę jednak straż go dopada, przywiązuje do konia i decyduje się torturować go w drodze powrotnej do obozu. Przed dezerterskim stryczkiem ratuje go zbieg okoliczności pod postacią polskiej młodzieży walczącej, która zmierza w kierunku sztabu tworzących się Legionów. Od dziś bezimienny nie będzie umierał “za życie”, a “za ideę”.

W bardzo wyciszonym początku filmu kamera przylepiona jest do Sebastiana Fabijańskiego, który, niby wolny elektron, błądzi po polskim sztabie wojennym. Z czasem dowiemy się, że jego bezimienna postać dezertera ma na imię Józek. Nazwiska brak, albo on sam nie chce go zdradzić. On, brudny, nieogolony analfabeta, całkowicie nie wpisuje się w archetyp młodego legionisty: zadbanego, przystojnego, inteligentnego wojaka w błękitnym mundurze i wypolerowanych butach. Oni na wojnę idą z wyboru, on w tryby wojny został wepchnięty siłą mikołajewskiego aparatu przymusu.

Jednocześnie to właśnie z Józkiem będziemy się utożsamiać przez cały czas trwania seansu. On na wojnę o niepodległość nie patrzy idealistycznie, a pragmatycznie. Jego jedynym celem jest dotarcie do Łodzi, otworzenie fabryki opon i rozpoczęcie spokojnego życia. Wreszcie protagonista w rodzimym kinie wojennym nie jest heroicznym bohaterem, czy pierwszorzędnym kawalerzystą, a prostym człowiekiem, który chciałby po prostu żyć.

Pierwsza godzina to pokaz powolnego (ale bynajmniej nie nudnego) kina antywojennego. Choć Gajewski jako narracyjny wytrych stosuje co chwila motyw ciszy przed burzą, powolnego wyciszania, uspokajania akcji, w celu nagłego huknięcia granatem/wystrzału z karabinu automatycznego, to każdy atak, każde starcie pozbawione są patosu i grandilokwencji. Często legioniści zmuszeni są do uciekania w popłochu, a Rosjanie wystrzeliwują ich niczym myśliwi kaczki. Nawet akcja, w której Józek uzyska swój wojskowy pseudonim, gdy przypadkiem ratuje pułk “Króla” spod ostrzału snajpera (de facto mszcząc się za śmierć matki młodego dziecka), nie nosi w sobie znamion kina akcji, gdyż tępy nóż kuchenny z trudem i w sposób boleśnie realistyczny przebija się przez skórę wroga.

“Legiony” w pierwszej połowie są również novum w polskim kinie historycznym jeśli chodzi o śmierć na polu bitwy. Większość – od “Kamieni na szaniec” do “Historii Roja” w swoim martyrologizmie ukrywała przesłanie, że heroiczna śmierć jest lepsza od bezpiecznego życia, a utrata życia na polu walki jest chlubą. W najnowszej megaprodukcji to podejście wyraża jedynie niewielka część dowódców – na czele z rzucającym na lewo i prawo żołnierskimi bon motami “Królem”. Reszta, w szczególności młodzi, waleczni przypominają bardziej bohaterów nolanowskiej “Dunkierki”: są przerażeni, modlą się o życie, a w oczy co chwilę zagląda im strach latających koło głowy kul i bomb spadających w okopach.

Nawet gdy reżyser dokumentuje heroizm i sili się na patetyczność w trakcie batalistycznych scen, ich wygląd jest mocno przerażający. Gdy w śmiercionośnej szarży ułanów na okopy wroga zginie 98% żołnierzy, nad polem bitewnym unosi się mgła pożogi. Gdy raniony ostrą amunicją Topór dramatycznie wymachuje szablą, w tym momencie upadają ideały. I choć przyjmują on pozę Tony’ego Montany z “Człowieka z blizną”, kapiąca z ust krew i błądzące w nicość gałki oczne demitologizują obraz wojennej śmierci.

Gajewski, z wielką szkodą dla całej produkcji, popełnia podobny błąd, co w średnio udanym “Obcym niebie” i w pewnym momencie wytraca tempo i zmysł błyskotliwej narracji. Postanawia bowiem z dobrze napisanego dramatu wojennego, prowadzonego z rozmachem równym wszechobecnym ekranowym wybuchom, przemienić “Legiony” w tani melodramat, zamknięty w trójkącie miłosnym – Józio, Ola, Tadeusz.

Nie chodzi nawet o samą racje bytu wątku miłosnego, wszak on towarzyszy nam od samego początku produkcji, oddającego namiętność młodych kochanków i tanich, acz szczerych pierwszych zalotów. Bardziej doskwiera rysowanie niepotrzebnych i aż nadto przewidywalnych antagonizmów między bohaterami, gdy z opowieści o walce o przetrwanie zaczynamy się skupiać na walce o uczucie.

Wtedy też uwidacznia się wyraźnie morał, który forsuje w “Legionach” reżyser. Józek bez wojny byłby nikim – dezerterem, bezimiennym, a może i wisielcem. To Legiony dały mu ubranie, żołnierską czapkę, archetyp ojcowskiej postaci, czyli “Króla”. Dały mu miłość, uczucie, poczucie względnego bezpieczeństwa. Dzięki karabinowi i godłu stał się kimś. Pytanie tylko, czy to założenie nie jest na dłuższą metę zgubne.

Z drugiej strony dobrze, że “Legiony” próbują mieć jakiś morał, gdyż i na tym polu wygrywają z inną historyczną megaprodukcją – “Piłsudskim”. Gajewski, w przeciwieństwie do Rosy, ma zamysł i wie, w którą stronę ma podążać jego historia, a za jego pomysłem stoi również znacznie, niemal trzykrotnie, większy budżet. I choć sama postać marszałka została lepiej zagrana przez Borysa Szyca (skądinąd mającego spory epizod również w “Legionach”), to we wspolnej dla obu filmów scenie, gdy dochodzi do przekazania orderów na znak braterstwa i pokoju, wychodzi zmysł inscenizacyjny twórcy “Obcego Nieba”. Ot, tam gdzie w produkcji Kadru Szyc wygłaszał słabo zmontowany monolog w eter wybrakowanych z powodu nikłej ilości stażystów legionów, w “Legionach” pułki ustawione są w dwa rzędy rozdzielone Piłsudskim – niczym w otwierającym “Wielkie Piękno” bankiecie, z tym, że zamiast Toniego Servillo, na ekranie oglądamy Jana Frycza.

“Legiony” odnoszą nad “Piłsudskim” zwycięstwo również wtedy, gdy spojrzy się na budowę postaci drugoplanowych – choć ta wiktoria nie przynosi im wielkiej chluby. Bowiem każda z postaci, poza Józkiem, sprowadzona zostaje do jednego archetypu, jednej cechy, czyniąc je niewiarygodnymi. Idealną egzemplifikacją jest “Król”, zredukowany do roli moralizatorskiego ostatniego sprawiedliwego, podnoszącego na duchu żołnierzy niczym William Wallace przed finałową walką. Jego bon moty, na czele ze znakomitym “Ale my mamy w dupie trzech cesarzy”,  są nieświadomym akcentem humorystycznym całej produkcji. Owe małolotne cytaty połączone z tubalnym głosem Mirosława Baki, powodują że, chcąc nie chcąc, co chwile cicho się zaśmiewamy.

Podobne bolączki charakterologiczne ciążą nad resztą postaci. Tadeusz będzie tanim amantem, przemienionym w werterycznego martyra, Ola będzie przepełniona żałobą, a Złotnik, podobnie jak postać Grzegorza Małeckiego w “Piłsudskim”, również i tu będzie carskim zdrajcą wypierającym się ojczyzny, a nawet próbującym przekupić ostoję polskiej armii, “Króla”. A szkoda, bo aktorsko, na czele z genialnie wycyzelowanym i chwilami neurotycznym Sebastianem Fabijańskim, mogła być to produkcja w pełni spełniona.

“Legiony”, za sprawą swojego budżetu, mogły sobie pozwolić również na pewne efekciarstwo, dzięki czemu oglądamy bardzo nieokrzesaną produkcję z masą wielkich wybuchów, których nie powstydziłby się Michael Bay. Efekty pirotechniczne zachwycają czy to w scenach stricte batalistycznych, czy też akcjach quasi-szpiegowskich, gdy bohaterowie muszą coś wysadzić. Podobnie same sceny walk, przypominające monumentalne filmy z lat 90-tych, przykuwają oko i są pieczołowicie dopracowane.

Najnowszy film Dariusza Gajewskiego to pozytywne zaskoczenie, choć mam nieodparte wrażenie, że wygrywa szczególnie słabością rodzimej konkurencji. Bowiem faktycznie – gdy kontrastujemy ją z innymi, patriotycznymi martyrologiami wojennymi goszczącymi na polskich ekranach – “Legiony” są jedną z niewielu, jeśli nie jedyną, w pełni spełnioną produkcją gatunkową. Gdy jednak spróbujemy spojrzeć na film holistycznie, z perspektywy ogólnoświatowego rynku filmowego, odnosi się nieodparte wrażenie, że to film po prostu przeciętny, przydługi i wtórny.

Ale może na “Legiony” trzeba spojrzeć tak jak na ich protagonistę? Bo choć Józek nie jest idealny, to przecież się stara. A czasem te chęci to jedyne, co powinno się liczyć.


2.5/5


4 thoughts on ““Legiony”… i była miłość na wojnie [RECENZJA]

  1. Nuda, masakra!!!! – jak można było zrobić taką fuszerę?!!!! Jeszcze dotację na to dostali (a może o nią chodziło :) )

    1. Film raczej dla kobiet, pokazuje wojnę taka jaka jest ale brakuje w filmie pokazania skutków powstania legionów i taktyki. Szkoda ze pod redutą Piłsudskiego nie pokazano ze austryjacy i węgrzy się cofają a polacy dopiero w ostatniej chwili. Fajne sceny batalistyczne ale od rosjan i koreańczyków powiniśmy się uczyc jak wygląda kino wojenne. Koniec filmu to dramat – w zasadzie to nie kino wojenne tylko dramat dla kobiet. Tak jakby dwie inne osoby nagrywały ten film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.