48. Festiwal Polskich Filmów FabularnychFelietonyPublicystyka

Filmy pełne dymu i ukrytych tożsamości. Relacja z 48. FPFF w Gdyni

Maciej Kędziora
fot. „Imago”
fot. „Imago” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni miałem nieodparte wrażenie, że przez większość czasu różne grupy znajomych rozmawiały tylko o dwóch tytułach. Co podeszło się do jednych, trwała rozmowa o Chłopach. Czy to film tylko formy, a może także treści? Jak wyglądała praca malarzy, czy będzie polskim kandydatem do Oscara (teraz wiemy, że tak)? Jak ten film obsadzono? Gdy o dziele duetu DK i Hugh Welchmanów usłyszałem wystarczająco, niedługo później głównym tematem był już Kos. Czy to nowy Tarantino? Gdzie w tym wszystkim Kościuszko? A także: czy film dostanie zasłużone Złote Lwy? 

W tej ekscytacji między jednym a drugim tytułem można było trwać przez cały tydzień, kursując w znanym stałym bywalcom trójkącie gdyńskim między Teatrem Muzycznym, Gdyńskim Centrum Filmowym a Hotelem Mercure. No dobrze, czasem – i jak pokazują oceny oraz nagrody, nie powinno to zaskakiwać – omawiano także Tyle co nic, debiut Grzegorza Dębowskiego. Sam jednak  szukałem raczej rozmów o moim ulubionym filmie festiwalu, Imago Olgi Chajdas. I choć wydawało mi się, że nikt o punkowej, trójmiejskiej opowieści nie debatuje, okazało się, że robiło to jury. Nagrodziło ono dzieło Srebrnymi Lwami oraz absolutnie słuszną nagrodą dla najlepszej aktorki. 

Pancerne Lwy 

Imago to opowieść o Eli „Malwinie” Górze, ikonicznej dla sceny trójmiejskiego punku wokalistce, współtworzącej niegdyś zespół Pancerne Rowery. A także o tym, jak życie zmieniła jej córka, Lena Góra, współscenarzystka i odtwórczyni głównej roli. Góra, grając swoją matkę, tworzy postać wypełnioną wyzwoloną energią; poruszającą się po Gdańsku zupełnie jakby miasto, jakby cały świat należał do niej. Żyje niby pozbawiona ograniczeń, w psychodelicznym napięciu, które objawia się zarówno w formach plastycznych (jej rysunkami), jak i, przede wszystkim, muzycznych. Każda sekwencja wykonywania utworu roznosi głośniki, wywołuje w nas pulsowanie. Swoją nowatorską i dynamiczną narracją wstrząsa  Teatrem Muzycznym od posad. 

fot. „Imago”
fot. „Imago” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Olga Chajdas przeplata tu różne formy i daje porwać się chwili. Może być to zarówno zarzut jak i atut, w zależności, czy będziemy rezonować z samym obrazem. Między chaosem a improwizacją jest cienka granica, jak pomiędzy pretensją a artyzmem. Być może dlatego Imago potrafi polaryzować, ale także dzięki temu absolutnie mnie zachwyciło. Wreszcie poza koncepcją poczułem także artystyczny luz, objawiający się m.in. w nagrywanej na planie muzyce, za którą statuetkę odebrał Andrzej Smolik.

Podobnie punkowa w formie i równie dzieląca publiczność okazała się historia na innym biegunie stylistycznym – kino-sen Doroty Kędzierzawskiej, czyli Sny pełne dymu. Tu także wszystko żyje własnym życiem, wypełnione jest fonosferyczną grą Marcina Lenarczyka (mistrza onirycznego udźwiękowienia w polskim kinie, jak pokazał w Solaris Mon Amour), przepalone dymem papierosa w kamerze Artura Reinhardta. Jednak tak, jak wyzwolenie z reżimu konserwatywnej narracji pozwoliło mi u Chajdas w pełni wejść w świat przedstawiony, tak w przypadku Snów… niestety błądziłem oczami zagubiony, jakby czytając wiersz, którego zupełnie nie potrafię pojąć.

Jednak to właśnie Kędzierzawska dostarczyła mi najbardziej lirycznej, wzruszającej chwili na tegorocznym festiwalu. Tuż przed seansem, w trakcie tradycyjnej prezentacji ekipy filmowej cała sala powitała Krzysztofa Globisza owacjami. Powracający do Gdyni aktor wcielił się na ekranie w Starego Lisa, głoszącego afirmację życia. Otrzymał brawa, na jakie zasłużył przez całą swoją karierę. Skądinąd w tym także Sny… rymują się z Imago – przed pokazem punkowego spektaklu piękne przywitanie otrzymała prawdziwa Ela Góra. 

Teczki w szafach 

„– Pójdziemy na nowy film o Bondzie? – O kim?”. To fragment dialogu z filmu Doppelgänger. Sobowtór Jana Holoubka. W tym roku marzenia o filmowym Bondzie nie były nam potrzebne – zaskakująco spora liczba filmów opowiadała o naszych agentach, ukrytych tożsamościach, teczkach schowanych głęboko w szafach.

Najbardziej klarownie mówi o tym rzeczony Sobowtór, drugi pełnometrażowy film autora 25 lat niewinności. Sprawy Tomka Komendy. Głównym bohaterem jest Józef Wieczorek, agent SB, który przejął cudzą tożsamością. Zatraca siebie w postaci Hansa Steinera, żyjąc monotonią nowego, zachodniego bytu. Fotografuje dokumenty, płynnie posługuje się różnymi językami, próbuje dorównać ojcu;  wzorowemu asowi wywiadu. Doppelgänger jest antytezą filmów o agencie 007. W adaptacjach Fleminga przejmująca jest akcja, tu oswajamy się z codziennością, pozbawioną ekscytacji i powabu. Przebłyskami dramaturgicznego piękna są tu imprezy, wszechobecna elegancja, ale też kruchość protagonisty. Sama praca jest jedynie brzemieniem, jakie ciąży Wieczorkowi. 

fot. „Figurant”
fot. „Figurant” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Niekiedy agent ponosi porażkę. Jest tak w przypadku Bronka Budnego, pracownika Departamentu IV MSW, rozpracowującego świeżo mianowanego biskupa Karola Wojtyłę. Nie sposób nie patrzeć na Figuranta w szerszej perspektywie. Jeśli zły do szpiku kości esbek nie był w stanie znaleźć haków przyszłego papieża, nie powinniśmy szukać ich także my. Bez tego wydźwięku na dzieło Roberta Glińskiego spojrzałbym być może przychylniej. Teraz zdaje mi się dość wyraźną apologią, postawieniem się w konkretnej pozycji w dyskursie.

Tożsamość szpiega jak strzelba Czechowa, musi w końcu wyjść na jaw. Albo wystrzeli trafiając samego szpicla, albo rykoszetem dostanie się komuś z jego bliskich. Tak jest w Świętym. Teczka TW dosłownie zostaje wyciągnięta z szafy (skądinąd kolejny film, gdzie IV Departament do spraw inwigilacji kościoła odgrywa znaczną rolę), naruszając relacje międzyludzkie. Podobnie wygląda to w Różyczce 2, gdzie Joanna Warczewska płaci za agenturalną przeszłość swojej matki. W rodzimej kinematografii nie sposób uciec od przeszłości, prawdziwe „ja”, nasz los nas dosięgnie. Paradoksalnie, biorąc pod uwagę mocny rodowód katolicki niektórych tytułów, przywodzi to bardziej na myśl kalwinizm niż nauki Kościóła Rzymskiego. 

Jaki jest nasz los? 

Przeczytaj również:  „Copa 71" - niezwykła historia zapomnianego turnieju | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Z ciążącej predestynacji wyciągnął mnie dopiero Kos. Choć tu także Rotmistrz Dunin, grany brawurowo przez Roberta Więckiewicza, stwierdza, że „polskim losem jest to, by przegrywać”. Paweł Maślona raczył w to nie uwierzyć. Próbując wyobrazić sobie drogę filmu o Kościusce, słyszę echo kliszy rozmów producenckich: „niemożnaniedasię”. Wydawało się, że nie można twórczo podejść do historii Polski (dowodem perypetie i ostateczna wersja Raportu Pileckiego), nie można połączyć opowieści bohaterskiej z komizmem oraz gatunkiem. A w ogóle jeśli Kościuszko, to tylko w Racławicach, albo, przy dobrych wiatrach, u boku Waszyngtona. Aurum Film, Maślonie i reszcie ekipy się udało. 

fot. „Kos”
fot. „Kos” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Nie jest więc Kos typowym filmem historycznym, nawet jeśli typowy film historyczny w polskiej kinematografii oznaczałby dobrze wykonaną robotę. Historia jest tu na trzecim planie. Kościuszko udaje Tadeusza Biedę, gra w pokera na pistolety, siedzi przy ognisku, kreśląc w głowie swoją rewolucję. W scenariuszu Michała A. Zielińskiego, bohater insurekcji rośnie na herosa naszych czasów, nową twarz pisanej ludowej historii Polski, gdzie walczy się  o prawa chłopów. Zresztą sporo tu myśli Leszczyńskiego, a także drapieżnego kreślenia szlachciców jako brutali i pyszników. Potrzebujemy Kościuszki teraz jak nigdy, zwłaszcza, że jego słowa tną mocniej niż niejedna ekranowa szabla. 

Maślona walczy tu też z szeroko pojętym „honorem” jako złem najgorszym nieudolnie definiowanego przez Dunina genu „polskości”. Choć i od niego nie zawsze uciekniemy, jak Ignac, zawieszony między poszukiwaniem siebie a upatrywaniem w nazwisku potwierdzenia własnej godności (a także ekonomicznego bezpieczeństwa). Kos pokazuje, że choć historii Polski nie da się zmienić, można spróbować napisać ją z nową werwą, ozdobioną Złotymi Lwami. 

Jako że były to dzieła, o których mówiło się najwięcej,  należy obok wygranego festiwalu wspomnieć o Chłopach. W rozmowach w ramach sekcji Gdynia Industry (panelach branżowych obecnych od kilku edycji, niegdyś kierowanych przez Joannę Łapińską, obecnie przez Olę Salwę) padały pytania o to, jak przyciągnąć do kin widownię na polskie filmy. Pojawił się pomysł wydarzeń jako efektu formującego dyskurs. Chłopi i Kos zostali w tym roku wykreowani właśnie jako nowe wydarzenia – wiecznie porównywani, stawiani w głównym wyścigu. 

Stawiając na Jagnę (rewelacyjna rola Kamili Urzędowskiej), Welchmanowie także zastanawiają się nad tym, jaki jest los. Patrzą na kobietę, omawianą przez lata w konkretnym kluczu przez kanoników polskiej literatury. Jej fatum zostało zaprogramowane w bardzo konkretny sposób na lekcjach języka polskiego. Obrazy pozwalają jednak wydobyć jej duszę; tam gdzie mężczyźni są rozdygotani, waleczni, pieniaccy, ona chce być po prostu sobą. 

fot. „Chłopi”
fot. „Chłopi” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Tak, jak w Kosie miałem poczucie kreatywnego wykorzystania ludowej historii, tak w Chłopach autorsko przetwarzana jest polska sztuka. Vincent van Gogh nie więzi już twórców. Można przebierać w autorach i stylach. Ten artystyczny polot współgra z taneczną, pulsującą i wybitną muzyką L.U.C-a, zwłaszcza w sekwencji weselnej. Można też po prostu zachwycać się ogromem tytanicznej pracy; od castingu po montaż.

Współczesność w innym spojrzeniu 

W kluczu narracyjnego nowatorstwa, a także przy bardzo bliskim mi werdykcie jury, najbardziej zaskakuje nagroda Złotego Pazura. Spadkobierca nieobecnej sekcji Inne Spojrzenie, przemianowanej na kategorię w konkursie głównym, powędrował (wraz z 4 innymi nagrodami) w ręce ekipy Tyle co nic”. Oczywiście wybrzmiewa może tu mój sceptycyzm wobec samego filmu, ale na tle w pełni zrozumiałych nagród statuetka nowatorstwa wydaje mi się zastanawiająca. W końcu debiut Grzegorza Dębowskiego to narracja z gruntu społeczna, zaangażowana, korzystająca na początku z konwencji kryminału. Wszystko jest tu solidne (a zdaniem niektórych wybitne) – ale nie odkrywcze. 

Być może jednak nowatorstwem jest po prostu udany film o współczesnej sytuacji w naszym kraju. Inne Spojrzenie, które odnosiło się dotychczas do formy, jest tym razem nagrodą fabularną. Albo castingową – w końcu Dębowski odkrywa tutaj perłę aktorską w postaci Artura Paczesnego, wcielającego się w główną rolę rolnika, pragnącego walczyć o los swojej wsi. Walczyć z politykiem, sąsiadami, mocować się z systemem. Jego historia jest poruszająca. Nieskrywanie jednak przemawia przeze mnie dusza formalisty. 

fot. „Fin del mundo”
fot. „Fin del mundo” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Stąd też skłaniałbym się w tym ujęciu w stronę Fin del mundo? Piotra Dumały, dzieła – podobnie jak oniryczna historia Kędzierzawskiej – osobnego, niewpisującego się w poszczególne tendencje polskiej kinematografii. Mamy zawieszoną w czasie groteskę, wszystko wyniesione ad absurdum. Jest to zarówno kiczowate, jak i wciągające. Miejscami całość się chwieje, żarty mają za duży wąs, ale w końcu czasem należy eksperymentować, co bardzo podoba mi się w propozycji selekcyjnej Joanny Łapińskiej. 

Wrócę jednak na chwilę do współczesności. Poza Tyle co nic prawie wszystko ponownie niknie w zderzeniu z produkcjami o przeszłości. Horror Story to amalgamat żartów, z rzadka udanych (naznaczonych fascynującą szarżą Konrada Eleryka, wypadającego znakomicie), częściej żenujących – jak zbliżenie na Michalinę Olszańską oblewającą swoje ciało sokiem. Święto ognia rozczarowuje, podobnie jak sama książka Jakuba Małeckiego, choć autor jest jednym z moich ulubionych polskich pisarzy, a Kinga Dębska jedną z najbardziej cenionych polskich reżyserek. Tym razem jednak zamiast konsekwentnej fabuły dostajemy nieposkromiony chaos. 

Największą katorgą była jednak Jedna dusza, rodzima odpowiedź na filmy-tortury, w której przemocowy mąż może rozgrzeszyć swoje straszne przewiny jedną spowiedzią. Na tym tle o wiele lepiej wypada Lęk. Najnowsze dzieło Sławomira Fabickiego grane jest na dwie aktorki – wybitną Martę Nieradkiewicz i Magdalenę Cielecką. Film przenosi nas z Gdyni na festiwal Sundance. Wszystko płynie, historia porusza, niekiedy bawi. Transpozycja stylistyczna wypada znakomicie; szkoda, że to wciąż wyjątkowy kazus. 

Przyszłość, czyli o nowym spojrzeniu 

Przeczytaj również:  Czego słuchaliśmy w marcu i kwietniu? Muzyczne rekomendacje Filmawki

Z licznych wywiadów z nową dyrektorką artystyczną wybrzmiewała jej wizja przyszłości. I fakt, nie sposób po 48. FPFF oceniać pracy Łapińskiej w pełni. Jest to festiwal przejścia. Skandaliczny sposób pożegnania Tomasza Kolankiewicza uniemożliwił za późno wybranej dyrektorce wprowadzenie regulaminowych zmian. To wydarzy się dopiero teraz, a jej zapowiedzi napawają mnie ogromnym optymizmem. 

Spośród planowanych reform najbardziej czekam na powrót drugiego konkursu (wzorowanego na Un Certain Regard w Cannes), w miejsce obowiązkowych pokazów mikrobudżetów. W tym roku trzeci konkurs festiwalowy (obok głównego i krótkometrażowego) stał się echem całego tego projektu. Brak selekcji spowodował, że obok najlepszego z czterech Ultima Thule znalazły się filmy pokroju Pokolenia Ikea

A sama Gdynia potrzebuje powrotu Innego Spojrzenia. Mniejszej rozgrywki o nagrody, czegoś odświeżającego, polemizującego z głównym konkursem. Konkurencyjności jeśli chodzi o zaangażowanie w rozmowach. Czegoś, czego zdecydowanie zabrakło w tym roku w kontekście mikrobudżetowych opowieści. 

fot. „Ultima Thule”
fot. „Ultima Thule” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Przypadki Pokolenia Ikea, Fresstyle’u czy Świętego świadczą o potrzebie jeszcze jednej zmiany, którą bardzo chętnie zobaczyłbym na festiwalu. Gdynia i rozmowy o niej zyskałaby, gdyby filmy pokazywane w konkursie nie miały jeszcze dystrybucji kinowej. Dzięki temu na każdą premierę można byłoby czekać, zwłaszcza, gdyby konkretnego dnia wyświetlano tylko te dzieła, które są pokazywane w Teatrze Muzycznym. Być może wtedy o polskim kinie rozmawiałoby się jeszcze więcej.

Tak jak Paweł Maślona, duet twórczy Chłopów czy Olga Chajdas udowodnili, że drugi film nie musi oznaczać koniecznie tradycyjnego syndromu porażki, tak samo wierzę w wizję Joanny Łapińskiej. Ale jak wielkie będą to zmiany, przekonamy się za rok. 

***

Moim ulubionym shortem tegorocznej edycji jest Piękna łąka kwietna Emi Buchwald. Pozostaję w nadziei, że polskie kino w następnych latach będzie roztaczała równie piękny pejzaż, co tytułowy cud natury fotografowany obiektywem Tomasza Gajewskiego. Przynajmniej w niektórych miejscach.

Relacja z festiwalu powstawała dzięki współpracy promocyjnej z FPFF w Gdyni


korekta: Kamil Walczak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.