FilmyKinoRecenzje

“Osierocony Brooklyn”, czyli reprywatyzację zwalczaj jazzem [RECENZJA]

Maciej Kędziora
fot. materiały prasowe / Warner Bros

Lionel Essrog (Edward Norton) na pierwszy rzut oka nie jest wyróżniającym się mieszkańcem Nowego Jorku czasów eisenhourowskich. Chodzi w pięknym, długim, zamszowym płaszczu, na głowie nosi lekko starty kaszkiet, a za pazuchą trzyma broń, sygnalizującą jego zawód prywatnego detektywa. Dopiero chwila spędzona z nim na rozmowie pokazuje ciężar jaki nosi na swoich barkach. I nie, nie są to trapiące go sprawy, czy migawki z martwych ciał, które napotkał na swojej drodze, a choroba: zespół Touretta, z którym zmaga się na co dzień.

Jak jednak zwykł mawiać jego szef Frank Minna (Bruce Willis), jego przekleństwo, może być również największą zaletą. Bo choć Lionel niekontrolowanie przeklina, wykrzywia twarz, czy rzuca bezwstydnymi tekstami wobec osób mu obcych, jednocześnie ma niesamowicie wyczulony słuch oraz pamięć, dzięki której może odtwarzać w swojej głowie każdy, najmniejszy cytat z przeprowadzonych rozmów. Głowa Essroga jest przez bossa często wykorzystywana jako ludzki magnetofon. I może to uśpienie, mechaniczna pewność, gubi w pewnym momencie głównego bohatera, czego skutkiem jest niechybna i brutalna śmierć Minny, jedynej figury ojcowskiej jaką miał w życiu.

fot. materiały prasowe / Warner Bros

Wyrzuty sumienia, których nie koją najprostsze medykamenty znane ludzkości: alkohol i heroina, skłaniają Essroga do odszukania morderców Franka i rozwikłania jego ostatniej sprawy, detektywistycznego testamentu. W ten sposób rozpoczyna się właściwa historia “Osieroconego Brooklynu”, śledząca losy wtórnego sieroty, szukającego na opuszczonych i biednych ulicach metropolii nie tylko sprawców, ale i motywacji do dalszego działania.

Edward Norton, występujący w potrójnej roli aktora, reżysera i scenarzysty, decyduje się snuć swoją kryminalną narrację bardzo powoli, tkając ją z pojedynczych kadrów, wywoływanych w ciemni zdjęć i długich, często nie prowadzących donikąd spacerów głównego bohatera. W przeciwieństwie do większości twórców współczesnych kryminałów, nie zachwyca go wartka akcja, mnożenie plot twistów, czy szybkie cięcia. Jego sztuka narracji jest kontemplacyjna, rozciągnięta w długich kadrach, wartkich, acz wysublimowanych rozmowach, oraz wypełniona odgłosami jazzu dobiegającego z gramofonów.

Przeczytaj również:  "Freud", czyli jak Netflix nas oszukał [RECENZJA]

Zobacz również: Recenzję “Judy”

Nie znaczy to jednak, że “Osierocony Brooklyn” opowiada o niczym. Z czasem, z fabularnych skrawków, kształtuje nam się rozprawa o reprywatyzacji, jaką chce przeprowadzić w Harlemie Moses Randolph, podziwiany przez władze developer, pod przykrywką tworzenia parków, mostów i ekspresowych dróg, eliminujący budynki socjalne zamieszkiwane przez dyskryminowane mniejszości rasowe. Nie przypadkowy zdaje się też casting Aleca Baldwina, SNL-owskiego Donalda Trumpa. Zresztą to nie jedyne subtelne puszczenie oka reżysera w kierunku widzów, sugerujące że przyszedł czas na polityczne i socjalne zmiany w USA.

Norton obiektywem kamery swojego wieloletniego współpracownika Dicka Pope’a (pracowali razem chociażby na planie niegdyś głośnego “Iluzjonisty”), dokumentuje pikiety i polityczne protesty, których głoszone postulaty nadal, po przeszło 60 latach, nie zostały spełnione. Nowy Jork nadal zmaga się z biedą pewnych dzielnic i deweloperskimi próbami masowych wyburzeń. W wielu dzielnicach widmo gentryfikacji jest chlebem powszednim, a lokatorskie wojny z właścicielami budynków zmorą codzienności. Wydaje się więc, że Norton, kreśląc pewne lewicowe postacie, bije ukłon współczesnym polityczkom. Dlatego Gabby Horowitz (Cheryl Jones) w swej waleczności i werwie przypomina Elizabeth Warren, a Laura Rose to aktywistka na miarę Alexandry Ocasio-Cortez.

Zasługi Pope’a są jednak większe niż samo obrazowanie demonstracji. Jego niesamowicie stylowe oko, widzi Nowy Jork lat 50-tych przez filtr lekko rozproszonego dymu tytoniowego, zmieszanego z błękitem. Każdy kadr, od napisów początkowych uwodzi nasze zmysły. Czy to gdy przedstawia harlemowy jazz club, czy gdy maskuje prawdziwą tożsamość Mosesa, unikając odkrywania jego twarzy. Pope swoją kamerą do chłodnego świata nowojorskiego noir, wprowadza wizualne piękno i estetykę, którą czarował za każdym razem w filmach Mike Leigha.


Zobacz również: Analizę “Wiedźmina”

Największym zaskoczeniem jest jednak nie strona wizualna, a ta muzyczna. Nie spodziewałem się bowiem, że Edward Norton jest aż tak wielkim audiofilem i z takim pietyzmem będzie podchodził do przedstawiania sekwencji koncertowych. To jazz spaja dość powolny scenariusz i nadaje mu rytm, ratując często płynące donikąd sceny i nadając im błysku. Wypada wspomnieć chociażby o przepięknej scenie tańca Lionela z Laurą, przekazującą w napięciu między dwoma tańczącymi powolnie ciałami cały ładunek emocjonalny jak nosi w sobie “Osierocony Brooklyn”. Duża w tym również zasługa twórcy muzyki Daniela Pembertona (dotychczas stroniącego od klasyki i eksperymentującego, by wspomnieć chociażby “Into the Spider-verse”), który skomponował najpiękniejszą ścieżkę dźwiękową tego roku.

Przeczytaj również:  "Babylon Berlin", czyli trzeci sezon opowieści o państwie kroczącym w stronę nazizmu [RECENZJA]
fot. materiały prasowe / Warner Bros

Wydaje się, że w tym dążeniu do audiowizualnej perfekcji, Norton zapomniał o samym sobie, na czym najbardziej cierpi protagonista. Lionel, choć aktywny i czarujący, jest bohaterem kreowanym często sprzecznie ze wstępnym zarysem charakterologicznym. Dowiadujemy się, że musi brać środki na uspokojenie, z czasem fabuła gdzieś o tym zapomni Podobnie Norton grając zapomina chwilami o chorobie swojego bohatera; zespół Tourette’a uaktywnia się w pozbawionych dialogu kwestiach, gdy jednak dojdzie do momentu rozmowy, detektyw zacznie sobie znakomicie radzić w kontrolowaniu własnej mimiki i “delikatnej jak kryształ głowy”.

Jednak sam Norton niczym jego bohater, jest małym elementem w wielkim schemacie metropolii i ichniejszych układów. To ratuje reżysera i aktora, bowiem historia, jej polityczne zaangażowanie, świetne role Gugu Mbathy-Raw i Bobby’ego Cannavale, czy wreszcie Nowy Jork – bronią się na ekranie same. A ja z całą pewnością mogę zakrzyknąć: “Zagraj to jeszcze raz, Edward!”

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Autora widmo", "Psychozę"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.